Szukaj
Konto

Tak niemieckie fundacje pilnują polskiej pamięci

20.04.2026 12:06
Flaga Niemiec i Polski
Źródło: PAP | Autor: Marcin Bielecki | Licencja: Umowa licencyjna | Przejście graniczne Świnoujście - Ahlbeck
Komentarzy: 0
Nie trzeba już dziś pytać, czy polityka historyczna istnieje. Trzeba pytać, kto ją prowadzi, za czyje pieniądze i przeciw komu.
Co musisz wiedzieć:
  • Według autora polityka historyczna stała się dziś narzędziem wpływu, a kluczowe pytanie dotyczy tego, kto ją kształtuje, za czyje pieniądze i w czyim interesie.
  • W publikacji czytamy, że niemieckie fundacje, granty i instytucje naukowe mają coraz większy wpływ na kierunki badań nad historią Polski, zwłaszcza w obszarze II wojny światowej i Zagłady, co ma osłabiać polską suwerenność narracyjną.
  • Autor przekonuje, że problemem nie jest wyłącznie zewnętrzny mecenat, ale również działania polskiego rządu, które osłabiają krajowe instytucje pamięci, takie jak Instytut Pileckiego czy Muzeum II Wojny Światowej.
  • W tekście pada teza, że Polska traci zdolność do samodzielnego opowiadania własnej historii, a bez silnego krajowego systemu finansowania badań historycznych będzie skazana na cudze interpretacje własnej przeszłości.

W Berlinie wykuwa się dziś nowa opowieść o polskiej przeszłości

W luksusowych gabinetach berlińskich fundacji i na prestiżowych uniwersytetach za Odrą wykuwa się dziś nowa opowieść o polskiej przeszłości. Podczas gdy niemiecki mecenat z rozmachem mebluje naszą wyobraźnię, rodzime instytucje naukowe przechodzą przez proces, który wielu obserwatorów nazywa celowym demontażem polskiej polityki pamięci. Czy pod płaszczem „europejskich standardów” polska historia staje się zakładnikiem niemieckich grantów i politycznych czystek w Warszawie?

Współczesna historiografia, szczególnie w obszarze badań nad II wojną światową i Zagładą, przestała być wyłączną domeną „czystej nauki”, stając się kluczowym polem ścierania wpływów instytucjonalnych i finansowych. Z perspektywy geopolityki wiedzy badania historyczne stanowią fundamentalne narzędzie dyplomacji publicznej i budowania narracji narodowej. 

W tym kontekście kluczowe staje się pojęcie „suwerenności narracyjnej” – zdolności państwa i jego elit naukowych do autonomicznego opisywania własnych dziejów, w oparciu o rzetelność warsztatową, bez ulegania zewnętrznej presji ideologicznej czy ekonomicznej.

Można postawić tezę o istnieniu głębokiej korelacji między systemem zagranicznego, a konkretnie niemieckiego mecenatu, a kierunkami badawczymi polskiej humanistyki. Dominacja kapitału instytucjonalnego z RFN prowadzi do erozji suwerenności badawczej, promując paradygmaty interpretacyjne zgodne z niemiecką racją stanu, przy jednoczesnym marginalizowaniu perspektywy państwa, które padło ofiarą agresji.

Warszawa nie buduje przeciwwagi

W polskiej debacie o Zagładzie coraz rzadziej chodzi wyłącznie o archiwa, źródła i warsztat. Coraz częściej chodzi o to, kto rozdaje granty, kto produkuje prestiż, kto zarządza instytucjami pamięci i kto decyduje, jaka opowieść o polskiej przeszłości zostanie uznana za nowoczesną, a jaka za niebezpiecznie „narodową”, zbyt niezależną albo politycznie niewygodną.

Wyłania się obraz alarmujący: współczesne badania nad Zagładą w Polsce są kształtowane jednocześnie przez zewnętrzny system nagród i przez wewnętrzne osłabianie tych instytucji, które mogłyby temu naciskowi stawić opór.

