Kto pilnuje ciszy po ks. Blachnickim? Mord, archiwa i strach państwa

- Autor tekstu twierdzi, że choć państwo polskie oficjalnie potwierdziło zabójstwo ks. Franciszka Blachnickiego, to nie potrafi doprowadzić sprawy do końca – a sama prawda o zbrodni bez wskazania sprawców i mechanizmu działania nie oznacza jeszcze sprawiedliwości.
- Wskazuje, że kluczową barierą mogą być archiwa i środowiska służb specjalnych, zarówno dawnych, jak i współczesnych – jego zdaniem problemem nie jest już brak wiedzy, lecz brak dostępu do niej lub brak woli jej pełnego wykorzystania.
- Jak czytamy, sprawa ks. Blachnickiego stała się testem dla III RP – pytaniem o to, czy państwo rzeczywiście zerwało z dziedzictwem PRL, czy też wciąż pozostaje w pewnym stopniu zależne od dawnych struktur, ich kultury działania i lojalności środowiskowych.
- Autor tekstu sugeruje, że możliwe są również współczesne blokady śledztwa – zarówno na poziomie instytucjonalnym, jak i personalnym – a brak zdecydowanych działań państwa może świadczyć nie o bezradności, lecz o świadomym unikaniu pełnego rozliczenia tej zbrodni.
Prawda, która nie wystarcza
Są sprawy, w których samo wypowiedzenie prawdy nie jest jeszcze sprawiedliwością. Przeciwnie — bywa dopiero początkiem najtrudniejszego etapu. Tak właśnie stało się w przypadku śmierci księdza Franciszka Blachnickiego. Gdy w marcu 2023 roku Instytut Pamięci Narodowej ogłosił, że przyczyną jego śmierci było podanie śmiertelnych substancji toksycznych, państwo polskie wypowiedziało wreszcie to, co przez lata istniało w sferze podejrzeń, analiz i moralnej pewności: założyciel Ruchu Światło-Życie nie zmarł naturalnie, lecz został zamordowany 27 lutego 1987 roku w Carlsbergu.
Tamten komunikat miał znaczenie historyczne. Kończył długi okres półcieni, niedomówień i ostrożnych hipotez. Ale był też czymś jeszcze: początkiem nowego, znacznie trudniejszego testu. Bo od chwili, gdy państwo przyznaje, że doszło do zabójstwa politycznego, nie może już zadowolić się samym nazwaniem zbrodni. Musi ustalić sprawców, zleceniodawców, mechanizm operacji i wszystkie ogniwa późniejszej osłony. O ile to możliwe.
Właśnie tutaj zaczyna się najpoważniejszy problem III RP. Mijają kolejne lata od chwili oficjalnego potwierdzenia otrucia, a sprawa nie została doprowadzona do punktu, którego można by oczekiwać po państwie poważnie traktującym własną pamięć i własne zobowiązania wobec ofiar komunizmu. Nie chodzi już o brak historycznej wiedzy. Chodzi o pytanie, dlaczego ta wiedza nie przekłada się na ostateczne rozstrzygnięcia, i jak złamać omertę funkcjonariuszy służb specjalnych.
Po 2023 roku wygodne tłumaczenie, że nadal poruszamy się po gruncie przypuszczeń, przestało wystarczać. Skoro państwowa instytucja - Instytut Pamięci Narodowej publicznie ogłasza, że doszło do otrucia, zarazem przyznaje, iż dysponuje materiałem pozwalającym przekroczyć dawny próg niewiedzy. Wtedy pytanie nie brzmi już: czy wydarzyła się zbrodnia. Pytanie brzmi: dlaczego po oficjalnym potwierdzeniu zbrodni wciąż nie następuje adekwatne przyspieszenie działań państwa. Nie jest wina prowadzącego śledztwo prokuratora, ale upływu czasu, biologii, która bezlitośnie rozlicza sprawców i zleceniodawców mordu oraz niszczenia archiwów.
I właśnie dlatego sprawa ks. Blachnickiego nie jest już wyłącznie sprawą historyczną. Coraz wyraźniej staje się sprawą współczesnego państwa. Pytaniem o to, czy III RP naprawdę przecięła ciągłość z komunizmem, czy też w decydujących momentach nadal okazuje się zakładnikiem archiwów, instytucjonalnych odruchów i korporacyjnych lojalności odziedziczonych po tamtym systemie.
