Szukaj
Konto

Aleksandra Jakubiak OV: Czego pragnie Bóg?

twarz mężczyzny patrząca do góry
Źródło: pixabay.com | Autor: Jeshuah | Licencja: pixabay | Jezus, grafika AI
„Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9, 7).

Ewangelia

Dzisiejsza Ewangelia tak pełna jest treści, że jakoś nie sposób się do niej nie odnieść. A zatem Jezus powołuje Lewiego, potem siada do posiłku z innymi celnikami i grzesznikami. Na to z kolei dziwią się faryzeusze, choć pewnie bardziej adekwatnie byłoby powiedzieć, że się oburzają. Na koniec rozważanego dziś fragmentu Jezus mówi do zdziwionych vel oburzonych: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

Słowa Jezusa korespondują oczywiście z Księgą Ozeasza 6, 4-6: "Cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą Judo? Miłość wasza podobna do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem ich przez proroków, słowami ust mych zabijałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń”. Obie te deklaracje Bożych pragnień - Ozeaszowa i Jezusowa - wzajemnie się dopełniają: Bóg mówi, czym pragnie być obdarowany i co sam chce dawać, czyli pragnie miłości człowieka i dawania miłosierdzia. To jest fundament, a reszta wynika z tych dwóch aksjomatów. Gdyby ktoś chciał pogłębić temat, to bardzo poruszająco mówił dziś tym o. Jacek Prusak SJ.

Na kanwie dzisiejszej Ewangelii mam dwie krótkie refleksje.

 

Droga Kościoła 

4 marca 1979 roku papież Jan Paweł II wydał swoją pierwszą encyklikę zatytułowaną „Redemptor hominis”. Jak sama nazwa wskazuje dokument poświęcony był Odkupicielowi człowieka. W encyklice tej pada zdanie, które stanie się później podstawą nauczania JP2. Papież pisze tam mianowicie, co lub kto jest w jego rozumieniu drogą Kościoła. Może Bóg jest drogą Kościoła? A może konkretnie Jezus? Może zbawienie? Nie tym razem. Według Jana Pawła II drogą Kościoła jest… człowiek. Kiedy spojrzy się na dzisiejszą Ewangelię widać, że Papież nie wziął swojej sentencji z powietrza, ale z życiowej postawy Jezusa, którego priorytetem było spotkanie z drugim i stworzenie z nim relacji opartej na akceptacji, przyjaźni, zaufaniu, miłości. 

Kiedy o tym myślę, zastanawiam się, ile osób uważa, że one same są drogą Kościoła, że nie chodzi tu o jakąś abstrakcyjną esencję człowieczeństwa, ale o konkretnego człowieka żyjącego w konkretnych okolicznościach. Ciebie. Mnie. Co myślimy sobie mówiąc po cichu: ja jestem drogą Kościoła albo ja jestem priorytetem Boga? 

 

Kondycja wspólnoty

Na tę sytuację warto spojrzeć również z drugiej strony - na ile człowiek jest drogą wspólnoty, w której się obracam? Na ile jednostka z jej problemami jest w tej wspólnocie przyjmowana lub poszukiwana, gdy zniknie? A jeśli wygląda to u nas marnie, to na ile ja mogę tak się przeorientować, żeby zacząć reformę wspólnoty od siebie?

I jeszcze jedno pytanie: co się stało, że z nauki Jezusa - takiej jak powyżej - wyciągnęliśmy tyle, że nasze wspólne zachowania stały się często bliższe oburzonym niż Jezusowi?

 

Wykluczanie

Pamiętam dyskusję w internecie, w której osoby poklepywały się mentalnie po ramionach, wyznaczając granice tego, kogo nie powinno się wpuszczać do kościołów np. kobiet bez rajstop, mężczyzn w spodniach do kolan, ludzi w sandałach etc. etc. etc. Potem do tego gremium zaczęły dołączać kolejne osoby i dodawać od siebie, kogo jeszcze w kościele widzieć nie chcą i padały różne propozycje np. aby wykluczyć osoby w bluzach z kapturami, bo nie godzi się w ten sposób stawać przed Bogiem. W historii Kościoła Bóg miał wielu takich chętnych wolontariuszy chcących Go "wspomóc" w wykluczaniu. I nie chodzi mi o to, żeby do kościoła przychodzić w bikini, ale o to, by zastanowić się nad własnym obrazem Boga. I by nie zapominać zdania św. Pawła: „Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9, 7). Apostołowi chodziło tu o wybór drogi życiowej, ale myślę, że zdanie to można traktować uniwersalnie, przy założeniu, że nie czyni się krzywdy drugiemu. Zastąpić je również można Augustynowym: "Kochaj i rób, co chcesz" (łac. Ama et fac, quod vis).

 

"Pragnę"

Druga refleksja jest krótsza. Kiedy słyszę zdanie „miłości pragnę, nie krwawej ofiary”, to od razu przypomina mi się inny moment w historii zbawienia, w którym z ust Boga usłyszeliśmy „pragnę”. I choć po grecku są tam dwa różne czasowniki - Θέλω (thelo) i Διψώ (dipso) - to jednak tu znaczeniowo i kontekstowo w dużym stopniu się one pokrywają. 

Przejmuje mnie swego rodzaju poruszenie czy wręcz trwoga, gdy widzę Jezusa na krzyżu, który mówi, że pragnie - zapewne z intencją napicia się wody - ale jednak w tym odniesieniu pragnienie miłości, a nie krwawej ofiary przenika dreszczem. Szczególnie gdy uświadomimy sobie, jak bardzo sam akt byłby nieskuteczny lub wręcz obojętny, gdyby nie jego fundament, którym jest miłość do człowieka. Bóg deklaruje, że czegoś pragnie i choć Jego potrzebą i celem jest miłość, to On sam powodowany miłością gotów jest przejść przez krwawą ofiarę i nadal, a nawet tym bardziej, chcieć dawać człowiekowi miłosierdzie zamiast potępienia. I mimo koszmarnej sytuacji, w której się znalazł, pozostaje "radosnym dawcą". Niepojętość tego Misterium mnie przerasta.

 

Data publikacji: 07.06.2026 20:29
Źródło: Aleksandra Jakubiak OV