Inaczej mówiąc, problem nie polega wyłącznie na tym, że Berlin posiada rozbudowaną i niezwykle skuteczną infrastrukturę naukowego wpływu. Problem polega także na tym, że obecny rząd w Warszawie nie buduje wobec niej żadnej realnej przeciwwagi, a przeciwnie — własnymi decyzjami kadrowymi i instytucjonalnymi rozbraja te ośrodki, które były zdolne prowadzić suwerenną politykę pamięci. W ten sposób zewnętrzna presja i wewnętrzna kapitulacja zaczynają działać razem. To właśnie stanowi dziś najpoważniejsze zagrożenie dla autonomii polskiej historiografii.

Miękka siła Berlina i złota klatka grantów

Na pierwszym planie tej układanki znajdują się DAAD, Fundacja im. Aleksandra von Humboldta, Fundacja Gerdy Henkel, Fundacja Fritza Thyssena, Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie oraz programy współpracy badawczej budowane na linii Polska –Niemcy. Wynika jasno, że nie mamy do czynienia z pojedynczymi stypendiami czy przypadkowymi transferami środków, lecz z całym finansowym systemem formowania elit. Najpierw jest kurs, stypendium lub wyjazd badawczy. Potem afiliacja, publikacja, udział w seminariach, wejście do zachodniego obiegu recenzyjnego i wreszcie uznanie, które wraca do Polski już jako certyfikat „międzynarodowej jakości”.

DAAD jest tu jednym z najważniejszych narzędzi. Sama organizacja informowała, że w 2022 roku wsparła około 140 tysięcy osób, dysponując budżetem rzędu 775 mln euro, a równolegle współtworzy programy wspólnych projektów badawczych z Polską.

Fundacja Humboldta działa bardziej elitarnie, ale równie skutecznie: nie tylko finansuje badaczy, lecz buduje długotrwałe sieci prestiżu, które z czasem stają się ważniejsze niż jednorazowy grant. W warunkach chronicznego niedofinansowania polskiej humanistyki taki system nie jest jedną z wielu ofert. On staje się osią awansu.

Potężne finansowanie z Niemiec

Skala niemieckiego zaangażowania finansowego jest potężna. Polsko-Niemiecka Fundacja na rzecz Nauki (PNFN) od początku działalności przyznała dotacje dla około 550 projektów na łączną kwotę ponad 17 milionów euro. Programy takie jak Dioscuri, realizowane pod egidą Towarzystwa Maxa Plancka, oferują polskim ośrodkom budżety rzędu 300 tysięcy euro rocznie. W zderzeniu z tymi kwotami oferta krajowa wygląda blado, co tworzy niebezpieczną zależność: ten, kto płaci, wyznacza ramy dyskusji.

I właśnie dlatego wpływ tych fundacji jest tak głęboki. Nie polega na wydawaniu poleceń ani na pisaniu historykom przypisów. Polega na „akademickiej socjalizacji”. Młody badacz bardzo szybko rozumie, które tematy otwierają drogę do międzynarodowej kariery, a które skazują go na mozolne funkcjonowanie w krajowej niszy. To właśnie ta logika nagrody i prestiżu skłania część środowiska do przyjmowania metodologii i języka zgodnego z dominującym niemieckim paradygmatem badań nad sprawcami oraz rozliczania z przeszłością. W takiej sytuacji badacz pozostaje formalnie wolny, ale jego wyobraźnia badawcza zaczyna poruszać się po torach ułożonych przez obcy system gratyfikacji.

Dostęp do tych środków wymusza pragmatyczną adaptację założeń badawczych do wrażliwości grantodawcy, co prowadzi do sytuacji, w której polska nauka dobrowolnie poddaje się zewnętrznemu systemowi certyfikacji. Wpływ ten wykracza poza historię – projekty typu FIRMINREG czy współpraca z Heinrich Böll Stiftung w obszarze ekonomii feministycznej pokazują, że niemiecki model finansowania dąży do ustanowienia standardów (technicznych i ideologicznych) w niemal każdym sektorze życia publicznego.

