Szukaj
Konto

Antykomunizm to antysemityzm? Piotr Skwieciński o książce „Stygmat”

Antykomunizm to antysemityzm? Piotr Skwieciński o książce „Stygmat”
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Piotr Skwieciński
„Zachód interpretuje docenianie ofiar komunizmu jako relatywizację Holocaustu, skutkującą zaciemnianiem udziału społeczeństw wschodnioeuropejskich w zagładzie Żydów”. A postulaty naszej części kontynentu „dotyczące włączenia pamięci o komunizmie do «fundamentu pamięci» Europy powodują podważenie europejskiego systemu pamięci, skoncentrowanego na Holokauście” – napisał francuski historyk Georges Mink w artykule opublikowanym przez „GW”.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor polemizuje z poglądem, że pamięć o antykomunizmie w Europie Środkowo-Wschodniej jest formą ukrytego antysemityzmu lub próbą relatywizowania Holokaustu.
  • Artykuł przedstawia książkę „Stygmat” Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz jako dzieło rzetelne faktograficznie, ale jednocześnie niechęcią wobec polskiego antykomunizmu.
  • Zdaniem autora antysemityzm często towarzyszył antykomunizmowi, lecz walka z komunizmem wynikała przede wszystkim z postrzegania go jako narzędzia obcej, sowieckiej dominacji nad Polską.

Niektórzy historycy izraelscy idą dalej. Sugerują, że Łotysze, Litwini, ale i Polacy nie tyle czczą powojennych antykomunistycznych partyzantów pomimo tego, iż część z nich mordowała Żydów, tylko niejako odwrotnie – czczą ich właśnie dlatego, że mordowali Żydów, a antykomunizm jest tu tylko przykrywką.

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, autorka głośnego „Stygmatu” (biografia emblematycznej dla zjawiska zwanego „żydokomuną” pary: stalinowska prokurator Helena Wolińska i jej mąż, najpierw PPR-owski politruk, potem rewizjonistyczny ekonomista Włodzimierz Brus) wydaje się wyznawać tę właśnie wizję rzeczywistości, czy przynajmniej z nią intensywnie flirtować.

 

***

Od dawna nie czytałem książki, która wzbudziłaby we mnie tak sprzeczne refleksje i emocje. Te pozytywne nie tylko dlatego, że (co na wyścigi przyznawali jej recenzenci z prawicowych mediów – konia z rzędem temu, kto pokaże analogiczny przykład ponadpartyjnej intelektualnej uczciwości po drugiej stronie barykady) autorka wykonała pracę naprawdę gigantyczną, ustalając monstrualną liczbę faktów z życia swoich bohaterów. Także i dlatego, że jej dzieło jest po prostu bardzo ciekawe. I często potrafi zmusić czytelnika do spojrzenia na wiele spraw pod kątem do tej pory temuż czytelnikowi obcym.

A również dlatego, że Kwiatkowska-Moskalewicz potrafi dostrzegać – i nawet nazywać! – rzeczy, których, gdyby kierowała się wyłącznie ideologicznym zacietrzewieniem, dostrzegać i nazywać nie powinna. Ot, choćby jej taka (nie z książki, z jednego z poświęconych jej wywiadów) obserwacja dotycząca kryterium tego, którzy spośród młodych polskich lewicowych Żydów przede wszystkim napływali do nielegalnej KPP:

„na polu legalnym zostawali przede wszystkim ludzie pochodzący z rodzin już zasymilowanych. Do ruchu komunistycznego przystępowali z kolei lewicowcy z rodzin hybrydycznych, asymilujących się, ale wciąż zanurzonych w żydowskości”.