Gdy ślad prowadzi do teraźniejszości
Z tej diagnozy wyrastał mój wcześniejszy cykl publikacji poświęconych sprawie ks. Blachnickiego. Punktem wyjścia nie było już samo pytanie o to, czy został zamordowany. Na to pytanie odpowiedź stawała się coraz wyraźniejsza. Znacznie istotniejsze było inne: kto dziś blokuje dojście do pełnej prawdy i gdzie znajduje się realna przeszkoda, której śledztwo nie potrafi przełamać.
W tekście „Śledztwo w impasie politycznym?” wskazywałem, że klucz do sprawy może tkwić w materiałach dotyczących agentury i rezydentury działającej w Niemczech, przejętych po dawnych strukturach SB i pozostających poza realnym zasięgiem śledczych. W kolejnych publikacjach pytałem już bez osłon: czy służby chronią morderców księdza Franciszka Blachnickiego i czy III RP kryje morderców z PRL.
Nie były to pytania pisane dla efektu. Wynikały z prostej logiki nasuwających się pytań obserwatora tej sprawy. Jeżeli państwo po latach uznaje zabójstwo, a mimo to nie dochodzi do przełomu, trzeba przestać patrzeć wyłącznie wstecz. Trzeba zacząć patrzeć na współczesne instytucje: służby, archiwa, pion śledczy, decyzje przełożonych, zakres wykorzystywanych przepisów i granice, których — być może — komuś nie wolno przekroczyć.
To właśnie ten moment okazał się najtrudniejszy. O przeszłości można mówić odważnie, bo nie odpowiada. Teraźniejszość jest inna. Tu pojawiają się konkretne nazwiska, konkretne instytucje, konkretne zaniechania i konkretne procedury. A wraz z nimi pojawia się pytanie znacznie poważniejsze od historycznego sporu: czy polskie państwo po 1989 roku naprawdę panuje nad własnym dziedzictwem służb?
Interpelacja nr 16437 złożona przez posła Tomasza Rzymkowskiego 8 kwietnia 2026 roku pokazuje, że te pytania wyszły już poza publicystykę i weszły do oficjalnego obiegu państwowego. W dokumencie wskazano moje artykuły jako przykład publikacji wymagających wyjaśnienia, a sam poseł pyta ministra sprawiedliwości o możliwą rolę Agencji Wywiadu, o blokowanie lub utrudnianie śledztwa, o działania lub zaniechania służb wpływające na przebieg postępowania oraz o to, czy szef pionu śledczego IPN prok. Andrzej Pozorski uniemożliwił sięgnięcie po materiały operacyjne niezbędne do ustalenia sprawców i zleceniodawców mordu.
To trzeba napisać wprost: interpelacja Tomasza Rzymkowskiego, który był onegdaj inicjatorem drugiego śledztwa w sprawie śmierci księdza Blachnickiego, jest skutkiem moich publikacji oraz wieloletniej aktywności Piotra Woyciechowskiego. W moim przypadku przesądza o tym sama treść interpelacji. W przypadku Woyciechowskiego — lata presji, pamięci i eksperckiego nacisku, bez których sprawa mogłaby nie odzyskać wagi koniecznej do wywołania reakcji politycznej.
Woyciechowski i pamięć nieodwołana
Piotr Woyciechowski od dawna odgrywał w tej historii rolę wykraczającą poza funkcję komentatora. Był jednym z tych ludzi, którzy nie pozwolili, by sprawa śmierci ks. Blachnickiego została zamknięta w archiwum pamięci. Już w 2020 roku publicznie mówił o „paśmie pomyłek” pionu śledczego IPN. Była to diagnoza niewygodna nie dlatego, że ostra, lecz dlatego, że uderzała w samo jądro problemu: w możliwość, że państwo nie tylko nie rozliczyło zbrodni, ale może również nie robić wszystkiego, aby ją rozliczyć.
