Ukraść pracującym w "Biedronkach" i dać "artystom"

- Rząd przygotował ustawę przewidującą dopłaty do składek ZUS dla części artystów.
- Pomoc ma objąć osoby spełniające kryterium dochodowe do 125 proc. płacy minimalnej.
- Projekt wywołuje spór dotyczący finansowania programu z pieniędzy publicznych.
Magiczne 125%
Ustawa rządowa, nazywana ustawą "o godności pracy w kulturze", jest głęboko nieuczciwa, wręcz obraźliwa wobec setek tysięcy ludzi w Polsce, ciężko pracujących, ale mimo to zarabiających zaledwie do 125 procent wynagrodzenia minimalnego.
Dlaczego akurat 125%?
Projekt przyznaje artystom państwowe dopłaty do składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne do poziomu wynikającego z minimalnego wynagrodzenia za pracę. Warunkiem jest odpowiedni średni dochód z trzech poprzednich lat. Nie może przewyższać 125% wynagrodzenia minimalnego.
Co to oznacza w praktyce? Kradzież
To, że polscy podatnicy będą wspomagać swoimi pieniędzmi ludzi, którzy mają "papiery" artysty i dochód o 25% wyższy od minimum, a jednocześnie nie będą wspomagać w żaden sposób np. pracownic z lokalnej "Biedronki", które - według danych statystycznych - zarabiają zaledwie od 10% do 17% ponad minimum krajowe. Rząd autorytatywnie uznał, że rozładowywanie palet w "Biedronce" jest czymś gorszym od układania słów w wiersz czy rozprowadzania farby na płótnie. A przecież w większości przypadków jest na pewno czymś bardziej pożytecznym.
Ale to jeszcze nie cały obraz skandalicznej sytuacji: te pracownice "Biedronki" - gorzej od artysty zarabiające - będą swoimi podatkami (PIT, VAT i inne) finansować państwową pomoc dla tych lepiej zarabiających artystów. Tak to "godność pracy w kulturze" ma być zapewniona przy pomocy - między innymi - pieniędzy właśnie im ukradzionym. Pytam: gdzie tu sprawiedliwość? Gdzie uczciwe traktowanie ludzi, których praca jest prawdziwie niezbędna milionom, żeby móc nakarmić rodziny? Dlaczego ktoś, kto ma "papier" artysty, ma być przez polskie państwo traktowany lepiej niż inni obywatele, którzy tego "papieru" nie mają?
Rządowy projekt ustawy zakłada wspomaganie ludzi uznanych za artystów pieniędzmi podatników, którzy zarabiają mniej niż ci artyści. To złodziejstwo i skandal! Może dlatego minister Marta Cienkowska w niedzielnych "Faktach po Faktach" (31 maja) skłamała w żywe oczy mówiąc:
Ta ustawa jest dla tych, którzy mają przychód poniżej płacy minimalnej i tylko dla tych.
Pracowali nawet najwięksi z wielkich
A przecież zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i w latach PRL-u, nawet najbardziej wybitni twórcy nie utrzymywali się wyłącznie z działalności artystycznej. Pracowali zawodowo i było to zjawisko normalne. Weźmy pod lupę literaturę. Pisarze i poeci pracowali w administracji państwowej, bankowości, dyplomacji, sądownictwie czy szkolnictwie. Pisanie wierszy i powieści było zajęciem ubocznym.
- Bolesław Leśmian zarabiał na życie jako notariusz.
- Karol Irzykowski był urzędnikiem sejmowym.
- Kazimiera Iłłakowiczówna pracowała jako urzędniczka w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
- Jan Lechoń był oficerem prasowym w Instytucie Polskim w Paryżu.
- Jarosław Iwaszkiewicz był sekretarzem marszałka Sejmu, a później dyplomatą.
- Jan Brzechwa był adwokatem i wybitnym specjalistą od prawa autorskiego.
- Witold Gombrowicz pracował jako urzędnik i sekretarz w Polskim Związku Przemysłu Wydawniczego.
- Bruno Schulz pracował jako etatowy nauczyciel rysunków i prac ręcznych w państwowym gimnazjum.
- Konstanty Ildefons Gałczyński utrzymywał się z pracy urzędniczej.
- Julian Przyboś pracował jako nauczyciel i bibliotekarz.
- Wisława Szymborska była redaktorką w tygodniku "Życie Literackie".
- Miron Białoszewski był reporterem i dziennikarzem.
- Tadeusz Różewicz był kierownikiem literackim w teatrach.
- Sławomir Mrożek pracował jako rysownik i felietonista.
- Zbigniew Herbert chwytał się różnych zajęć, nie chcąc - szczególnie w okresie stalinizmu - angażować się w zideologizowane środowisko literackie. Pracował jako geometra w spółdzielni inwalidzkiej, projektant urządzeń sanitarnych, kalkulator-chronometrażysta w zakładach torfowych oraz urzędnik w banku.
Nawet ci, którzy odnosili w pracy artystycznej ogromne sukcesy, wiedzieli, że to nie wystarcza. Że praca zawodowa, pozaartystyczna, jest normalnością. Bycie artystą to podjęcie ryzyka (gdy ma stanowić źródło utrzymania), albo hobby na popołudnia, wieczory i weekendy. Do tego potrzebna jest racjonalna i logiczna kalkulacja, a nie instytucja państwa zabierająca ciężko pracującym i rozdająca ludziom niebiorącym odpowiedzialności za własne decyzje i zasłaniających się "artystycznością".
Zabrać mrówkom, dać pasikonikom
Ten rządowy projekt ustawy mówi wiele o jego autorach. Widać po nim, że to ludzie oderwani od rzeczywistości - omamieni rzekomą wyższością porywów sztuki nad prozą pracy zawodowej, twórczego "natchnienia" nad codziennym wysiłkiem i pracowniczym stresem. Typowo inteligenckie, naiwne, głupio idealistyczne podejście, o korzeniach w XIX-wiecznym romantyzmie.
Byłoby ono jedynie dowodem braku rozsądku, gdyby nie prowadziło do planów bezczelnego okradania w majestacie prawa ciężko pracujących, żeby ukradzione pieniądze, zabierane latami przez mrówki w "Biedronkach", dać lekkomyślnym pasikonikom, nietroszczącym się o swoje emerytury.
Komentarze
Za to "dzieło" Jaś Kapela otrzymał od ministerstwa 60 tys. zł? Burza w sieci
Uczelnie artystyczne. Hodowla lewicowych talentów

Wypadek z udziałem minister kultury. Prokuratura chce umorzyć sprawę

Podpięci pod awans. Jak polscy artyści zostali politycznym zapleczem władzy

Sumliński: Środowiska żydowskie żądają usunięcia krzyży z dróg prowadzących do obozu w Treblince