A dodajmy tu kwestię silnego kulturowego związku części Żydów z zaboru rosyjskiego z rosyjskością. Jeszcze w latach 80. miałem okazję wysłuchać opowieści starego KPP-owca – emigranta, jak to nadzorował z ramienia partii Komunistyczny Związek Młodzieży, którego nielegalne zebrania kończyły się, oczywiście, odśpiewaniem półgłosem „Międzynarodówki”. Mój rozmówca domagał się, aby – zgodnie z wytycznymi Kominternu – śpiewać w oficjalnym języku danej partii, czyli po polsku. Natomiast jego podopieczni bardzo chcieli śpiewać bolszewicki hymn (i w ogóle – rewolucyjne pieśni) po rosyjsku…

Ta konstatacja ma przecież swój dalszy ciąg intelektualny – trudno, żeby taki mechanizm nie miał wpływu na ideowy kształt polskiego komunizmu. Władysław Gomułka mówił o strategicznym błędzie, jakim było niestanięcie przez KPP na gruncie obrony polskiej niepodległości i szerzej – niezinternalizowanie polskiego patriotyzmu. Korzenie tej cechy polskich komunistów leżą (między innymi) we wskazanym przez Kwiatkowską mechanizmie doboru personalnego.

 

***

Ale chyba między innymi za tę właśnie krytykę swoich towarzyszy autorka „Stygmatu” Gomułki wyraźnie nie cierpi. Bo sama bardzo wyraźnie jest zwolenniczką świata, w którym kryterium narodowości stałoby się daleko mniej istotne, niż było nie tylko w okresie II wojny, ale też niż jest obecnie. Jeśli tak, to logiczne, że stosunek do niepodległości Polski, czy nawet utożsamienie się z niepolską potęgą narzucającą krajowi swoją supremację, przestaje być ważnym czynnikiem oceny opisywanych podmiotów. W to miejsce wchodzą kryteria inne. W wypadku Kwiatkowskiej trzeba wyróżnić przede wszystkim dwa.

Pierwszym z nich jest to, jaki kto przejawiał poziom empatii wobec Żydów – najpierw odrzucanych przez polskie społeczeństwo, potem mordowanych przez Niemców. Polscy komuniści generalnie byli (musieli być, biorąc pod uwagę zarówno ich skład pochodzeniowy, jak i piętno „żydokomuny” – etniczny Polak przystępujący do ruchu musiał pogodzić się z faktem, że będzie tak nazywany) najbardziej „anty-antysemickim” środowiskiem politycznym kraju. Ale bycie przeciwnikiem antysemityzmu to jedno, a poziom empatii dla Żydów – to coś jeszcze innego. I pod tym kątem Gomułka, mimo że sam miał żonę Żydówkę, przegrywał z niektórymi innymi towarzyszami. Na przykład z Franciszkiem Jóźwiakiem, który z tego powodu staje się dla Kwiatkowskiej postacią równie świetlaną, co „Wiesław” – ciemną.

Postacią ciemną Gomułka jest w oczach autorki „Stygmatu” z jeszcze jednego powodu. Otóż jej zdaniem nie trawił on silnych, decyzyjnych kobiet, takich na przykład jak Wolińska. A Jóźwiak – jak najbardziej. Co więcej, związał się osobiście z Wolińską i według wielu świadectw dał się jej zdominować. Co stawia go po dobrej stronie historii, tak samo jak „Wiesława” – po złej. Kryteria Kwiatkowskiej są bardzo jasne.
Wolińska (związana) jest, w jej oczach, fascynująca po trzykroć. Jako samodzielna, „silna kobieta” (tu nie przeszkadzają liczne, skądinąd nie ukryte przez autorkę, co – powtórzmy – świadczy o jej uczciwości, fakty świadczące o jej bohaterki nie tylko psychicznej sile, ale chyba wręcz psychopatii owocującej chorobliwą agresywnością, kierowaną również do własnych towarzyszy), jako Żydówka i jako komunistka usiłująca, na gruzach znienawidzonej II RP, zbudować sprawiedliwszy świat.

 

***

Nie jestem typowym polskim antykomunistą, takim, jakiego wyobraża sobie zapewne Kwiatkowska-Moskalewicz. Bo osobiście rozumiem wybory dokonywane przez komunistów, w tym tych żydowskich. I logikę dynamiki, którą te wybory uruchamiały.

„Jej bezwarunkowa wierność PPR, a potem PZPR miała swoje źródła w Zagładzie” – pisze Kwiatkowska i cytuje swoją bohaterkę, której wszystkich bliskich wymordowali hitlerowcy, mówiącą, że „to była moja rodzina, a nie moja partia, tak prawdę mówiąc”.

