Jak rząd kupuje sobie artystów

- Autorka twierdzi, że rząd wykorzystuje opłatę reprograficzną i system grantów kulturalnych do budowania politycznej lojalności środowisk artystycznych i inteligenckich.
- Nowa opłata reprograficzna obejmie m.in. smartfony, tablety, drukarki i papier, a jej koszty, zdaniem autorki poniosą wszyscy konsumenci jako formę ukrytego podatku.
- Tekst przekonuje, że współczesne elity kulturalne coraz częściej wiążą swoje poparcie polityczne z publicznymi dotacjami, stypendiami i finansowaniem ze strony państwa.
W cieniu majówki
Co do artystów – teoretycznie są niezależni, lecz myślą stadnie i mają rozgałęzioną siatkę cichych wpływów, dlatego są groźni. Jak się na kogoś zawezmą, ten ma przechlapane. A nic tak nie śmierdzi, jak paskudna opinia rozprzestrzeniana pocztą pantoflową. Najlepiej więc kupić ich poparcie czymś, za co zapłaci… całe społeczeństwo. W skali kraju nie jest to najliczniejsza grupa – ot, trochę ponad 60 tysięcy. Tyle osób według najnowszych danych statystycznych zakwalifikowano jako aktywne twórczo. W tym ekskluzywnym towarzystwie najwięcej jest muzyków, co mogłoby stwarzać wrażenie, że Polska jest wylęgarnią talentów spod znaku Terpsychory, choć jakoś nie przekłada się to na realia.
I oto ministra kultury Marta Cienkowska wykonała mistrzowski manewr – późnym popołudniem 30 kwietnia br., w przededniu majówki, rzuciła triumfalne „Mamy to!”. Ten taniec godowy przed społecznością twórców nosi nazwę opłaty reprograficznej. Cienkowska puchnie z dumy, że niby jej, właśnie jej, udało się wymusić na rządzie nowelizację ustawy dotyczącej opłat od urządzeń i nośników odtwarzających lub utrwalających utwory. Że na tym zyskają twórcy, tak bardzo niedofinansowani przez poprzednie władze. Pomijając pozakonstytucyjne implementowanie rozporządzenia (nie ustawy, jak to być powinno), ten pomysł to nic nowego. Od dawna była mowa o „rekompensacie dla twórców” za prawo do kopiowania ich dokonań przez konsumentów – muzyki, filmów, zdjęć czy książek. Tylko że… było mnóstwo zastrzeżeń. Przypomnę też, że opłata reprograficzna funkcjonuje w Polsce od 1994, a była nowelizowana w 2008 i 2011 roku. Na początku naszego ustrojowego przełomu sprawa była jasna: chodziło o ograniczenie piratowania utworów i kolportowania ich ze stratą dla autorów. Jednak od tego czasu zmieniły się technologie i sposób korzystania z treści.
PiS-owi na pohybel
Podchody do wprowadzenia obecnej noweli opłaty reprograficznej podejmowano w 2021 roku za PiS-u, jednak tamten rząd wycofał się z tego pomysłu pod wpływem krytycznych ocen. Tak naprawdę nie do końca było wiadomo, kto zyska, a kto za ten zysk zapłaci. Znowu powód do szydery i podsycania nienawiści do prawej strony: Gliński nie dowiózł, pisiory chciały „zagłodzić” artystów. Tym razem ministra Cienkowska pokazała ewentualnym oponentom fucka – wprowadziła przepis rozporządzeniem, poza jakąkolwiek debatą sejmową, nie mówiąc o konsultacjach społecznych czy możliwości interwencji ze strony prezydenta.
I teraz wiadomo, kto sfinansuje tę daninę. My wszyscy. Bo to dodatkowe „bezdyskusyjne” opodatkowanie przy zakupie każdego urządzenia lub nośnika, poczynając od smartfonów, poprzez tablety, telewizory, pendrive’y, urządzenia wielofunkcyjne, aż do… kserokopiarek, drukarek atramentowych i laserowych oraz po papier A3 i A4. Rozporządzenie wejdzie w życie 6 miesięcy od ogłoszenia w Dzienniku Ustaw, nie zaś od 1 stycznia 2027 roku, jak pierwotnie mówiono, czyli już w październiku 2026 roku. Innowację fatalnie oceniła Fundacja Wolności Gospodarczej, klasyfikując opłatę jako de facto ukryty podatek.