Proces „soft power” realizuje się poprzez „uwarunkowanie gratyfikacyjne”. Badacze adaptują niemiecką metodologię badań nad sprawcami (Täterforschung) oraz paradygmat rozliczania z przeszłością (Vergangenheitsbewältigung) w zamian za prestiż, publikacje w zachodnich mediach (np. FAZ, Süddeutsche Zeitung) i finansową stabilność.

Rossoliński-Liebe i przesunięcie paradygmatu winy

Najmocniejszym studium przypadku tego procesu pozostaje sprawa Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. Jego książka „Polnische Bürgermeister und der Holocaust”, związana z habilitacją na Freie Universität Berlin, to przykład przesunięcia osi opowieści o okupacji: od niemieckiej machiny terroru ku lokalnej polskiej administracji, przedstawianej jako ważny element aparatu prześladowań.

Projekt ten, finansowany m.in. przez Fundację Fritza Thyssena, stanowi podręcznikowy przykład „perfidnego mecenatu” – fundacja zarządzająca majątkiem przemysłowca wspierającego Adolfa Hitlera finansuje dziś badania o systemowej kolaboracji Polaków. Monografia sytuowała polskich burmistrzów w kluczowej roli w prześladowaniu i mordowaniu Żydów w Generalnym Gubernatorstwie.

Istotne jest jednak nie tylko to, co napisano, ale także, w jakim systemie książka ta powstała. IPN podawał, że badania Rossolińskiego-Liebe były finansowane m.in. przez Gerda Henkel Stiftung i Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie, a sama praca uzyskała legitymizację prestiżowej uczelni berlińskiej. Można wręcz założyć, że kariera autora została w znacznej mierze uformowana w niemieckim obiegu instytucjonalnym. Nie jest to dowód na sterowanie, ale na pełne osadzenie badacza w systemie, który określony typ wrażliwości historycznej wynosi szybciej i wyżej niż inne.

Miażdżącej recenzji monografii dokonał dr Damian Sitkiewicz z IPN, zarzucając autorowi „hochsztaplerstwo” i manipulacje źródłowe, w tym nieuprawnione posługiwanie się pojęciem „administracji polsko-niemieckiej”. Umieszczenie na okładce wizerunku Juliana S. Kulskiego, burmistrza-patrioty ratującego Żydów, uznano za cyniczne zniesławienie, co wywołało list protestacyjny polskich elit w grudniu 2025 r.

Wokół książki Rossolińskiego-Liebe powstał modelowy konflikt o granice wolności badań. Krytycy, zwłaszcza związani z IPN, słusznie podnosili zarzuty dotyczące pojęć, doboru źródeł, zakresu autonomii polskich urzędników działających pod okupacją oraz nieuprawnionego rozszerzania pola odpowiedzialności. 
Obrońcy coraz częściej odpowiadali retoryką zagrożonej wolności akademickiej, jakby sama skala międzynarodowego poparcia miała zastąpić rzeczową dyskusję nad warsztatem. W ten sposób powstaje bardzo niebezpieczny mechanizm: grant, zagraniczne wydawnictwo i list otwarty stają się czymś w rodzaju immunitetu chroniącego przed surową weryfikacją źródłową.

Rząd, który nie broni pamięci, lecz ją rozbraja

Gdyby problem kończył się na wpływie zagranicznego mecenatu, można byłoby jeszcze mówić o trudnym, ale naturalnym napięciu w międzynarodowym świecie nauki. Kłopot polega na tym, że obecny rząd nie tylko nie tworzy mocnych instrumentów przeciwwagi, lecz zachowuje się tak, jakby chciał ułatwić zwycięstwo zewnętrznych narracji. Instytucje postrzegane jako zbyt niepodległościowe, zbyt samodzielne albo zbyt przywiązane do polskiego punktu widzenia są osłabiane, przejmowane lub politycznie „oswajane”.