I że

„PPR – to była jedyna partia, która przyszła do getta”.

Jakoś tam pojmuję tę drogę emocjonalno-intelektualną.

Jednak rozumieć wybory, nawet je jakoś psychologicznie usprawiedliwiać – to jedno, a uważać je za słuszne – to coś innego. Tymczasem Kwiatkowska wydaje się przekraczać tę granicę. Przejawia wobec komunistów, zwłaszcza żydowskich, empatię naprawdę gigantyczną, co samo w sobie nie uzasadniałoby może daleko idących interpretacji. Sęk w tym, że tej empatii autorki nie towarzyszy analogiczna wobec polskich antykomunistów. Kwiatkowska przejawia, owszem, współczucie wobec tych spośród nich, którzy padli ofiarą oczywistych zbrodni. Natomiast konia z rzędem temu, kto potrafi w jej książce dostrzec empatię wobec ich motywacji. Pozostaje ona albo nieznana, albo też – jak w rozdziale o reformie rolnej – redukowana do obrony własnych pozycji społecznych.

 

***

Dokonywane po 1989 roku polskie próby rozliczenia komunistycznych zbrodniarzy autorka „Stygmatu” hurtowo potępia – jako jej zdaniem tak naprawdę antysemickie, bo rzekomo sugerujące wyłącznie żydowską odpowiedzialność za implementację w Polsce stalinizmu. Symbolem tego antysemityzmu stają się czynni w kwestii prób doprowadzenia do ekstradycji Wolińskiej (za skądinąd rzeczywiście czysto formalną rolę odegraną przez nią w zbrodni sądowej na generale Fieldorfie) Hanna Suchocka, Władysław Bartoszewski, Andrzej Rzepliński i Michał Kulesza; ten rejestr „winowajców” sam w sobie pokazuje, do jak straceńczych szarż potrafi ruszać Kwiatkowska.

Absurdalność tego wywodu może być, sama w sobie, argumentem na rzecz tezy niejako przeciwnej – o instrumentalnym używaniu przez autorkę „Stygmatu” argumentu o rzekomym antysemityzmie dla zohydzenia wszelkich prób rozliczenia PRL. Czy byłaby to teza prawdziwa? Widoczna emocjonalność Kwiatkowskiej kazałaby zachować tu ostrożność przy przypisywaniu jej tak makiawelicznych strategii, niemniej nie potrafię jej jednoznacznie odrzucić.

 

***

„Stygmat” zawiera bardzo wiele przykładów rzeczywistego antysemityzmu Polaków, zarówno okresu przedwojennego, jak i okupacyjnego. Bywają one wstrząsające. I trudno wątpić w to, że antysemityzm ów, sam w sobie, był ważnym czynnikiem napędzającym rokrocznie do komunizmu kolejne, coraz większe partie żydowskiej młodzieży. Tak jak jest oczywiste, iż państwowe żydożerstwo Imperium Rosyjskiego kilka dekad wcześniej odegrało kluczową rolę w radykalizacji tamtejszej żydowskiej inteligencji, co w konsekwencji zaowocowało zwycięstwem bolszewizmu.

Ba, tylko że komunizm niezależnie od tego był obiektywnie polityczną (często nie tylko polityczną) agenturą obcej potęgi, nakierowaną na rozciągnięcie na Polskę władzy tej potęgi. Polski policjant czy żandarm aresztujący komunistę albo oficer szpiegującego PPR akowskiego kontrwywiadu mógł być i często bywał antysemitą. Żydowski komunista mógł ten antysemityzm odczuwać boleśnie. Tylko że gdyby ten komunista Żydem nie był, też byłby zwalczany. I też często przy użyciu środków uznawanych dziś za nieludzkie – epoka była o niebo bardziej ostra niż nasza. Antysemityzm często towarzyszył antykomunizmowi, ale gdyby z jakichś przyczyn nagle wyparował, ten drugi nie przestałby istnieć ani, w ówczesnej sytuacji Polski, nic a nic nie straciłby na aktualności.

