Uczelnie artystyczne. Hodowla lewicowych talentów

- Warszawska ASP dysponuje znacznym majątkiem i prestiżem, ale według autorki funkcjonuje jako środowisko silnie zhierarchizowane, naznaczone nepotyzmem i dziedziczeniem pozycji.
- Uczelnie artystyczne są w tekście przedstawione jako ideologicznie jednorodne, gdzie poglądy lewicowo-liberalne stanowią nieformalny warunek przynależności do środowiska.
- W opinii autorki, współczesne studia plastyczne odchodzą od klasycznego warsztatu na rzecz teorii i nowych form
Pałac Czapskich latami czekał na gruntowny remont, ale kasy starczało jedynie na randomowe „make-upy” fasady. Do całkowitej renowacji doszło stosunkowo niedawno – w 2017 r. ówczesny minister kultury i wicepremier Piotr Gliński podjął decyzję o przyznaniu dofinansowania ASP. Koszty modernizacji zakończonej w 2021 r. wyniosły 26 430 000 zł, w tym 17 288 000 dofinansowania z UE. I teraz jest pięknie! Ale to nie jedyna miejscówka, którą dysponuje najstarsza w Polsce uczelnia plastyczna.
Kosztowne bogactwa ASP
Ten wielowydziałowy moloch ma swoje dobra w różnych dzielnicach miasta. Na Powiślu, przy Wybrzeżu Kościuszkowskim, w 2014 r. powstał kompleks złożony z nowoczesnej, przeszklonej konstrukcji, połączonej z najstarszą siedzibą uczelni, ufundowaną w 1914 r. przez Eugenię Kierbedziową. Jest jeszcze tuż przy Cmentarzu Powązkowskim zabytkowe domiszcze (z początku XX w.) przy Spokojnej 15 – lokalizacja przyznana ASP w 2005 r. Tamże dekadę temu wzniesiono nowoczesne pracownie Wydziału Rzeźby. Z kolei przy ul. Myśliwieckiej 8, w historycznych budynkach z lat 20. XX w., trwają obecnie prace nad termomodernizacją, na co do tej pory brakowało funduszy. I wisienka na tym torcie posiadłości: Dom Plenerowy w Dłużewie nad Świdrem. Klasycystyczny dwór otoczony wielkim parkiem, pozostałość po majątku rodziny Dłużewskich to kolejny historyczny obiekt przekazany stołecznej ASP jeszcze za PRL-u, w 1978 r.
Przepustka do elity
Obecnie na warszawskiej ASP studiuje ponad 1600 osób w trybie dziennym, stacjonarnym. Samo znalezienie się na liście studentów którejś z polskich Akademii Sztuk Pięknych uchodzi za przepustkę na Parnas. Są wśród nich tacy, którzy urodzili się i wychowywali w przeświadczeniu o swym „arystokratyzmie duchowym”, bo są drugim, czasem trzecim, pokoleniem artystów. Idą na uczelnie artystyczne, jako że dla nich to droga na skróty do kariery, zwłaszcza gdy pomaga w niej znany środowiskowo (bądź ogólnopolsko) rodzic. Podobnie rzecz wygląda po dyplomie: synowie czy córki „ciał” profesorskich łatwiej dostają asystentury, następnie przechodzą przez kolejne szczeble dydaktycznej kariery. Jezu, jacy oni są utytułowani! Co drugi to doktor habilitowany, co trzeci profesor belwederski. Uśmiecham się (ze smutkiem), odnajdując wśród kadry stołecznej ASP nazwiska potomków znanych mi pedagogów. O, to już trzecie pokolenie! Wszyscy tak samo ustawieni, trzymający sztamę, walczący o apanaże i ekskluzywność.