Jeszcze mocniej wybrzmiały jego wypowiedzi z 2021 roku, kiedy ujawnił razem z Janem Pospieszalskim informacje o wynikach poufnej kościelnej ekshumacji z 2006 roku. Tego rodzaju dane zmieniają perspektywę. Jeśli sygnały wzmacniające hipotezę otrucia istniały już wcześniej, spór przestaje dotyczyć wyłącznie tego, czego nie wiedzieliśmy. Zaczyna dotyczyć także tego, dlaczego przez lata nie wyciągnięto z tej wiedzy wszystkich konsekwencji.
Po komunikacie IPN z 2023 roku Woyciechowski nadal nagłaśniał wagę i znaczenie sprawy, tłumacząc ją w kategoriach operacji, a nie tylko dramatycznego epizodu historycznego. Wskazywał na znaczenie udziału w inwigilacji duchownego agentów komunistycznego wywiadu PRL - Andrzeja Gontarczyka TW „Yon” i jego żony Jolanty Gontarczyk TW „Panna”, na logikę działań służb i na konieczność myślenia o tej zbrodni w szerszym kontekście wywiadowczym. Prowadził też debaty i spotkania, w tym wydarzenie IPN w marcu 2026 roku, w którym uczestniczyłem.
To istotne, bo pokazuje, że sprawa nie była podtrzymywana jedynie przez pojedyncze impulsy medialne. Istniała konsekwentna linia nacisku: ekspercka, publiczna i historyczna. Można wręcz powiedzieć, że bez tej cierpliwej pracy pamięci moje późniejsze publikacje nie miałyby takiego politycznego rezonansu.
Woyciechowski robił coś jeszcze ważniejszego. Odbierał państwu alibi niewiedzy. Pokazywał, że problem nie leży już tylko w dawnej historii, ale w obecnej tajemniczości instytucji. To różnica zasadnicza. Dawne tajemnice są skutkiem historii. Obecna - jest skutkiem decyzji.
Gontarczykowie i anatomia operacji
W centrum tej historii pozostają Jolanta Gontarczyk-Lange. i Andrzej Gontarczyk. Nie jako postacie poboczne, lecz jako agenturalny rdzeń operacji wymierzonej w ks. Franciszka Blachnickiego i jego środowisko. Z dostępnych materiałów wynika, że zostali skierowani do RFN do inwigilowania kapłana i jego współpracowników, a następnie zdołali wejść do jego najbliższego otoczenia.
To właśnie ten moment jest najważniejszy. W tajnych operacjach kluczowe nie jest tylko zbieranie informacji, ale zdobycie zaufania. Najcenniejszy agent to nie ten, który patrzy z daleka, lecz ten, który staje się częścią sfery życia ofiary. Ktoś, kto bywa obecny przy codziennych czynnościach, przy relacjach, przy słabościach, przy tym, co publiczne i prywatne zarazem.
Na początku 1984 roku Gontarczykowie nawiązali kontakt z ks. Blachnickim, a potem zdobyli jego zaufanie i zostali dopuszczeni do współpracy. W końcu 1984 roku przenieśli się do Carlsbergu i szybko znaleźli się w ścisłym otoczeniu księdza. Oznaczało to dostęp do jego działalności publicznej, ale również do codzienności, w której człowiek ujawnia najwięcej, bo najmniej myśli o tym, że jest obserwowany.
Niepokój tej sytuacji rośnie jeszcze bardziej, gdy uwzględnić relacje przywoływane przez Piotra Woyciechowskiego, według których Jolanta Gontarczyk znała stan zdrowia księdza, jego leki i codzienne potrzeby. Jeśli tę relację potraktować serio, a są ku temu powody, agenturalna obecność przestaje być zwykłą inwigilacją środowiska politycznego czy religijnego. Oznacza dostęp do samej bezbronności ofiary.
Według ustaleń, tuż przed śmiercią ks. Blachnicki miał już wiedzieć, że Gontarczykowie są agentami Departamentu I MSW, czyli komunistycznego wywiadu PRL. Jeżeli tak było, dramat całej sprawy staje się jeszcze głębszy. Oto ofiara zaczyna rozumieć naturę osaczenia być może dokładnie wtedy, gdy mechanizm operacji eliminacji jest już domknięty. W takim układzie nie mamy do czynienia z luźną siecią podejrzeń, lecz z logiką perfidnej, zabójczej operacji.