Bonusy za lojalność
Cała koncepcja nasuwa wiele wątpliwości. Jej zwolennicy czy osoby mało zorientowane wzruszają ramionami: burza w szklance wody, rzecz rozbija się o nędzne 1–2 % liczone od ceny netto wyżej wymienionych sprzętów, co daje raptem ok. 200 mln rocznie zysku. Fajnie, ale Polacy już płacą za legalne treści w serwisach streamingowych, co przyniosło naszym artystom tylko w 2024 roku i tylko ze Spotify prawie 190 mln zł. Poza tym opłata reprograficzna nie dokłada się do ogólnego wynagrodzenia twórców, lecz jest „odrębną kategorią unijną godziwej rekompensaty”. Dlatego środki uzyskane z tego źródła wcale nie wesprą najsłabiej zarabiających twórców. Mają być rozdysponowane przez zarządy stowarzyszeń twórczych, takich jak ZAiKS (autorzy), SAWP (artyści wykonawcy), ZPAV (producenci muzyki), ZASP (aktorzy) i SFP (twórcy filmowi), SAiW Copyright Polska (autorzy i wydawcy).
Podobno część środków zasili również fundusz ubezpieczeń społecznych dla freelancerów, w co chyba nikt nie wierzy. Nic z niej nie przyjdzie grupom zawodowym, których twórczość łączy się z wysiłkiem intelektualnym i gromadzeniem dużej wiedzy – publicystom, analitykom, komentatorom. Wątpliwości nasuwają się także co do zespołów decydenckich, wyłonionych z zarządów powyższych gildii. To kolejne korupcjogenne poletko, nieweryfikowalne z zewnątrz.
Ubu wiecznie żywy
Okazało się, że ludzie kultury wyjątkowo łatwo pozbyli się ideowości czy poczucia misji. Dotarło do nich, że w tym świecie bieda jednak hańbi, toteż opowiedzieli się za przywódcami, którzy sypią groszem.
„Jeszcze raz mówię, że chcę zbić forsę, nie popuszczę ani grosika”
– deklarował król Ubu, bohater groteskowego dramatu Alfreda Jarry’ego z 1888 roku. Pod tym oświadczeniem mogliby się podpisać nasi współcześni twórcy. A władza zdaje sobie sprawę ze słabości elit do hajsu. Stosuje więc różne metody: wobec niepokornych – zastraszenie, ewentualnie ośmieszenie, a co najgorsze – pozbawienie pracy na miarę ich umiejętności. Niech tam utalentowany muzyk jeździ „na taksówce”, a znakomity publicysta utrzymuje się z pisania blurbów reklamowych – przecież nie umrą z głodu ani nie stracą honoru, jak się przebranżowią. Jest kim ich zastąpić. Artystów mamy na pęczki. Mogą być mierni, byle wierni. Jakby ziścił się (znów) „Rok 1984” George’a Orwella. Przypomnijmy sobie: w tej profetycznej powieści klasa partyjnych funkcjonariuszy stanowiła 2% populacji; szeregowi członkowie partii – 13 %, „prole” (proletariusze będący grupą podludzi) zaś to aż 85% populacji. Wszystkich mentalnie ustawiało Ministerstwo Prawdy, którego celem była propaganda i nieustanne fałszowanie informacji. Przekładając na dzisiejszą nowomowę: media.
Manipulanci poglądowi
Orwell, rzecz jasna, odnosił się do systemu totalitarnego – komunizmu. Doświadczyliśmy tego miodu za PRL-u. Wtedy też władza otaczała opieką „swoich” twórców, a niszczyła opornych. Za stalinizmu artyści ochoczo zapisywali się do partii, bo wmówiono im, że tylko socjalizm pomoże odrestaurować wykończoną wojną ojczyznę. No i nastanie sprawiedliwość dziejowa. Teraz mamy kalkę z tamtych słusznie minionych (?) czasów. Znów przy kształtowaniu (i umacnianiu) lewicowych postaw zastosowano socjotechnikę: przekonano, że lewica równa się postęp i przynależność do Europy. Poza tym, propagowanie w twórczości „właściwych” ideologii gwarantuje godziwe wynagrodzenie. Nie mniej sprytnym posunięciem było wmówienie twórcom wszelkiej maści, że są elitą. W efekcie artyści od najwybitniejszych po najsłabszych gotowi są wesprzeć twórczo (wystawą, koncertem, performance’em, dżinglem, skeczem) tylko tego, kto płaci. Formy gratyfikacji są różne – stypendia, granty, dotacje, fundacje. I wisienka na torcie: kasa z KPO, dowieziona artystom dzięki Koalicji Obywatelskiej.