Tak, nepotyzm w sztukach wizualnych jest równie silny (i widoczny), jak dynastyczność wśród prawników czy lekarzy. Jeśli wśród tej „elity” trafiają się studenci, którzy nie wywodzą się z domów o twórczych tradycjach, tym bardziej czują się nobilitowani i… zobligowani. Są gotowi na każdym kroku wyprzeć się swej dawnej tożsamości, byle tylko nie odbiegać wyglądem, zachowaniem, a nade wszystko przekonaniami od artystycznej śmietanki, do której aspirują. Obecnie w środowisku sztuk wizualnych jest jeszcze jedna spójnia: poglądowa. Obowiązuje myśl liberalno-lewicowa, przemycana przez wykładowców bardziej lub mniej jawnie. W lewo patrz! Konserwatyści wykluczeni. Nienawiść do prawicy to również bilet wstępu na artystyczne salony.
Kto aspiruje
Studia na uczelniach plastycznych większości jawią się jako kapitalna, kolorowa przygoda. Mało materiałów do wkuwania, ot, trochę historii sztuki i język obcy, plus naprawdę bazowy kurs z filozofii, psychologii czy socjologii kultury. Resztę czasu można poświęcić na dawanie upustu kreatywności. Przez kilka lat żyje się w błogim poczuciu przynależności do „kulturalnej elity”. Bywa się na wernisażach i eventach „must be”, żeby poznawać kogo trzeba. Wypada wyróżniać się stylówką – a od zawsze wiadomo, że dziewczyny z ASP to najatrakcyjniejsze laski w mieście. Studentów uczelni plastycznych można z grubsza podzielić na dwie grupy: na przypadkowych i na takich, którzy naprawdę mają powołanie, dar Boży i bez względu na koszty psychiczne, zdrowotne, finansowe MUSZĄ dążyć do realizowania wizji. To margines studiującego masywu, wielkie talenty zawsze są rzadkością. Większość ma jakieś zdolności manualne i starczy. Co do sprawności umysłu, to na pewno ASP jej nie ćwiczy. Zajęcia nie są obciążające intelektualnie, za to czasochłonne: wypełniają cały dzień, od wczesnych godzin rannych po późne popołudnie, z godzinną przerwą na lunch.
Osobna sprawa to zababienie artystycznych wydziałów. Z perspektywy historycznej – pokrzywdzone. Jeszcze w XIX wieku, a nawet do połowy kolejnego stulecia, miały pod górkę. Jednak w ostatnich dekadach sytuacja całkowicie uległa zmianie. Feministki skutecznie upominały się o rehabilitację uzdolnionych „bab z pędzlem”, co zaowocowało wysypem pokazów, których bohaterkami są znane i zapoznane twórczynie. (Najbliższy przykład: do 3.05.2026 r. w MSN dostępne są dwie wystawy wokół babskiego tematu: „Kwestia kobieca. 1550–2025” oraz „Miasto kobiet”). Wracając na plastyczne uczelnie – nie wszyscy studiujący tam mają na siebie i swoją twórczość pomysł. Wielu z nich przyjechało z małych ośrodków i trochę nie wiedziało, gdzie zakotwiczyć. A cóż szkodzi postudiować sztukę… Stąd totalne sfeminizowanie uczelni o plastycznych profilach. Faceci na ogół bardziej praktycznie podchodzą do edukacji – ma zagwarantować im zawód i kasę. Jest jeszcze grupa zdezorientowanych płciowo – dziewczyny, które proszą, by zwracać się do nich w formie męskiej, lub odwrotnie – chłopcy czujący się panienkami. W szkołach artystycznych tych nienormatywnych jest sporo, tam czują sprzyjający klimat. Zresztą tradycyjnie artystyczny światek patrzy przychylnie na wszelkie transgresje.