Po śmierci kapłana Gontarczykowie nie pozostali w Carlsbergu. Z dostępnych źródeł wynika, że w 1988 roku uciekli do Polski w obawie przed zatrzymaniem przez kontrwywiad RFN, a ich wycofanie miało odbyć się przy pomocy wywiadu PRL. W języku operacyjnym wygląda to jak klasyczna szpiegowska sekwencja: pełna penetracja środowiska, śmierć celu, zagrożenie dekonspiracją, ewakuacja agentury.
Jest też wątek, który powinien budzić szczególne zainteresowanie śledczych i opinii publicznej: dokumenty ukryte w Carlsbergu przez dwoje agentów wywiadu PRL — Jolantę i Andrzeja Gontarczyków — które do dziś nie zostały odnalezione. Jeżeli ten trop jest trafny, oznaczałoby to, że ich rola nie ograniczała się do obecności przy ofierze, lecz obejmowała również aktywne zarządzanie śladami po operacji.
To właśnie dlatego Gontarczykowie pozostają nie tylko historycznym tropem, ale centralnym punktem tej sprawy. Bez pełnego wyjaśnienia ich roli, relacji, osłony i późniejszych losów trudno wyobrazić sobie rzeczywiste domknięcie śledztwa. „Yon” od kilku lat nie żyje, zmarł w dosyć niewyjaśnionych okolicznościach. „Panna” uciekła tuż przed przesłuchaniem do Hiszpanii i unika prokuratora IPN.
Sprawa międzynarodowa, nie lokalna
W Polsce nadal zbyt słabo dostrzega się międzynarodowy ciężar tej sprawy. Ks. Blachnicki zginął na terytorium RFN, a śledztwo prowadzone przez prokuratora IPN obejmowało współpracę z m.in. Niemcami, Austrią i Węgrami. Nie jest to zatem wyłącznie polska historia pamięci o komunizmie. To również sprawa dotycząca wiarygodności polskiego państwa wobec partnerów zagranicznych i jego zdolności do rozliczenia zbrodni popełnionej przez agenturę bloku wschodniego na obszarze zachodniego państwa.
Nieprzypadkowo temat ten podjęły media zagraniczne. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał w 2023 roku, że „Warszawa jest pewna, iż agenci SB otruli ks. Blachnickiego, a niemieckie służby od dawna interesowały się Gontarczykami z powodu podejrzeń o działalność szpiegowską”. To nie są informacje marginalne. Pokazują, że sprawa żyje nie tylko w polskim obiegu pamięci, lecz także w szerszym obiegu europejskim.
Właśnie dlatego niewyjaśniona do końca śmierć ks. Blachnickiego przestaje być jedynie polskim dramatem historycznym. Staje się również sprawą międzynarodowej reputacji państwa. Jeśli Berlin, dzięki własnym archiwom i własnej „pamięci kontrwywiadowczej”, może wiedzieć o tej operacji więcej, niż gotowa jest ujawnić Warszawa, mamy do czynienia nie tylko z historycznym skandalem, ale również z problemem suwerenności instytucjonalnej.
To jest szczególnie bolesne, bo dotyczy fundamentów wiarygodności państwa. Kraj, który nie potrafi uporządkować wiedzy o działaniach komunistycznej agentury na terytorium zachodniego państwa, nie może z pełnym przekonaniem opowiadać o zakończonej transformacji i pełnym rozliczeniu przeszłości. W takim momencie historia przestaje być tylko historią. Staje się lustrem teraźniejszości.
Pozorski i pytanie o blokadę od środka
Nie da się uczciwie pisać o tej sprawie bez nazwiska Andrzeja Pozorskiego. Interpelacja Rzymkowskiego pyta wprost, czy dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu uniemożliwił prokuratorowi prowadzącemu śledztwo skorzystanie z procedury, która mogła doprowadzić do udostępnienia materiałów operacyjnych ABW lub Agencji Wywiadu, niezbędnych do ustalenia sprawców i zleceniodawców mordu.
Jeśli ten zarzut jest prawdziwy, jego ciężar jest ogromny. Oznaczałby bowiem, że blokada nie znajduje się wyłącznie poza śledztwem — po stronie służb, tajemnicy państwowej czy niechęci do otwierania archiwów — ale również wewnątrz instytucji, która została powołana właśnie po to, by ścigać zbrodnie komunistyczne.
