Szukaj
Konto

Zamieszanie wokół broni jądrowej w Polsce. Gen. Wroński: „Dlaczego mówimy to Rosji?”

Gen. Dariusz Wroński
Źródło: Archiwum gen. Dariusza Wrońskiego | Autor: Dariusz Wroński/X | Licencja: Archiwum gen. Dariusza Wrońskiego | Gen. Dariusz Wroński
Wypowiedź wiceszefa MON Pawła Zalewskiego, że Polska nie chce głowic nuklearnych na swoim terytorium, wywołała zamieszanie i rozbieżne reakcje przedstawicieli władz. Gen. Dariusz Wroński, były dowódca 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych w rozmowie z Tysol.pl ostrzega, że publiczne wykluczanie jednego ze scenariuszy osłabia polską politykę odstraszania i daje Rosji cenną informację o granicach działań Warszawy. – Dlaczego mówimy to Rosji? I dlaczego właśnie teraz? – pyta były dowódca 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych.
Co musisz wiedzieć:
  • Zalewski powiedział, że Polska chce uczestniczyć w nuklearnym odstraszaniu NATO, ale nie chce głowic na swoim terytorium.
  • Kosiniak-Kamysz następnie potwierdził zainteresowanie Polski Nuclear Sharing.
  • Pałac Prezydencki przedstawił odmienne stanowisko w sprawie możliwości rozmieszczenia głowic w Polsce.
  • Gen. Wroński uważa, że publiczne wykluczenie takiego scenariusza zmniejsza strategiczną niepewność, która jest elementem odstraszania.

Jakie są konsekwencje wypowiedzi Zalewskiego?

Wiceminister obrony Paweł Zalewski zadeklarował w Kwaterze Głównej NATO, że Polska nie chce rozmieszczenia głowic nuklearnych na swoim terytorium. Wypowiedź wywołała polityczne zamieszanie, ponieważ przedstawiciele MON i Pałacu Prezydenckiego przedstawili następnie odmienne stanowiska dotyczące udziału Polski w odstraszaniu nuklearnym NATO.

Gen. Dariusz Wroński uważa, że problemem jest nie tylko sama deklaracja, ale ujawnienie potencjalnemu przeciwnikowi granic polskiej polityki odstraszania. — Dlaczego mówimy to Rosji? I dlaczego właśnie teraz? — pyta w rozmowie z Tysol.pl.

W jego ocenie nie chodzi nawet o to, czy amerykańskie głowice powinny znaleźć się w Polsce jutro, za rok czy za pięć lat.

Chodzi o fundamentalną zasadę odstraszania: przeciwnik nie powinien wiedzieć, których możliwości sami z góry się pozbawiamy. Odstraszanie jest bowiem nie tylko funkcją posiadanych rakiet, samolotów i głowic. Jest także funkcją niepewności. Rosyjski Sztab Generalny musi kalkulować ryzyko. Musi brać pod uwagę wariant najgorszy z własnego punktu widzenia. A my właśnie jeden z takich wariantów publicznie wykreśliliśmy

- zauważa.

Jaki przekaz poszedł w świat?

Pytany, co spowodowała wypowiedź Zalewskiego, gen. Wroński odpowiada:

Przede wszystkim wywołała chaos w polskim przekazie strategicznym! Kilka godzin później minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz musiał publicznie zapewniać, że Polska jest „niezmiennie zainteresowana” udziałem w NATO Nuclear Sharing. Jeszcze mocniej zareagował Pałac Prezydencki. Marcin Przydacz określił wypowiedź wiceszefa MON jako „kuriozalną” i „absurdalną”, sprzeczną z dotychczasową polityką państwa, i powiedział jednoznacznie, że Polska chce zachować możliwość obecności głowic nuklearnych NATO na swoim terytorium. To oznacza, że w ciągu kilkunastu godzin świat otrzymał z Warszawy dwa przeciwstawne komunikaty dotyczące jednego z najbardziej wrażliwych elementów bezpieczeństwa państwa. I to jest pierwszy skutek tej wypowiedzi.