Ćwiczenia oka i ręki
Kiedyś studia plastyczne były długie, aż sześcioletnie; potem skrócone zostały do lat pięciu. Nie była to nauka tania – materiały plastyczne kosztowały, nawet jeśli nabywało się je w wyspecjalizowanych, dotowanych miejscach – jak tzw. zaopatrzenie plastyków (do dziś funkcjonujące, lecz już bez ulg cenowych) czy sklepiki w akademiach, z wyrabianymi lokalnie farbami. Jednak dużo dawały same szkoły: płyty do grafiki, farby drukarskie, prasy. Można było wypożyczyć od uczelni aparat fotograficzny, kamerę, stół montażowy. Na zajęciach praktycznych pozowali modele opłacani przez szkołę, bo nauka rysowania/malowania człowieka, podobnie jak martwej natury czy wyjazdy na plenery i praca w naturze stanowiły trzon edukacji wizualnej. Tamte studia, podobnie jak w minionych epokach, uczyły warsztatu, ćwiczyły oko i rękę. Dawały umiejętności nieosiągalne dla innych, a to oznaczało – fach. W czasach PRL-u wybór takich studiów – o ile przeszło się przez sito egzaminów, a kandydatów zawsze było kilkanaście, nawet kilkadziesiąt razy więcej niż miejsc – gwarantował rozmaite prerogatywy. Najważniejsze: dla chłopaków zwolnienie z czynnej dwuletniej służby wojskowej; dla obydwu płci brak przymusu „odpracowania” nauki, czyli pójścia na etat we wskazanej odgórnie placówce.
Co dają studia plastyczne TERAZ? Coraz więcej uczelni artystycznych w ogóle nie prowadzi zajęć praktycznych z rysunku, malarstwa, rzeźby. Słowem, nie uczy odwiecznych, niezbędnych podstaw ćwiczenia oka i ręki – bo i po co? Są przecież inne media. Można tańczyć, zamiast rysować, nakręcać film, prowadzić „społeczne” projekty. Wreszcie, o czym nie mówi się na plastycznych uczelniach głośno, nad wszystkimi wisi katastrofa w postaci AI. A wiecie, komu sztuczna inteligencja nie grozi? Konserwacji, najbardziej wymagającemu wielowymiarowej wiedzy kierunkowi kształcenia na ASP. Reszta twórczości ludzkiej jest do zastąpienia inteligentnym programem. To tylko kwestia czasu.
Sztuka wszędzie dostępna
To co, zwijać żagle? Jakoś nie widać, żeby malała frekwencja na uczelniach artystycznych. Nawet przeciwnie, parcie na artystyczne kierunki zdaje się zwiększać. Do momentu transformacji w Polsce istniały ledwie dwie akademie sztuk pięknych – ekskluzywne i nobilitujące uczelnie, z których starszą była ta warszawska, zainagurowana w 1766 r. Po 1945 r. w Polsce powstało kilka uczelni o plastycznym profilu, lecz postrzegano je jako bardziej „rzemieślnicze” czy „użytkowe”. Nazywały się Wyższymi Szkołami Sztuk Plastycznych, a choć zakres nauczania był zbliżony do ASP, miały niższy statut. Akademie miały/mają uprawnienia do nadawania stopnia doktora i doktora habilitowanego w dziedzinie sztuk plastycznych. W latach 90. wszystkie WSSP zawalczyły o przekwalifikowanie. I oto dorobiliśmy się w Polsce aż ośmiu ASP, poza warszawską (istniejącą pod tą nazwą od 1816 r.) i krakowską (od 1818 r.): w Poznaniu (od 1919 r., po 1990 r. przekształcona w Uniwersytet), Łodzi i Gdańsku (od 1945 r.), Wrocławiu (od 1946 r.), w Katowicach (od 2001 r.), zaś najnowsza ASP ruszyła w Szczecinie w 2010 r.
To jednak nie koniec. Komu marzy się wgryzanie w podstawy sztuki wizu, ma do dyspozycji jeszcze dziewięć Wydziałów Sztuk Plastycznych rozsianych po całym kraju na innych uczelniach – od Rzeszowa do Zielonej Góry; poprzez Radom, Kielce, Częstochowę, Lublin i Toruń. Do tego dochodzą jeszcze uczelnie niepubliczne, na czele z Polsko-Japońską Akademią Technik Komputerowych (w Warszawie i Gdańsku). A mnie nurtuje pytanie: czy naprawdę potrzebujemy tylu artystów? I co robić z tymi rozczarowanymi, kiedy nie udaje im się przebić do peletonu? A przecież takich doskonała większość.