Taki obraz byłby dla państwa szczególnie kompromitujący. Oznaczałby, że prawda nie przegrywa jedynie z dawną tajemnicą archiwów, ale także z ostrożnością jej własnych strażników. Innymi słowy: że nawet w IPN, który zajmuje się rozliczaniem zbrodni komunistycznych, może działać odruch hamowania, odwlekania i niewchodzenia zbyt głęboko w obszary chronione przez inne instytucje państwa.
Samotność śledczego
Zbyt rzadko mówi się o tym, że śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Blachnickiego prowadzi tylko jeden prokurator, a nie rozbudowana struktura task force, jak z amerykańskich filmów sensacyjnych. Jeżeli rzeczywiście próbuje on sięgać do obszarów szczególnie wrażliwych dla współczesnych służb i ludzi związanych z ich dziedzictwem, musi liczyć się nie tylko z przeszkodami formalnymi, ale także z ryzykiem nacisku, izolowania, zniechęcania i podważania podejmowanych decyzji.
W polskim życiu publicznym pojawiały się już w ostatnich latach opisy ingerowania przełożonych w czynności procesowe i wywierania nacisków na prokuratorów. Nie trzeba więc budować sensacyjnych scenariuszy, aby uznać, że w sprawie takiej rangi ryzyko odwetu instytucjonalnego jest realne. Wystarczy świadomość, jak funkcjonują hierarchiczne instytucje państwa, gdy stawką staje się ich własny interes albo interes środowisk z nimi powiązanych.
Taki nacisk nie musi przyjmować formy widowiskowej. Częściej wygląda jak obojętność przełożonych, brak wsparcia, rozmywanie odpowiedzialności, odwlekanie decyzji, blokowanie inicjatyw albo sygnał, że ktoś dotknął tematu, który lepiej zostawić. Właśnie dlatego pytanie o ochronę prokuratora prowadzącego śledztwo nie jest pobocznym detalem, lecz jednym z kluczowych testów powagi państwa.
Jeżeli państwo nie potrafi ochronić i wspomóc własnego śledczego wtedy, gdy ten dociera do obszaru archiwów, służb i tajnych operacji, to tak naprawdę samo przyznaje, że instytucjonalnie boi się prawdy. A państwo, które boi się prawdy o morderstwie politycznym, przestaje być tylko nieudolne. Zaczyna być współodpowiedzialne za trwanie ciszy.
III RP i nieodcięty rodowód
Właśnie tutaj dochodzimy do sedna. Służby III RP nie powstały od zera. W debacie organizowanej przez IPN przypominano, że ponad połowa weryfikowanych w 1990 roku funkcjonariuszy SB trafiła do policji lub UOP, a Agencja Wywiadu została później utworzona przez wyodrębnienie wywiadu cywilnego ze struktur UOP. Nie stawiam zarzutu prostego utożsamienia współczesnych służb z aparatem PRL. Przypominam tylko fakt, że transformacja miała wymiar ciągłości personalnej i instytucjonalnej.
To zaś oznacza, że wraz z ludźmi, którzy miękko przeszli weryfikację, i z SB trafili do UOP mogły przetrwać również określone nawyki środowiskowe. Odruch ochrony własnej korporacji. Niechęć do pełnej jawności. Przekonanie, że pewnych spraw nie należy otwierać do końca, bo mogłyby naruszyć spójność środowiska, uruchomić lawinę kompromitujących pytań lub osłabić mit „czystego początku” służb po 1989 roku.
Właśnie dlatego pytanie o Agencję Wywiadu nie jest nadużyciem, lecz logiczną konsekwencją historii transformacji. Instytucja wyrastająca z porządku bezpieczeństwa budowanego po PRL ma szczególny obowiązek pokazać, że nie chroni dawnych ludzi, dawnych operacji i dawnych zasobów wiedzy bardziej niż współczesnego interesu państwa. A współczesny interes państwa w tej sprawie jest oczywisty: pełne wyjaśnienie morderstwa politycznego księdza.