To właśnie dlatego kryzys polskiej historiografii ma dziś dwa źródła. Pierwszym jest zagraniczny system pieniędzy, prestiżu i certyfikacji. Drugim jest działanie własnego państwa, które nie chroni swoich architektów pamięci, lecz ich demontuje. Badacz o bardziej propolskiej wrażliwości znajduje się więc pod podwójną presją: z jednej strony widzi, że międzynarodowy awans wymaga wejścia w określony obieg pojęć i tematów, z drugiej — obserwuje, że krajowe instytucje, które mogłyby go osłonić, same stają się ofiarą politycznych przetasowań.

Sprawa Magdaleny Gawin i pacyfikacja Instytutu Pileckiego

Najbardziej jaskrawym przykładem tego procesu jest Instytut Pileckiego. To instytucja, która pod kierownictwem Magdaleny Gawin próbowała prowadzić własną, wyraźnie polską politykę pamięci, również za granicą. Była neutralna w sensie państwowym: miała reprezentować polski interes pamięciowy, przypominać o polskich stratach, polskim doświadczeniu dwóch totalitaryzmów i polskich bohaterach, nie oglądając się obsesyjnie na to, czy ta perspektywa spodoba się w Berlinie lub w bardziej kosmopolitycznych salonach krajowej humanistyki.

Odwołanie dyrektor Magdaleny Gawin nie było zwykłą zmianą kadrową. Gawin stworzyła instytucję, która potrafiła narzucać polski punkt widzenia za granicą, otwierając filię w samym sercu Berlina. Jej nagłe usunięcie przez obecny rząd jest interpretowane jako próba „oswojenia” Instytutu. Pozbawienie kierownictwa osób o silnym kręgosłupie badawczym otwiera drogę do reorientacji badań na tematy „bezpieczniejsze”, które nie będą drażnić proniemieckich trendów obecnej władzy.

To nie jest odosobniony przypadek. Widzimy mechanizm „finansowego kordonu sanitarnego” – instytucje postrzegane jako zbyt niepodległościowe borykają się z drastycznym ograniczaniem środków, podczas gdy promuje się projekty wpisujące się w uniwersalistyczną, pozbawioną narodowego kontekstu narrację.
Jeśli usunięta zostaje osoba, która zbudowała instytucję zdolną narzucać polski punkt widzenia także poza granicami kraju, to sygnał dla środowiska jest jednoznaczny: zbyt duża samodzielność, zbyt silny kręgosłup i zbyt wyrazista polityka pamięci nie będą tolerowane.

Skutek jest znacznie poważniejszy niż sama wymiana tabliczek z nazwiskami na drzwiach gabinetów. Instytut, który miał być tarczą, może zostać zamieniony w administracyjnie posłuszne narzędzie. A kiedy instytucja pamięci przestaje być tarczą, badacz zostaje sam: między zagranicznym systemem nagród a krajową władzą, która nie znosi niezależnych ośrodków myślenia.

Symboliczna kapitulacja w Gdańsku

Kolejnym etapem tego demontażu były zmiany w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Usuwanie z wystawy stałej postaci rotmistrza Pileckiego, rodziny Ulmów czy o. Maksymiliana Kolbego to nie zabiegi estetyczne. To wyraźny sygnał dla świata nauki: heroizm narodu polskiego nie jest już tematem, który chcemy promować. Dla historyka przekaz jest czytelny – zajmowanie się polskim punktem widzenia oznacza naukowy margines i brak grantów z krajowej „centrali”, całkowicie zależnej od obecnej polityki rządu.

Skandal berliński i sprawa Hanny Radziejowskiej

Jeszcze bardziej kompromitujący dla obecnego rządu okazał się skandal wokół Hanny Radziejowskiej, kierowniczki berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego. Z doniesień prasowych wynika, że została odwołana w sierpniu 2025 roku, oficjalnie z „powodów obiektywnych” i w atmosferze utraty zaufania. Jednak późniejsze publikacje wskazywały, że sprawa miała związek z jej rolą sygnalistki wobec resortu kultury i ze zgłaszaniem zastrzeżeń wobec działań kierownictwa Instytutu. Ostatecznie kryzys urósł do tego stopnia, że odwołany został sam dyrektor Instytutu Krzysztof Ruchniewicz, a Radziejowskiej została przywrócona do pracy na stanowisko dyrektora.