Dodatki do pensji
A jak to wygląda od strony dydaktyków? Pensje pedagogów nie są rewaloryzowane zgodnie z inflacją, więc „ciała” biorą jak najwięcej dodatkowych zajęć, np. prowadzą otwarte kursy „Dorośli do sztuki” (40+), kursy rysunku i malarstwa, kursy wakacyjne w Pałacu Czapskich. Wszystko to są zajęcia ekstra płatne. Są też niestacjonarne Szkoły Doktorskie, odpłatne, lecz nie za bardzo wiadomo, za ile, bo koszty są indywidualnie ustalane przez ASP. Studia doktoranckie powinny trwać 3 lata (6 semestrów). Teoretycznie – dotyczą tylko ludzi legitymujących się tytułem magistra. Jednak ten wymóg niektórzy mogli ominąć i zdobywali tytuły doktora sztuk pięknych, mając ledwie matury, przeskakując cały wieloletni proces nauki. Wydarzyło się to ponad dekadę temu na Wydziale Sztuki Mediów, wywołało aferę, którą oczywiście zamieciono pod dywan. Coś podobnego jak szwindle z MBA na Collegium Humanum, tylko na mniejszą skalę. Na artystycznych studiach w całym kraju są takie wydziały, kursy, katedry, gdzie sztuka jest niewidocznym dodatkiem. Na przykład na warszawskiej ASP działa Międzywydziałowa Katedra Kształcenia Teoretycznego. Co to takiego? Na oficjalnej stronie uczelni czytamy:
„W 2022 roku do zespołu Katedry dołączyła istotna część teoretyków zatrudnionych wcześniej bezpośrednio na wydziałach artystycznych i projektowych. Katedra z założenia współpracuje z wykładowcami Wydziału Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich”. Istnieje też coś zwane Instytutem Badań Przestrzeni Publicznej, która to instytucja powstała „w celu podjęcia wielowymiarowej i interdyscyplinarnej analizy szeroko rozumianej przestrzeni publicznej, a szczególnie przestrzeni miejskiej, ponieważ miasto generuje dzisiaj ruch w kulturze”.
Oprócz tego zaprasza do współpracy (nie za darmo) Instytut Sztuki Mediów im. Ryszarda Winiarskiego, który
„wspiera i prowadzi działania w obszarze sztuki współczesnej i intermediów zgodnie z filozofią prof. Ryszarda Winiarskiego”.
Gdyby ktoś miał problem z wyborem wydziału na ASP w Warszawie, a nie miał żadnych specjalnych uzdolnień, radziłabym wybrać Wydział Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich. Oto fragment ich programu nauczania:
„Nasze zajęcia dotyczą m.in. organizacji aktualnego życia artystycznego, w tym krytyki artystycznej, regulacji prawnych w zakresie prawa autorskiego i praktyk postartystycznych. Bardzo ważne jest dla nas to, żeby Studentki i Studenci mieli możliwość jak najszybciej zastosować wiedzę, którą nabyli podczas zajęć teoretycznych”.
Tu jako ciała pedagogiczne zatrudnione są gwiazdy. Wymieńmy najjaśniejsze: dr Jakub Banasiak, były internetowy „Krytykant”, redaktor naczelny magazynu „Szum”, autor książek, ostatnio „Proteuszowe czasy. Rozpad państwowego systemu sztuki 1982–1993”. Marika Kuźmicz, wykładowczyni i dziekana nie tylko na ASP, także na Collegium Civitas, a od 2022 r. kuratorka badań dla Instytutu Susch założonego przez Grażynę Kulczyk. I ta najważniejsza – dr Katarzyna Kasia, filozofka, prowadząca zajęcia z historii filozofii i filozofii kultury z elementami antropologii. Takie kwiatki.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Monika Małkowska: Kultura jest prawdziwym dobrem
Najaktywniejsi w formatowaniu polskiej sztuki pod kątem własnych potrzeb są Niemcy
Emerytury artystów, czyli problem w pigułce

„Namalować katolicyzm od nowa” – sztuka sakralna wraca do kościołów

Nie żyje prof. Adam Myjak, znany polski rzeźbiarz i były rektor ASP