Nie minął nawet rok, od kiedy rozdysponowano 102 mln zł pomiędzy 920 podmiotów, eliminując pozostałych 3825 wnioskodawców. Największa dotacja – 855 tys. zł – przypadła Fundacji Widowisk Masowych, organizacji zajmującej się promocją kultury i dziedzictwem narodowym Ukrainy. Kto za tym lobbował? „Kominy” dotacji zadymiły też dla takich zagadkowych projektów jak „Kryzys przywództwa w kulturze: Cyfrowy kongres sukcesji” Marcina Andrzejewskiego (284 tys. zł) czy dla łódzkiego Teatru Kamila Maćkowiaka (310 tys. zł). Przepadły za to wnioski m.in. Zachęty, Wawelu, Zamku Królewskiego i Opery Narodowej. Jak mówili aplikujący: rosyjska ruletka.
Przebrzmiała ideowość
Inny przykład: w 2018 roku Rafał Trzaskowski dostał niesamowite wsparcie od celebrytów w akcji zwanej „Głosem głosuję”. Podobny zryw twórców wydarzył się podczas kampanii wyborczych (prezydenckich i samorządowych) prezydenta Warszawy. Za każdym razem chodziło też o wzmocnienie więzów tożsamościowych i o podkręcenie rozziewu wśród twórców – kto z Koalicją Obywatelską, a kto przeciw Zjednoczonej Prawicy. A że artyści nie grzeszą rozumem ani odwagą, do tego są pazerni i łasi na awanse, zgadnijcie, jaki był/jest tego efekt.
I powiem szczerze – PiS mnóstwo straciło, ignorując potencjał tkwiący w kulturze. Być może w mentalu partii Jarosława Kaczyńskiego pokutował mit bardów w rodzaju Jana Krzysztofa Kelusa, Jacka Kaczmarskiego czy Przemysława Gintrowskiego, koncertujących w piwnicznych izbach w zamian za oklaski. Albo autor legendarnego plakatu wyborczego na 4 czerwca 1989 roku (Tomasz Sarnecki), niedomagający się monetaryzacji swych dokonań ani egzekwowania praw autorskich. Stąd nieprawdopodobna liczba parafraz „na motywach” ich kultowych prac. Nie byli to jedyni twórcy, ideowo i niekoniunkturalnie opowiadający się przeciwko komunie i jej schedzie. Z czasem znikali. Rzec można – tonęli w gwałtownie komercjalizującym się świecie, do którego nie mieli dostępu. Tymczasem, kiedy jeszcze był czas, trzeba ich było dowartościować w jedyny dobry sposób, znany odkąd Fenicjanie wymyślili środki płatnicze.
Miłość dobrze płatna
Ale dość gorzkich żalów – teraz uczcie się, chłopaki, na błędach i patrzcie, jak obecni decydenci rozgrywają tych z pozoru niezawisłych. Obecne władze wiedzą, że artysta
„wolność kocha i rozumie; wolności oddać nie umie”,
tylko trzeba im za tę miłość zapłacić. Tej „kreatywnej” kategorii zawodowej nie zależy na dialogu społecznym – bo wsparcie czy bodaj akceptacja rodaków serdecznie im dynda. Podwieszeni pod garnuszek publiczny lub/i subsydiowani przez sponsorów: NGOsy, samorządy, fundacje krajowe i zagraniczne czy najrzadziej przez prywatnych mecenasów, nie zwracają większej uwagi na „zwykłych” obywateli ani nie liczą się z ich opiniami – choć przecież to z ich podatków żyje im się coraz lepiej. Co znamienne – w ubiegłym roku liczebność ludzi kultury powiększyła się o 2400 osób wobec stanu z 2018 roku. I ta liczba rośnie z każdym rokiem. Dziwicie się? Przecież to złotodajne poletko. A odpowiedzialność za dokonania praktycznie zerowa.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Uczelnie artystyczne. Hodowla lewicowych talentów

Wypadek z udziałem minister kultury. Prokuratura chce umorzyć sprawę

Podpięci pod awans. Jak polscy artyści zostali politycznym zapleczem władzy

Monika Małkowska: Artyści wolą dziś granty od człowieczeństwa