Jak odczyta to Kreml?

Dopytywany, jak odczyta to Moskwa, gen. Wroński stwierdza:

Nie przez pryzmat polskiej dyskusji partyjnej. Rosyjscy analitycy będą zadawali prostsze pytania: Czy w Warszawie istnieje polityczna zgoda na zwiększenie nuklearnej obecności USA? Czy Polska jest gotowa ponosić polityczne i wojskowe koszty pełnego uczestnictwa w odstraszaniu? Czy w sytuacji kryzysowej można wywierać presję na Warszawę, aby nie dopuściła do dalszego wzmacniania amerykańskiej obecności strategicznej? I wreszcie: czy pomiędzy Prezydentem, rządem i MON istnieje luka, którą można wykorzystać?

W rosyjskiej kulturze strategicznej takie różnice nie są ignorowane. Są analizowane jako potencjalne słabości przeciwnika. Dlatego największym problemem nie jest nawet jedno zdanie Zalewskiego. Problemem jest ujawnienie braku jednolitego komunikatu państwa w sprawie odstraszania nuklearnego. Rosja dostała jeszcze jedną informację. Polska chce większej obecności wojsk amerykańskich, ale przedstawiciel MON jednocześnie wskazuje granicę tej obecności: wojska USA — tak. Zdolności nuklearne na polskim terytorium — nie!

- dodaje.

Jak odbierają to sojusznicy?

Dlaczego sami wyznaczamy przeciwnikowi granicę naszego odstraszania? NATO oficjalnie mówi przecież, że jego odstraszanie nuklearne opiera się m.in. na amerykańskiej broni jądrowej rozmieszczonej w Europie oraz zdolnościach i infrastrukturze państw sojuszniczych. Co więcej, NATO określa Nuclear Sharing jako widoczny przejaw więzi transatlantyckiej pomiędzy Europą i Ameryką Północną. I właśnie dlatego potencjalna obecność takich zdolności w Polsce miałaby znaczenie znacznie szersze niż sama wartość militarna głowic

- zauważa.

Pytany, jak odbiera to Waszyngton, gen. Wroński mówi:

Stany Zjednoczone prowadzą obecnie przegląd swojej obecności wojskowej w Europie. Polska zabiega równocześnie o zwiększenie i trwałe zakotwiczenie sił amerykańskich na naszym terytorium. I właśnie w takim momencie przedstawiciel polskiego MON mówi w Brukseli: tej kategorii amerykańskich zdolności u siebie nie chcemy! To jest fatalny moment na taką deklarację. Waszyngton może bowiem zapytać: jak daleko Polska rzeczywiście chce wejść w podział odpowiedzialności strategicznej? Nie oznacza to oczywiście, że USA wycofają wojska albo zrezygnują ze współpracy z Polską. Takiego wniosku nie wolno wyciągać. Ale w polityce sojuszniczej wiarygodność buduje się przez konsekwencję. Jeżeli chcemy więcej Ameryki w Polsce, nie powinniśmy jednocześnie publicznie definiować, których strategicznych zdolności Ameryki nigdy w Polsce nie zaakceptujemy.

Odnosząc się do tego, co widzą pozostali sojusznicy NATO, gen. Wroński stwierdza:

Widzą państwo wschodniej flanki, które od lat domaga się silniejszego odstraszania Rosji, większej obecności USA i przesunięcia ciężaru obrony NATO na wschód, ale którego przedstawiciele wysyłają sprzeczne sygnały dotyczące najbardziej zaawansowanego poziomu tego odstraszania. To może osłabiać naszą pozycję negocjacyjną. Bo partnerzy mają prawo zapytać: czego właściwie chce Warszawa? Pełnego Nuclear Sharing? DCA bez głowic w Polsce? Europejskiego parasola nuklearnego? Czy tylko politycznego udziału w konsultacjach? W strategii brak odpowiedzi na takie pytania oznacza nie elastyczność, lecz nieczytelność.