Trzeba z całą mocą powiedzieć, dlaczego ta sprawa jest tak istotna. Berlin nie jest zwykłym miejscem. To najważniejszy front symboliczny polskiej polityki pamięci. To właśnie tam ścierają się niemieckie narracje rozliczeniowe, polskie roszczenia do prawdy historycznej i spór o to, kto ma moralne prawo opowiadać Europie o doświadczeniu wojny. Jeżeli więc obecny rząd dopuszcza do kadrowego chaosu, publicznego skandalu i podważenia wiarygodności berlińskiej placówki Instytutu Pileckiego, to nie jest to drobna kompromitacja urzędnicza. To jest rozbrojenie jednego z kluczowych przyczółków polskiej pamięci w samym centrum niemieckiego obiegu symbolicznego.

W świecie polityki historycznej takie rzeczy nie są neutralne. Każda słabość, każdy konflikt, każda kompromitująca dymisja natychmiast osłabia pozycję instytucji, która miała przypominać Zachodowi, że Polska nie była współarchitektem wojennego piekła, lecz jedną z jego pierwszych ofiar. Obecny rząd Donalda Tuska nie tylko nie zabezpieczył i nie wzmocnił tej placówki. On dopuścił do sytuacji, w której sama instytucja stała się bohaterem skandalu.

Instytut Zachodni – ostatni bastion niezależności?

W tym mrocznym krajobrazie pojawiają się jednak punkty oporu. Jednym z nich jest poznański Instytut Zachodni, powstały w 1945 r. Choć teoretycznie podległy administracji rządowej, IZ od lat wypracował sobie pozycję ośrodka, który potrafi działać niezależnie od bieżących fluktuacji politycznych i nastrojów w Kancelarii Premiera. IZ zbudował pozycję jako zaplecze eksperckiego namysłu nad Niemcami, relacjami polsko-niemieckimi i polską racją stanu na Zachodzie. 
Siła Instytutu Zachodniego nie brała się z modnych haseł ani z moralnej pozy luminarzy nauki, lecz z cierpliwie budowanej kompetencji, pamięci instytucjonalnej i zdolności do analizowania polityki Niemiec bez kompleksu niższości.

IZ wyrósł na ważnego gracza, który – w przeciwieństwie do wielu nowych ośrodków – posiada głębokie zaplecze eksperckie i historyczne w analizie relacji z Niemcami. Często działając pod prąd obecnej linii rządu, IZ potrafi wskazywać na realne zagrożenia płynące z niemieckiej polityki historycznej. To właśnie takie ośrodki, zachowujące autonomię myślenia, stają się solą w oku dla architektów „resetu pamięci”. Ich rola jako niezależnego recenzenta poczynań władzy jest dziś kluczowa dla zachowania resztek suwerenności badawczej.

Właśnie dlatego Instytut Zachodni jest dziś tak ważny. Potrafił zachować względną autonomię myślenia nawet wtedy, gdy zmieniały się polityczne ekipy w Warszawie. Nie jest to instytucja bezbarwna, lecz jedna z niewielu, które wciąż mogą pełnić rolę niezależnego recenzenta zarówno wobec niemieckiej polityki historycznej, jak i wobec polskich rządów, gdy te usiłują historię ujarzmiać lub wykorzystywać instrumentalnie.

Tymczasem także wokół Instytutu Zachodniego pojawiały się sygnały ostrzegawcze. W debacie publicznej już wcześniej opisywano naciski prowadzące do podporządkowywania tej placówki bieżącej polityce, a po zmianie władzy media informowały o odwołaniu wszystkich członków rady Instytutu przez Donalda Tuska. To nie jest drobiazg. To czytelny komunikat, że nawet ośrodek o tak silnej tradycji i eksperckim autorytecie nie może czuć się bezpiecznie, jeśli jego samodzielność zaczyna kolidować z potrzebą politycznej kontroli.

