Piotr Skwieciński: Rosja szykuje propagandę pozornego zwycięstwa?

- Oficjalna narracja Kremla nadal zakłada pełne podporządkowanie Ukrainy, ale pojawiają się sygnały, że rosyjskie elity rozważają przedstawienie ograniczonego kompromisu jako „zwycięstwa”.
- Ujawniony przez Dossier Center dokument pokazuje możliwy plan propagandowy, według którego Rosja miałaby ogłosić sukces dzięki „złamaniu Zachodu”, zdobyciu części terytoriów i przetrwaniu konfrontacji z NATO.
- Autor wskazuje, że dla Kremla kluczowe może stać się nie realne osiągnięcie wszystkich celów wojny, lecz przekonanie rosyjskiego społeczeństwa, że nawet częściowy rezultat należy uznać za triumf.
Uwierzyć w pozór zwycięstwa?
Oto na przykład były prezydent, dziś wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Dmitrij Miedwiediew (znany ze skrajnie antyukraińskich i antyzachodnich szarż), zapowiedział, że po „specjalnej operacji wojskowej”
„konieczne będzie przeprowadzenie międzynarodowych procesów karnych, Norymbergi 2.0, przeciw liderom kijowskiego reżimu” i „dlatego niezbędne będzie stworzenie alternatywy dla Trybunału haskiego”.
Gdyby traktować Miedwiediewa poważnie, oznaczać to musiałoby pełną okupację całego zaatakowanego kraju – jak inaczej pochwycić „liderów kijowskiego reżimu” i postawić ich przed sądem?
Skądinąd sam Putin na pytanie, czy konieczne będzie dotarcie wojsk rosyjskich aż do zachodniej granicy Ukrainy, odpowiedział niejasno. Jego rzecznik Dmitrij Pieskow zaś, reagując na podobne pytanie, odesłał dziennikarzy do wystąpienia Władimira Władimirowicza w rosyjskim MSZ z 2024 roku, gdy prezydent potwierdził, że warunkiem zawarcia pokoju jest uznanie przynależności do Rosji nie tylko Donbasu, ale też obwodów zaporoskiego i chersońskiego (całych) oraz „denazyfikacja, demilitaryzacja i neutralizacja” Ukrainy.
Miedwiediew dał też wyraz poglądowi, że zwycięstwo nad Ukrainą
„stworzy warunki dla stabilnego rozwoju Rosji, w tym dla wzrostu dochodów ludności, a także rozwiązania problemów mieszkaniowych i demograficznych”.
Znów – jeśli harce byłego prezydenta traktować na serio, to tego rodzaju jednoznaczne powiązanie zwycięstwa nad Kijowem z ekonomicznym rozkwitem Rosji można rozumieć jedynie jako zapowiedź pełnego zintegrowania Ukrainy z Imperium, a zatem, w tej czy innej formie, całkowitego jej podporządkowania, czyli de facto podboju.
Wszystko to nie sugeruje, aby kremlowska elita była obecnie w nastroju szukania możliwości wyjścia z wojny bez jednoznacznego zwycięstwa.
„Ci, którzy liczą, że Putin zmęczy się wojną, będą musieli poczekać jeszcze długo
– powiedział „la Repubblica” brytyjsko-ukraiński historyk Siergiej Radczenko
– w żaden sposób nie okazał on zmęczenia ani nic wskazującego, jakoby miał zamiar ustąpić w jakiejkolwiek sprawie”.
***
I na tym można by w zasadzie skończyć, gdyby nie… inne sygnały.
