Szukaj
Konto

Dlaczego zwykli ludzie nie chcą płacić za artystów?

Dlaczego zwykli ludzie nie chcą płacić za artystów?
Źródło: pexels.com | Autor: Cottonbro | Licencja: Pexels License
To było jak cios obuchem w głowę. Artyści nagle się przekonali, że Polacy nie tylko za nimi nie przepadają, ale wręcz kompletnie ich nie szanują. Mają w nosie ich los, wrażliwość i poglądy. Nie uznają ich za ludzi w żaden sposób wyjątkowych.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor krytykuje projekt dopłat do emerytur dla artystów.
  • Tekst przedstawia środowisko artystyczne jako oderwane od rzeczywistości.
  • Zdaniem autora najlepszym sposobem weryfikacji wartości twórczości jest rynek.

Twórca kontra masy

Nic tak nie sprowadziło na ziemię artystycznych, wrażliwych dusz jak dyskusja wokół projektu wsparcia dla osób wykonujących zawody artystyczne. Chodzi m.in. o to, by państwo, czyli obywatele, ze swoich własnych podatków, fundowali różnej maści twórcom ubezpieczenia emerytalne.

Pomysł ma dwa wymiary. Pierwszy – polityczny – jest trywialnie prosty. O tym, czy ktoś jest lub nie jest artystą, będzie decydowała ministerialna komisja. Urzędnicy nie dość, że dostaną okazję, by sporo zarobić, analizując wnioski, to jeszcze zbudują sobie całą armię uzależnionych od siebie klientów. Nawet najmniej rozgarnięty twórca zrozumie, że jeśli będzie popierał odpowiednią opcję, dostanie świadczenia. W ten sposób rządząca koalicja chce przenieść na poziom ogólnopolski mechanizmy funkcjonujące od dawna w samorządach, a szczególnie w dużych miastach. Tam lokalni artyści – szczególnie ci mniej zdolni, ale hałaśliwi – utrzymują się dzięki łasce miejscowych kacyków, a w zamian odpłacają się wyrażanym głośno wsparciem.

Projekt ma jednak jeszcze aspekt symboliczny. Specjalne świadczenia trafiają przecież zawsze do grup szczególnie uprzywilejowanych. Artyści – nawet całkowicie pozbawieni talentu, wytrwałości i zdolności do systematycznej pracy – oczywiście uważają się za elitę, więc darmową emeryturę uznali za akt dziejowej sprawiedliwości. Wówczas okazało się, że dla wielu Polaków od niewydarzonych twórców ważniejsze są kasjerki z supermarketu, które nie tylko wykonują ciężką i pożyteczną pracę, ale też nikogo nie proszą o łaskę.

 

Promowanie brzydoty

Logika i zachowanie minister kultury i dziedzictwa narodowego Marty Cienkowskiej przypominały nieco przygody Kubusia Puchatka. Im bardziej przekonywała, że artystom, którym nie powiodło się na rynku, należą się specjalne świadczenia, tym bardziej jej argumentacja była pozbawiona sensu. Sympatyczny miś nie rościł sobie jednak pretensji do bycia intelektualistą – przeciwnie swoją prostoduszność i naiwność uznawał za zaletę, a myśleniem za bardzo sobie głowy nie zawracał, bo i tak wiele by z tego nie wyszło.

Minister Cienkowska w ślady Kubusia nie poszła i wytężała umysł, by przekonać do swoich racji. Pokazywała więc kolejnych wyrobników, których ohydna, a nawet obsceniczna twórczość tylko utwierdzała zwykłych ludzi w przekonaniu, że ktoś z nich robi wała. Dlaczego nagradzany ma być człowiek powiększający i tak sporą w Polsce sferę brzydoty, której dodatkowo nikt nie chce ani kupować, ani nawet oglądać? To jawne promowanie miernot.

Kolejni obrońcy projektu Marty Cienkowskiej przekonywali, że celem takiego rozwiązania jest uchronienie artystów przed losem Cypriana Kamila Norwida, który – choć był genialnym, wyprzedzającym swoją epokę poetą – zmarł w biedzie. Tyle tylko że to argument wyjątkowo demagogiczny. Norwid zmagał się nie tylko z ubóstwem, ale głównie z samym ze sobą. Podobne przykłady z historii literatury i sztuki można mnożyć w nieskończoność: swoich obrazów nie sprzedawali francuscy impresjoniści, z głodu przymierał Marek Hłasko, a Mozarta pochowano w bezimiennym grobie.
Czy traktowanie ich lepiej od innych spowodowałoby, że ich los, by się odmienił? Obdarzony niebywałym talentem bard i poeta Jacek Kaczmarski uciekł z Polski i w Australii żył z zasiłku. Czy dzięki temu komponował więcej i lepiej? Artyści zderzają się z takimi samymi problemami życiowymi jak wszyscy inni. Tyle tylko że ich potknięcia są sprawą publiczną, dlatego są bardziej widoczne.

 

Odlot elit

Oni jednak wierzą, że są obdarzeni większą wrażliwością, wiedzą i posiadają wyższą świadomość. Nie tylko wyrastają ponad przeciętność, ale tak mocno utożsamiają się ze swoim dziełem, że się nim stają. Wierszem czy powieścią, które napisali, zagraną rolą teatralną, namalowanym obrazem czy skomponowaną lub zagraną muzyką. To ma ich przenieść na wyższy poziom istnienia.

Artyści, którym się powiodło, są w rzeczywistości przedsiębiorcami. Rozliczają podatki jako firmy, stoją za nimi menedżerowie, agenci, PR-owcy i całe zaplecze administracyjne. Daleko im do przymierających głodem malarzy z Montmartre czy poetów, którzy z rozwianym włosem przemierzali ulice Warszawy czy Krakowa.
I właśnie taki opływający w pieniądze, sławę i blichtr aktor – Paweł Deląg – próbował stanąć w obronie projektu minister Cienkowskiej.