Jeżeli Instytut Zachodni zostanie zredukowany do roli kolejnego podmiotu wykonującego aktualne zapotrzebowanie władzy, Polska straci jeden z ostatnich ośrodków zdolnych do systematycznej, kompetentnej i naprawdę niezależnej analizy Niemiec. A to oznaczałoby katastrofę strategiczną. Bo w czasie, gdy zagraniczne fundacje coraz skuteczniej formatują badania nad Zagładą, państwo polskie niszczyłoby zarazem własne zaplecze intelektualne potrzebne do obrony suwerenności narracyjnej.

Państwo, które porzuca własnych badaczy

Cały ten obraz prowadzi do wniosku ponurego, ale nieuchronnego. Polska nie ma dziś do czynienia wyłącznie z problemem zagranicznego wpływu na humanistykę. Ma do czynienia z kryzysem państwa, które abdykuje z obowiązku ochrony własnej pamięci. Z jednej strony badacz widzi potężny system zachodnich grantów, stypendiów, publikacji i sieci prestiżu, który premiuje określony typ interpretacji. Z drugiej strony widzi rząd, który odwołuje, przejmuje, wymienia rady, generuje skandale i wysyła czytelny sygnał, że niezależność instytucjonalna nie jest ceniona, lecz podejrzana.

Taki system nie musi wprowadzać cenzury. Wystarczy, że uczyni samodzielność naukowca czy badacza drogą najtrudniejszą, najbardziej ryzykowną i najmniej opłacalną. Wystarczy, że polski historyk zrozumie prostą zależność: jeśli chce mieć pieniądze, prestiż i ochronę, powinien dopasować się do zewnętrznego systemu oczekiwań; jeśli chce iść własną drogą, musi liczyć się nie tylko z biedą, ale także z tym, że własne państwo nie poda mu ręki.

I właśnie dlatego obecny rząd ponosi szczególną odpowiedzialność za stan polskiej polityki pamięci. Nie dlatego, że wymyślił niemiecki system grantowy. Lecz dlatego, że zamiast wzmacniać krajowe ośrodki zdolne mu się przeciwstawić, osłabia je, kompromituje albo kadrowo podporządkowuje. W ten sposób rząd nie tyle zarządza pamięcią, ile ją rozbraja.

Stawka większa niż jeden spór

Spór o DAAD, Fundację Humboldta, Rossolińskiego-Liebe, Instytut Pileckiego, Magdalenę Gawin, Hannę Radziejowską, Muzeum II Wojny i Instytut Zachodni nie dotyczy jedynie personaliów ani jednej szkoły badawczej. Dotyczy prawa Polaków do własnej opowieści o wojnie, okupacji i Zagładzie — opowieści rzetelnej, odważnej, zdolnej do samokrytyki, ale niepodporządkowanej ani zagranicznym fundatorom, ani krótkowzrocznej władzy, która myli państwo z łupem kadrowym.

Naród, który nie finansuje sam badań nad własną pamięcią, będzie musiał prędzej czy później kupować cudze interpretacje. Państwo, które usuwa ludzi budujących silne instytucje pamięci, samo przyspiesza ten proces. A rząd, który zamiast wzmacniać niezależne ośrodki historyczne doprowadza do ich oswojenia, konfliktów i kompromitacji, nie prowadzi żadnej odpowiedzialnej polityki historycznej. On po prostu oddaje pole. I w tym sensie stawka tego sporu jest większa niż ocena jednej książki czy jednej nominacji. Stawką jest to, czy Polska zachowa prawo do własnej pamięci, czy też zgodzi się, by jej historię pisano jednocześnie za cudze pieniądze i pod nadzorem własnej, politycznie krótkowzrocznej władzy.

Polska potrzebuje silnego, suwerennego systemu finansowania badań, który pozwoli historykom na kwerendy bez konieczności kłaniania się berlińskim fundacjom. Dopóki polski badacz będzie musiał prosić o pieniądze na bilet do archiwum za granicą, dopóty nasza niepodległość narracyjna będzie tylko iluzją. Czas, by polskie państwo zaczęło chronić własnych architektów pamięci, zamiast wystawiać ich na polityczny i finansowy żer.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 20.04.2026 12:06
Źródło: Tysol.pl