W służbach specjalnych najtrwalsza bywa nie struktura, lecz kultura instytucjonalna. Można zmienić nazwę, ustawę, podległość i organizacyjny szyld, a mimo to zachować ten sam odruch: chronić swoje środowisko przed pełnym odsłonięciem. Jeśli właśnie z takim zjawiskiem mamy do czynienia w sprawie ks. Blachnickiego, to przestaje ona być wyłącznie śledztwem. Staje się diagnozą ustrojową III RP.
Bo wtedy problem nie polega już na tym, że przeszłość jest trudna. Problem polega na tym, że teraźniejszość postanowiła tej trudności nie rozwiązać. A to jest różnica fundamentalna. Historia nie wybiera. Instytucje wybierają.
Nadzieja, która ma nazwisko
Na tym tle szczególnego znaczenia nabiera osoba Prezydenta Karola Nawrockiego. To on jako prezes IPN publicznie poinformował w marcu 2023 roku, że zgromadzony materiał dowodowy pozwala stwierdzić, iż ks. Blachnicki został zamordowany przez funkcjonariuszy SB poprzez podanie trucizny. Interpelacja Rzymkowskiego przypomina ten fakt wprost, co nadaje jego osobie szczególny ciężar w dzisiejszej debacie o odpowiedzialności państwa.
Dlatego właśnie z Nawrockim można dziś wiązać realną nadzieję. Nie dlatego, że prezydent może jednym ruchem otworzyć archiwa Agencji Wywiadu czy ABW, bo nie może. Materiały operacyjne podlegają rygorom ustawowym. Ale dlatego, że jako były prezes IPN nie ma prawa udawać, że nie rozumie ciężaru tej sprawy. Jeśli potraktuje śledztwo poważnie, może nadać jemu rangę realnego priorytetu państwowego, wymusić współpracę instytucji, odebrać komfort bezruchu tym, którzy zasłaniają się procedurami, i stworzyć polityczną ochronę dla tych, którzy chcą doprowadzić śledztwo do końca.
To jest najważniejszy test wiarygodności Karola Nawrockiego. Jeśli chce być prezydentem pamięci Niepodległej, musi pokazać, że pamięć nie jest dla niego dekoracją. W sprawie ks. Blachnickiego nie chodzi o kolejne przemówienie, tablicę, rocznicę ani podniosłą formułę. Chodzi o to, czy państwo pod jego politycznym patronatem będzie gotowe wejść w konflikt z cieniami, nie tylko przeszłości.
To właśnie dlatego nadzieja związana z jego osobą nie ma charakteru naiwnego ani mesjanistycznego. Nie chodzi o oczekiwanie cudu jednego człowieka. Chodzi o uzasadnione oczekiwanie, że człowiek wywodzący się z IPN zrozumie prostą zależność: pamięć bez sprawiedliwości jest tylko bardziej elegancką formą bezsilności. Jeśli Nawrocki tego nie zrozumie, zawiedzie nie jako polityk jednej kadencji, lecz jako symbol całego obozu politycznego, z którego wyrósł.
Jeżeli zaś tego nie zrobi, rozczarowanie będzie miało ciężar szczególny. Wtedy okaże się, że nawet polityk wyrastający z IPN nie był gotów zderzyć państwa z nierozliczoną przeszłością służb. A to oznaczałoby coś bardzo gorzkiego: że III RP woli czcić ofiary komunizmu, niż naprawdę je rozliczać.
Finał, którego państwo może się bać
Dziś najważniejsze pytanie nie brzmi już tylko: kto zabił księdza Franciszka Blachnickiego. Pytanie brzmi: kto przez tyle lat pilnował ciszy wokół tej zbrodni i dlaczego państwo wolnej Polski nadal nie potrafi tej ciszy przełamać?
Jeżeli prawdą okażą się zarzuty z interpelacji — jeśli Agencja Wywiadu lub inna służba blokuje lub utrudnia śledztwo, jeśli prowadzący śledztwo prokurator pozostaje bez realnej ochrony przed naciskami, a polityczne centrum państwa nadal będzie udawało, że sprawa wymaga jedynie cierpliwości — to śmierć ks. Blachnickiego przestanie być wyłącznie oskarżeniem wobec sprawców z PRL. Stanie się oskarżeniem wobec III RP.