DCA (Dual-Capable Aircraft) to samoloty podwójnego przeznaczenia, przystosowane do wykonywania zarówno misji z użyciem uzbrojenia konwencjonalnego, jak i broni jądrowej.

Jakie będą długoterminowe konsekwencje?

W ocenie wojskowego najważniejsze są jednak konsekwencje długoterminowe.

Nawet jeżeli minister Zalewski zostanie jutro „skorygowany”, jego słowa pozostaną! Będą cytowane. W przyszłych negocjacjach ktoś w Waszyngtonie, Brukseli czy Moskwie może powiedzieć: „Przecież przedstawiciel polskiego rządu publicznie deklarował, że Polska nie chce głowic.” I wtedy następny polski rząd będzie musiał tłumaczyć, dlaczego zmienia stanowisko. To właśnie dlatego państwa bardzo ostrożnie wypowiadają się publicznie o najbardziej wrażliwych elementach odstraszania. Strategicznej niejednoznaczności nie odzyskuje się jednym sprostowaniem. I tutaj dochodzimy do sedna. Polska nie musi dzisiaj żądać rozmieszczenia broni jądrowej. Polska nie musi nawet podejmować dziś decyzji, że kiedykolwiek zostanie ona rozmieszczona. Ale Polska powinna przygotowywać zdolności, infrastrukturę, procedury, personel i polityczne warunki pozwalające na pełniejsze uczestnictwo w odstraszaniu NATO. A przede wszystkim: Polska powinna zachować możliwość powiedzenia „TAK”, jeżeli sytuacja strategiczna będzie tego wymagała. Rosja powinna kalkulować: Czy Amerykanie mogą kiedyś rozmieścić zdolności nuklearne w Polsce? Czy polskie F-35 mogą zostać włączone głębiej w system DCA? Czy infrastruktura może zostać przygotowana? Czy w sytuacji kryzysowej USA przesuną swój potencjał jeszcze dalej na wschód?

- zauważa gen. Wroński.

Odpowiedź z punktu widzenia Moskwy powinna brzmieć: „Nie wiemy. Musimy brać to pod uwagę.” To jest odstraszanie. Tymczasem przedstawiciel polskiego rządu powiedział: „Nie. Polska nie chce mieć głowic jądrowych na swoim terytorium.” Dlatego ponawiam pytanie: Po co powiedzieliśmy to Rosji? I dlaczego zrobiliśmy to właśnie teraz, kiedy trwa wojna na Ukrainie, Rosja wykorzystuje groźby nuklearne jako instrument nacisku, NATO wzmacnia odstraszanie, a Polska negocjuje ze Stanami Zjednoczonymi przyszły kształt amerykańskiej obecności wojskowej?

- pyta wojskowy.

W polityce odstraszania istnieje bardzo prosta zasada: nie informuje się potencjalnego przeciwnika, czego na pewno się nie zrobi. Nie dlatego, że chcemy wojny. Dokładnie odwrotnie. Po to, żeby przeciwnik nigdy nie był pewien, ile będzie go kosztowała decyzja o jej rozpoczęciu!

- konkluduje.

Co powiedział Zalewski?

Chciałbym to powiedzieć bardzo jasno i otwarcie. Polska nie chce mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium

– podkreślił wiceszef MON, zapytany, czy przyszła obecność wojskowa USA w Polsce mogłaby obejmować zdolności nuklearne.
Dodał, że jednocześnie Polska chce być częścią nuklearnego odstraszania NATO, ale to nie oznacza obecności głowic na jej terytorium.

Jak zareagował szef MON?

Po wypowiedzi wiceministra obrony Pawła Zalewskiego szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz szybko zabrał głos, podkreślając, że stanowisko rządu w sprawie Nuclear Sharing pozostaje niezmienne.

Rozwiewając wszelkie wątpliwości: Polska jest niezmiennie zainteresowana udziałem w programie NATO Nuclear Sharing

– napisał wicepremier, dodając, że Warszawa prowadzi również rozmowy dotyczące uczestnictwa w europejskim nuklearnym parasolu ochronnym.