– Kultura to nie „dodatek” do gospodarki. To część gospodarki i to coraz ważniejsza. Przemysły kultury i kreatywne generują w Polsce około czterech procent PKB i tworzą dziesiątki miliardów złotych wartości rocznie. To setki tysięcy miejsc pracy: aktorzy, muzycy, filmowcy, twórcy gier, pisarze, animatorzy, technicy, scenografowie, montażyści, graficy, projektanci. Kraj, który przestaje szanować własną kulturę i własnych twórców, sam sobie strzela w stopę

– stwierdził.

Aktor – jak to aktor – mówi mądrze głównie wtedy, gdy powtarza wyuczoną rolę. Kiedy zaczyna ujawniać własne myśli, wychodzi właśnie tak, jak w tym przypadku. Skoro kultura i przemysł kreatywny stanowią tak znaczną część naszej gospodarki, to dlaczego mamy tym ludziom fundować emerytury? Jeśli przemysł szeroko rozumianej rozrywki daje takie możliwości, to nawet przeciętni artyści powinni sobie na tym rynku poradzić.

 

Najlepszy weryfikator

Najistotniejsze jest jednak to, że nie wszystko, co robi twórca, jest sztuką. Często to zwykła szmira lub ohyda, którą raczej powinno się chować przed oczami co bardziej wrażliwych odbiorców.

Najlepszą weryfikacją dziwactw wyczynianych przez ludzi dotkniętych talentem jest rynek. Jeśli obrzydliwe obrazy, rzeźby czy beznadziejna muzyka nie znajdują wielbicieli, to autor musi stanąć przed dylematem: czyja estetyka jest niewłaściwa: jego czy publiczności? Jeśli nadal będzie uznawał się za geniusza, nic go nie zatrzyma przed dalszym tworzeniem: ani bieda, ani konieczność imania się mniej ambitnych zajęć.

Przed podobnym dylematem codziennie stają tysiące ludzi: albo zmienią branże i idą do przodu, albo trwają przy swoim zajęciu, tracą pracę i popadają w nędzę. Zecerom, fotografom czy maszynistkom nikt nie fundował darmowych emerytur tylko dlatego, że uważali się za wyjątkowych. Co więcej, ich kwalifikacje były często znacznie wyższe niż tych, których stara się uszczęśliwić minister Cienkowska.

 

Kubeł zimnej wody

Najwięcej emocji wśród zwykłych ludzi – co było widać w komentarzach zamieszczonych w internecie – budziło jednak to bezwstydne poczucie wyższości. Podkreślanie, że człowiek, który każdego dnia wstaje o czwartej czy piątej rano, a następnie przez osiem godzin sumiennie i dokładnie wypełnia swoje obowiązki, czym ułatwia życie innym, jest mniej wart od beztalencia pokroju Jasia Kapeli, który wyróżnia się wyłącznie prymitywizmem i chamstwem – choć sam uznaje się za poetę.

Ciężko zarabiający na swoje utrzymanie już dawno temu przestali przejmować się mądrzącymi się na ekranach telewizorów czy wyświetlaczach smartfonów gwiazdami, gwizdkami i gwiazdeczkami. Drażni ich raczej ten pouczający ton, wymuszona nonszalancja oraz przekonanie o własnej niepowtarzalności. Im bardziej tym celebryckim artystom wydaje się, że są ulepieni z innej gliny, tym większą budzą niechęć. Wektor pogardy zmienił kierunek, gdyż przyzwoici ludzie nie lubią być traktowani jak motłoch.

O ile jeszcze pewną dozę szacunku zawsze budzi sukces, to jednak przyćmiewa go wieczna potrzeba uwielbienia, uznania i puszenia się. Rozrastające się do niewyobrażalnych rozmiarów ego odbiera artystom kontakt z rzeczywistością. W przekonaniu o swojej wielkości i wyjątkowości zdają się nie stąpać po ziemi, ale płynąć ponad nią uniesieni sztuką, natchnieniem i talentem.

W swoim mniemaniu wyzwalają się z ram i ograniczeń obowiązujących resztę społeczeństwa, gdyż nie obowiązują ich zasady dotyczące zwykłych śmiertelników. Mogą zetem prowadzić życie pełne mocnych wrażeń, kwestionując zasady etyki i moralności. To warunek ich artystycznej swobody. Łamanie barier dobrego smaku, moralności i piękna to katharsis, które ma ich uwolnić i wznieść ponad masy. To oczywiście zwykle śmieszne, głupie i efekciarskie, ale nikt nie może im zabronić brnięcia w ten banał. Jednak nikt nie chce też za to płacić.

 

Oderwanie od mas

Polacy już dawno przekonali się, że ci wyjątkowi, uduchowieni ludzie nie mają zwykle nic ciekawego do powiedzenia. Gdy już oderwali się od mas i w swoich oczach stali się bytami o wyższym poziomie rozwoju, stracili kontakt z bazą. Ich wyobrażenia o świecie tak dalece oderwały się od rzeczywistości, że przestają rozumieć ludzi, dla których powinni tworzyć. Zamykają się w swoim zatęchłym i wyjałowionym światku, który nie ma nic wspólnego z realiami zwykłych ludzi.

Dlatego masy mają w nosie ich opinie, emocje i rozterki. No dostają białej gorączki, gdy mają finansować tych, którzy otwarcie kpią z wartości większości społeczeństwa i na każdym kroku okazują mu pogardę.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 20.06.2026 20:12
Źródło: Tygodnik Solidarność 24/2026, oprac. Ludwik Pęzioł