Szukaj
Konto

W Niemczech odradza się duch militaryzmu

Szef niemieckiej obrony Carsten Breuer
Źródło: PAP/EPA | Autor: EPA/CLEMENS BILAN | Licencja: Licencja PAP/EPA | Carsten Breuer
Komentarzy: 0
Nowa strategia Niemiec zakłada rozwój i zwiększenie liczebności armii do co najmniej 460 tys. żołnierzy. Oficjalnym powodem jest zagrożenie ze strony Rosji, ale tym argumentem Berlin uzasadnia wszystkie swoje hegemoniczne posunięcia. W rzeczywistości chodzi o domknięcie budowanego mozolnie przez władze w Berlinie systemu dominacji Niemiec w Europie.
Co musisz wiedzieć:
  • Minister obrony Niemiec Boris Pistorius przedstawił w środę pierwszą strategię wojskową Bundeswehry.
  • Zakłada ona rozwój i zwiększenie liczebności armii do co najmniej 460 tys. żołnierzy i – zgodnie z oficjalną retoryką – stanowi odpowiedź na rosnące zagrożenie atakiem Rosji na państwa NATO.

Pokonane w II wojnie światowej Niemcy zostały poddane demilitaryzacji. Kiedy realia zimnej wojny pozwoliły im odbudować swoją armię, zdawały sobie sprawę, że ponowne zbrojenia mogą zostać przez społeczność międzynarodową źle odebrane. Także współczesna Bundeswehra nie stanowi aż tak znaczącej siły, aby zagrozić sąsiadom, ale sytuacja ta może się diametralnie zmienić z chwilą wprowadzenia ogłoszonej w środę przez Borisa Pistoriusa, ministra obrony Niemiec, nowej strategii. Ta ostatnia ma de facto domknąć budowany mozolnie przez władze w Berlinie system dominacji Niemiec w Europie.

 

Rosyjska wymówka

 

Wymiana handlowa Niemiec z Rosją rośnie z miesiąca na miesiąc i choć w ogólnym rozliczeniu nie stanowi jeszcze większego procenta, to widać wyraźnie parcie Berlina do odbudowania partnerstwa z Rosją. Zaktualizowane dane dotyczące wymiany handlowej Niemiec z Federacją Rosyjską mówią o wzroście eksportu do tego kraju o niemal 27 proc. miesiąc do miesiąca, jednakże nadal pozostaje on na bardzo niskim poziomie, wynoszącym 0,7 mld euro. Z kolei import z Rosji w tym samym czasie nadal malał, spadając do poziomu zaledwie 100 mln euro.

 

Owo poszukiwanie partnerstwa z Rosją nie przeszkadza Berlinowi w grze rosyjskim zagrożeniem w celu osiągnięcia dominacji, już nie tylko w regionie. Z jednej strony groźba potencjalnej rosyjskiej agresji staje się akceleratorem centralizacji Unii Europejskiej pod egidą Niemiec. Z drugiej, pozwala przełamać owo piętno II wojny światowej w świadomości państw Europy Środkowo-Wschodniej, zawsze z nieufnością spoglądającej na wszelkie próby wzmacniania państwa niemieckiego.

 

Militaryzacja

 

Dokładanie ta sama rosyjska wymówka ma z punktu widzenia Berlina uzasadnić w oczach sąsiadów i partnerów uczynienie z Bundeswehry najliczniejszej i najsilniejszej armii w Europie. Padają argumenty, że Niemcy są przecież członkiem NATO, a wzmocnienie armii niemieckiej jest automatycznie wzmocnieniem Sojuszu. Problem w tym, że niemiecka polityka wobec Stanów Zjednoczonych jest obliczona na wypchnięcie ich z Europy i zastąpienie ich jako głównego gwaranta, ale nie bezpieczeństwa i pokoju, ale porządku. Niemieccy politycy różnych formacji wielokrotnie mówili o konieczności przejęcia przez Niemcy „odpowiedzialności” za Europę, co w języku dyplomacji oznacza ni mniej ni więcej, ale przejęcie nad nią kontroli. Niemcom marzy się stworzenie NATO Bis, który skupiałby w sobie państwa UE plus Ukrainę, ale nie Stany Zjednoczone.

 

 

Zbrojenia

 

Jeżeli przyjrzymy się planowanym niemieckim zbrojeniom, zobaczymy, że zakupów dla wojska Berlin dokonuje w USA, z błogosławieństwem samego Waszyngtonu. Zgodnie z nową strategią ma też sprowadzać do Niemiec spoza kontynentu najnowsze technologie i rozwijać swój potencjał przemysłowy. Jednocześnie przy pomocy europejskiej pożyczki SAFE, której notabene Niemcy dla siebie nie wzięli – chcą ograniczać możliwości zbrojeniowe krajów sąsiednich, w tym Polski. Sami biorą sprzęt z najwyższej półki spoza Europy, a na Polsce i innych państwach usiłują – via Bruksela – wymusić wydawanie pieniędzy na marnej jakości sprzęt produkowany w Europie. Warunki SAFE zostały tak skonstruowane, aby w końcowym efekcie wykluczyć z programu polskie zakłady zbrojeniowe jako niewypełniające czasowych ograniczeń na dostawy zamówień.