Co mówi Pałac Prezydencki?

Pałac Prezydencki zareagował na słowa Pawła Zalewskiego bardzo krytycznie. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP Marcin Przydacz nazwał jego wypowiedź „kuriozalną” i „absurdalną”, wskazując, że jest ona sprzeczna z dotychczasową polityką bezpieczeństwa Polski. Podkreślił, że prezydent nadal opowiada się za przystąpieniem Polski do programu Nuclear Sharing i jednoznacznie stwierdził:
Polska chce mieć głowice [nuklearne] na swoim terytorium.

Według Przydacza ich obecność miałaby zwiększać odstraszanie Rosji oraz wzmacniać zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w obronę Polski. Ocenił też, że wypowiedź Zalewskiego wyrządziła szkody w polskiej polityce bezpieczeństwa i zasugerował, że premier Donald Tusk oraz Władysław Kosiniak-Kamysz powinni rozważyć dalszą rolę Zalewskiego w rządzie.

Jakie jest oficjalne stanowisko Polski?

Oficjalne deklaracje przedstawicieli władz wskazują, że Polska pozostaje zainteresowana udziałem w odstraszaniu nuklearnym NATO. Nie ma jednak jednolitego publicznego stanowiska dotyczącego ewentualnego rozmieszczenia amerykańskich głowic jądrowych bezpośrednio na terytorium Polski. Władysław Kosiniak-Kamysz potwierdził zainteresowanie Nuclear Sharing, ale nie przesądził kwestii rozmieszczenia głowic. Paweł Zalewski możliwość taką wykluczył, natomiast przedstawiciel prezydenta opowiedział się za jej zachowaniem.

Spór dotyczy więc nie tyle samego uczestnictwa Polski w nuklearnym odstraszaniu NATO, ile jego zakresu i ewentualnej obecności głowic na polskim terytorium.

Co to jest Nuclear Sharing?

Nuclear Sharing jest elementem polityki odstraszania nuklearnego NATO, w ramach którego europejscy sojusznicy uczestniczą w planowaniu, konsultacjach i przygotowaniu zdolności związanych z użyciem amerykańskiej broni jądrowej. W części państw NATO obejmuje to również przechowywanie amerykańskich bomb nuklearnych oraz utrzymywanie samolotów i załóg zdolnych do wykonywania misji nuklearnych. Samo polityczne uczestnictwo w odstraszaniu nuklearnym nie oznacza automatycznie, że głowice muszą zostać rozmieszczone na terytorium danego państwa.

Co dla Polski oznaczałoby wejście do programu Nuclear Sharing?

Wejście Polski do programu Nuclear Sharing oznaczałoby znacznie głębszy udział w odstraszaniu nuklearnym NATO, ale nie posiadanie własnej broni atomowej. Amerykańskie bomby jądrowe, potencjalnie rozmieszczone w Polsce, nadal pozostawałyby własnością i pod kontrolą USA, a Polska mogłaby zapewniać odpowiednią infrastrukturę, ochronę, wyszkolony personel oraz samoloty przystosowane do wykonywania misji nuklearnych. Z jednej strony zwiększyłoby to znaczenie Polski w systemie bezpieczeństwa NATO i mogłoby wzmocnić odstraszanie Rosji, z drugiej zaś uczyniłoby polskie bazy jeszcze ważniejszymi celami w przypadku konfliktu. Polska nie mogłaby samodzielnie zdecydować o użyciu amerykańskiej broni jądrowej, a udział w programie wiązałby się również z dodatkowymi kosztami, szkoleniami i wymaganiami dotyczącymi bezpieczeństwa.

Udział Polski w natowskim odstraszaniu nuklearnym nie musi być równoznaczny z fizycznym rozmieszczeniem bomb B61 w Polsce. Zakres uczestnictwa byłby przedmiotem ustaleń politycznych i wojskowych w ramach NATO i relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

 

Komentarzy: 0
Data publikacji: 30.08.2026 10:57
Źródło: Tysol.pl