Kwiatkowska bardzo wyraźnie nie chce tego dostrzec, podobnie jak przyczyn, dla których dla państwa polskiego – i tego przedwrześniowego, i tego podziemnego – zwalczanie komunizmu było oczywistą formą samoobrony. Oczywistą w wypadku organizmu i wspólnoty, które nie zatraciły instynktu samozachowawczego.

 

***

To abstrahowanie autorki nie dziwi. Do polskiego komunizmu żywi ona bowiem wyraźnie sentyment. Sentyment trochę związany, ale też w jakimś zakresie niezależny od jej sentymentu wobec Żydów. Widać to bardzo wyraźnie zwłaszcza w tych częściach książki, które dotyczą okresu instalowania w Polsce nowej władzy. Kwiatkowska nie ukrywa dokonywanych przez reżim zbrodni (choć samo słowo „reżim” nie pada, i nieprzypadkowo – autorka z dumą podkreśla w wywiadach, że starała się stworzyć nowy język mówienia o tych sprawach, nie ulegać „dyskursowi antykomunistycznemu”). Ale robi wiele, właściwie wszystko, co może, aby sytuację w Polsce po 1945 roku ustawić symetrycznie. Ot, walczą ze sobą dwie strony, obie mają swoje racje. Co więcej, walka z partyzantką w 1945 roku jest „często jeszcze nierówna”, co w kontekście można zrozumieć tylko tak, że siły antykomunistów często przewyższały rządowe. A zasadniczo represjom w Polsce lubelskiej winni byli Rosjanie, polscy komuniści znacznie mniej, ale działania towarzyszy radzieckich szły na ich konto.

Jeśli dodać, że Kwiatkowska wydaje się, w ślad za ówczesną propagandą, wierzyć, jakoby partyzantka (przypomnijmy: złożona w ogromnej większości z chłopów) zabijała innych chłopów za branie parcelowanej ziemi (obecnie żaden historyk nie traktuje poważnie tego konstruktu PPR-owskich mediów), a Kościół sprzeciwiał się reformie rolnej (choć przecież poparł ją osobiście prymas August Hlond, ale autorka „Stygmatu” woli zaufać w tej mierze opinii Wandy Wasilewskiej), to kreowany przez nią obraz ówczesnego konfliktu wydaje się pełny.

 

***

Ale też jest książka Kwiatkowskiej źródłem niesłychanie ciekawych cytatów dowodzących, że również jej bohaterom zdarzały się refleksje niezwykle trafne. Kiedy na przykład Brus, wtedy na ewakuacji w głębi ZSRR, komentując w sposób pełen żółci zadekretowany w czasie wojny powrót do rosyjskiego patriotyzmu, potem zaś rozwiązanie Kominternu, daje nieoczekiwanie wyraz refleksji, że

„może tylko u nas, żydowskich czerwonych inteligentów, tak silnie zakorzeniony jest «proletariacki internacjonalizm», a wśród narodu to było sztuczne i narzucone z góry”.

Czy kiedy sama Wolińska u schyłku życia przyznaje, że

„robiła gównianą, haniebną robotę”,

i wprawdzie zdarzało jej się w ramach tej haniebnej roboty powstrzymać samą siebie i innych przed popełnieniem jakiegoś konkretnego łajdactwa, ale nie będzie się publicznie tym usprawiedliwiać. Bo

„ja wobec narodu polskiego nie mam żadnego usprawiedliwienia […] nie mam żadnej obrony, bo oni nie mają żadnych podstaw, żeby mi uwierzyć. I ja bym nawet nie mogła mieć do nich pretensji, bo dlaczego mają mi wierzyć?”.

I już choćby dlatego warto przeczytać „Stygmat”. Bo, jak powiedział Józef Mackiewicz, jedynie prawda jest ciekawa. A książka Kwiatkowskiej-Moskalewicz, irytująca i w wielu momentach wywołująca fundamentalną niezgodę, zawiera przecież wiele elementów prawdy. Która nie przestaje być prawdą, nawet jeśli drażni.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 10.05.2026 10:00
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 18/2026, oprac. Ludwik Pęzioł