 

Cel jest niezwykle wyraźny – ma to stworzyć Europę dwóch militarnych prędkości: nowoczesna armia niemiecka i armie pozostałych państw członkowskich z dużo gorszym sprzętem, czasami nawet może z demobilu.

 

Antyrosyjska histeria na pokaz

 

Wspomniana wyżej polityka Niemiec jest suto okraszona w antyrosyjską histerię na pokaz. Zarówno w unijnych instytucjach, jak i w mediach do granic możliwości podkręca się przekaz o rosyjskim zagrożeniu i chęci Rosji skonfrontowania się z krajami NATO. Bardzo ułatwia to wykonywanie przez Berlin nawet tych bardzo niewygodnych dla europejskich partnerów posunięć i pozwala uzasadniać działanie wbrew ich racji stanu. Pretekst ten okazał się na tyle skuteczny, że kraje UE jak muchy na lep prą do centralizacji kosztem własnych interesów.

 

Jaka jest rzeczywistość?

 

O ile Rosja – jak było to od wieków – stanowi zagrożenie, o tyle prowadzona przez Niemcy polityka osłabiania państw członkowskich UE jest odczytywana na Kremlu jako zachęta do potencjalnej agresji. Wystarczy przytoczyć absurdalny pomysł objęcia zbrojeń i wojska czystą transformacją czy niszczenie rolnictwa, o energetyce nie wspomnę. Berlin via Komisja Europejska niszczy kluczowe dla polskiej obronności obszary, uderzając w nasze rolnictwo umowami z Ukrainą, Indiami i Mercosur, odbierając nam możliwość niezależności energetycznej w postaci posiadanego przez nas węgla i niszcząc nasze najmłodsze pokolenia ocierającymi się o pornografię treściami w ramach edukacji seksualnej oraz ideologią gender.

 

Czy mamy powody do obaw?

 

Jeżeli Niemcy działają na rzecz obniżania obronności Polski, a jednocześnie rozwijają partnerstwo z Rosją przy silnej militaryzacji Bundeswehry, to Polska powinna mieć powody do obaw. Nie oznacza to, że od razu wejdą do nas z armią. Nie muszą. System nakazów i zakazów ferowany z pomocą usłużnej Ursuli von der Leyen jak dotąd świetnie się sprawdzał jako kaganiec na naszą niepodległość. Z bólem trzeba powiedzieć, że poddawał się temu zarówno poprzedni rząd – Zjednoczonej Prawicy – jak i obecny – Donalda Tuska. Niemiecka armia może wkroczyć do nas wówczas, kiedy zdecydujemy się zrzucić te pęta i prowadzić podmiotową politykę. Niekoniecznie jednak wkroczy do nas jako najeźdźca, bo jeżeli Berlinowi uda się zrealizować projekt wojskowej strefy Schengen, to wkroczą jako sojusznik broniący naszej demokracji, oczywiście takiej, jak oni ją rozumieją.

 

Duch militaryzmu

 

Patrząc na niemieckie władze, widać wyraźnie odrodzenie ducha militaryzmu. Niemiecki rząd może mieć jednak problem z wpojeniem go społeczeństwu. Otóż młode pokolenie Niemców wcale nie garnie się do wojska. Wytresowane – bo wychowaniem to trudno nazwać – w lewicowym duchu, mentalnie niezdolne nie tylko do obrony granic, ale i samych siebie, pacyfistyczne i hedonistyczne rozpoczęło protesty na samą informację, iż w ogóle istnieje opcja, że dobrowolnie mogą iść do wojska. Może się zatem okazać, że świetnie uzbrojona niemiecka armia będzie niekoniecznie zdolna do walki. Pamiętajmy, że na polu bitwy liczy się nie tylko sprzęt, ale przede wszystkim nastawienie, postawa i morale żołnierzy.

 

Nie bez znaczenia jest także, że Niemcy przegrywają najważniejszą z bitew o swój własny kraj – demograficzną. Coraz mniejsza liczba rdzennych Niemców i coraz większa liczba imigrantów muzułmańskiego wyznania mogą sprawić, że Polacy na zagrożenia ze strony zachodniego sąsiada będą musieli spojrzeć w zupełnie inny sposób.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.04.2026 17:01
Źródło: Tysol.pl