I wtedy trzeba będzie powiedzieć coś jeszcze mocniej. Nie, że państwo nie dało rady. Nie, że sprawa okazała się zbyt trudna. Ale że państwo wiedziało, co ma zrobić, i nie zrobiło tego, ponieważ bardziej niż prawdy przestraszyło się własnych archiwów, własnych służb i własnej biografii po 1989 roku. To byłaby już nie bezradność. To byłby wybór.
A jeśli byłby to wybór, oznaczałoby to, że problem nie polega na niedokończonym śledztwie, lecz na niedokończonym państwie. Na państwie, które umie mówić o sprawiedliwości, ale nie umie zaryzykować konfliktu z własnym cieniem. Na państwie, które przez lata budowało swoją moralną opowieść na rozliczaniu komunizmu, a w chwili prawdziwej próby cofa się przed otwarciem tych drzwi, za którymi mogłyby znajdować się najbardziej kompromitujące ciągłości.
Wtedy śmierć ks. Franciszka Blachnickiego stanie się czymś więcej niż jedną z najcięższych zbrodni politycznych końca PRL. Stanie się lustrem, w którym III RP zobaczy własną twarz bez retuszu. I być może właśnie tego lustra najbardziej się boi.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" od Redakcji]
Interpelacja Tomasza Rzymkowskiego
Interpelacja nr 16437 do ministra sprawiedliwości
w sprawie czynności podejmowanych przez pion śledczy Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach w postępowaniu przygotowawczym dotyczącym zabójstwa politycznego ks. Franciszka Blachnickiego
Zgłaszający: Tomasz Rzymkowski
Data wpływu: 08-04-2026
Szanowny Panie Ministrze,
w związku z niepokojącymi informacjami dotyczącymi stanu śledztwa prowadzonego od sześciu lat przez pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej, a w szczególności przez jego katowicki oddział Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu pod sygn. akt: S 35.2020.Zk, uprzejmie proszę o udzielenie wyczerpujących wyjaśnień w sprawie aktualnego stanu postępowania dotyczącego wyjaśnienia okoliczności i ustalenia sprawców zabójstwa ks. Franciszka Blachnickiego.
Pragnę przypomnieć, że ponad sześć lat temu został złożony przeze mnie wniosek o wznowienie postępowania w tej sprawie, który skutkował podjęciem przez IPN stosownych czynności procesowych. Następnie, w marcu 2023 roku, ówczesny prezes IPN pan dr Karol Nawrocki publicznie poinformował, iż zgromadzony materiał dowodowy pozwala stwierdzić, że ks. Franciszek Blachnicki został zamordowany przez funkcjonariuszy SB poprzez podanie mu trucizny. Przez kolejne trzy lata nie pojawiły się sygnały o postępach w wyjaśnieniu sprawy. Można ze sporą dozą przekonania stwierdzić, iż śledztwo stanęło w miejscu.
Sprawa śmierci ks. Franciszka Blachnickiego ma nie tylko istotne znaczenie historyczne, ale również społeczne i moralne. Jest także papierkiem lakmusowym miary wiarygodności polskich służb specjalnych. Jeśli jako państwo nie jesteśmy w stanie ukarać sprawców zbrodni komunistycznych, to nie dajemy dobrego świadectwa sprawiedliwości i odpowiedzialności za działania w realiach praworządnego, demokratycznego i niepodległego państwa polskiego. Nie jesteśmy zatem w stanie uchronić w przyszłości obywateli od zbrodniarzy działających w interesie mafii lub grupy zindoktrynowanych szaleńców, gdyż pokazujemy nieprzerwanie słabość w ściganiu zbrodniarzy. Państwo i jego funkcjonariusze czekają, aż sprawcy zejdą z tego
świata, a jedyny sąd, który ich ukarze, to sąd Boży. Nie chcę, żeby państwo zrzucało obowiązek ukarania na Pana Boga. Opinia publiczna oczekuje pełnego wyjaśnienia okoliczności tego zdarzenia oraz pociągnięcia sprawców i zleceniodawców mordu do odpowiedzialności.
W związku z powyższym zwracam się z następującymi pytaniami:
1. Czy Pan Minister podjął zdecydowane działania, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem, w sprawie wyjaśnienia wątpliwości i prawdziwości zarzutów stawianych w doniesieniach medialnych pod adresem Agencji Wywiadu, zawartych przykładowo w publikacjach prasowych pióra red. Tomasza Szymborskiego „Czy służby chronią morderców księdza Franciszka Blachnickiego?” z dnia 30.01.2026 r. oraz „Krew na rękach wywiadu. Czy III RP kryje morderców z PRL?” z dnia 1.04.2026 r. (pierwszy tekst opublikowany na portalu Tysol.pl, drugi na portalu Salon24.pl.)?
2. Czy w toku prowadzonego śledztwa o sygn. S 35.2020.Zk odnotowano jakiekolwiek działania lub zaniechania ze strony służb specjalnych, w tym w szczególności Agencji Wywiadu, które mogłyby mieć wpływ na przebieg lub tempo śledztwa?
3. Czy prawdą jest, że Agencja Wywiadu blokuje lub utrudnia prowadzenie przedmiotowego śledztwa? Jakie działania zostały podjęte w celu weryfikacji tego?
4. Czy prawdą jest, że dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – prok. Andrzej Pozorski uniemożliwił prokuratorowi prowadzącemu śledztwo S 35.2020.Zk w sprawie zabójstwa politycznego ks. Franciszka Blachnickiego skorzystanie z przepisów art. 39 ust. 6 ustawy z dnia 24 maja 2002 r. o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu i skierowanie do prezesa Sądu Najwyższego wniosku z żądaniem udostępnienia materiałów operacyjnych Agencji Wywiadu lub Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego niezbędnych dla ustalenia sprawców i zleceniodawców mordu? Jeżeli tak, to jakie konsekwencje służbowe Pan Minister zamierza wyciągnąć wobec prok. Andrzeja Pozorskiego?
5. Jakie konkretne czynności procesowe i operacyjne zostały podjęte w ciągu ostatnich trzech lat przez katowicki oddział Głównej Komisji Ścigania Zbrodni
przeciwko Narodowi Polskiemu – od momentu ogłoszenia w marcu 2023 roku publicznie informacji potwierdzających ponad wszelką wątpliwość fakt zabójstwa politycznego ks. Franciszka Blachnickiego poprzez podanie mu trucizny – w kierunku ustalenia sprawców i zleceniodawców zabójstwa?
6. Na jakim etapie znajduje się obecnie postępowanie w tej sprawie? Czy ustalono osoby podejrzane, a jeśli tak, to czy postawiono im zarzuty karne?
7. Czy w toku śledztwa prowadzona jest współpraca międzynarodowa, w szczególności z organami ścigania Republiki Federalnej Niemiec lub innych państw?
8. Czy istnieją przeszkody prawne, organizacyjne lub międzynarodowe, które utrudniają zakończenie śledztwa? Jeśli tak, to jakie działania zostały podjęte w celu ich przezwyciężenia?
9. Jakie dalsze kroki są planowane w tej sprawie oraz jaki jest przewidywany termin zakończenia postępowania?
10. Czy Jolanta Lange (vel Gontarczyk) oraz Andrzej Gontarczyk zostali przesłuchani w toku prowadzonego śledztwa? Jeśli tak – w jakim charakterze i kiedy miały miejsce te czynności?
11. Czy wobec Jolanty Lange (vel Gontarczyk) podejmowane były jakiekolwiek działania procesowe, w tym próby postawienia zarzutów lub zastosowania środków zapobiegawczych?
12. Czy prawdą jest, że Jolanta Lange (vel Gontarczyk) pozostaje pod ochroną współczesnych służb specjalnych Rzeczypospolitej Polskiej? Jeśli tak – na jakiej podstawie prawnej oraz w jakim zakresie taka ochrona miałaby być realizowana?
Z poważaniem
dr Tomasz Rzymkowski
Władze Zamościa chcą upamiętnić komunistyczną działaczkę. "To podlega karze"
Powstaje film o "Ince". Rozmowa z dyrektorem gdańskiego IPN - dr Markiem Szymaniakiem

Promocja albumu „Upamiętnienia” w Gdańsku - Gdańsk, 24 lutego 2026
Makabra na Mazowszu. Doszło do podwójnego morderstwa
Ukraińskie ministerstwo kultury wydało pozwolenie na poszukiwania w Hucie Pieniackiej