Oto w emigracyjnym portalu Dossier Center (który specjalizuje się w ujawnianiu tajemnic Kremla i czyni to z pewnymi sukcesami) ukazał się interesujący materiał, podobno przeciek z administracji prezydenta FR. Jest to przeznaczona dla urzędników i propagandystów prezentacja ucząca, jak należy sprzedawać różnym segmentom społeczeństwa… zawarcie pokoju na warunkach dalekich od wyżej przypomnianych, oficjalnie aktualnych żądań, przedstawiająca zarówno prawdopodobny zdaniem jej twórców kształt pokoju, jak i argumenty, jakimi należałoby odpowiadać na wyrazy krytyki, głównie ze strony „Z-patriotów”. W myśl tej wersji Ukraina miałaby wycofać się z niezajętych dotąd przez Rosję części obwodów ługańskiego i donieckiego, ale już nie z Zaporoża i Chersońszczyzny. Miałaby też zobowiązać się do zachowania statusu neutralnego. Natomiast pozostałe warunki miałyby być de facto niezrealizowane. O demilitaryzacji w sensie dosłownym, czyli ograniczeniach liczebności i uzbrojenia armii Ukrainy – ani słowa. O denazyfikacji – że tylko symboliczna, bez słowa wyjaśnienia, co miałoby to oznaczać. I że „dokonaliśmy jej na polu walki” (należy rozumieć, że chodzi o to, iż zdołaliśmy już zabić większość ukraińskich patriotów).
Wytęsknionego przez rosyjskich patriotów „aktu kapitulacji Ukrainy” na wzór III Rzeszy nie będzie („już od dawna wojny tak się nie kończą”). Nie będzie zajęcia Kijowa („nikt nigdy tego nie planował”), a przy władzy pozostanie tam najprawdopodobniej Wołodymyr Zełenski. Będzie natomiast kompromis, który każda ze stron ogłosi swoim zwycięstwem. My również.
Jak uzasadnimy taką tezę? Po prostu, Putin złamał Zachód, który chciał kontynuacji i rozszerzenia konfliktu, a więc zwyciężyliśmy nie żaden tam ukraiński nacjonalizm, tylko zjednoczony Zachód. Zdobyliśmy ogromne terytoria, 20 procent obszaru Ukrainy (ta cyfra oznacza, że autorzy prezentacji dla wykreowania większego wrażenia sumują obszar zdobyty od 2022 r. z tym kontrolowanym już od 2014 r.). Zdobyliśmy ogromne bogactwa naturalne i lądowe połączenie z Krymem.
***
Odnieśliśmy zwycięstwo również i dlatego, że spadły maski – wszyscy teraz na całym świecie widzą, że to my jesteśmy humanitarni, ukraińscy naziści zaś są w odróżnieniu do nas sadystami i moralnymi potworami. Ukraina na razie istnieje i Zachód już ogłasza, że przetrwanie to jej zwycięstwo, ale za 10–15 lat już jej nie będzie, bo jest zrujnowana, a ludzie z niej wyjeżdżają. Teraz wszyscy będą nas szanować jako zwycięzcę i rozpocznie się integracja wokół Rosji.
Natomiast przedłużanie „specjalnej operacji” stałoby się pyrrusowym zwycięstwem. Trzeba wiedzieć, kiedy się zatrzymać. Do osiągnięcia pełnego zwycięstwa trzeba byłoby działań bardzo bolesnych – przestawienia całej gospodarki na tory wojenne, podwyższenia podatków. No i powszechnej mobilizacji, a „kanapowi turbopatrioci” jakoś nie chcą iść na front… Poza tym – przecież nie wykarmilibyśmy 30 milionów Ukraińców.
Trzeba, piszą autorzy prezentacji, odwołać się do pragnienia bezpieczeństwa Rosjan. Co w kontekście ostatniej ofensywy powietrznej Ukrainy ważne – jako niebezpieczeństwa, którym władze chcą zapobiec, zawierając roztropny pokój i nie dążąc do osiągnięcia maksymalistycznych celów, wymieniają wrogie „uderzenia w głąb terytorium” i „intensyfikację działań terrorystycznych kijowskiego reżimu”. Grozi/groziła nam przecież demograficzna katastrofa. A także, na skutek całkowitego skoncentrowania się na Ukrainie, utrata szans gdzie indziej, np. w Arktyce.
W propagandzie trzeba też podkreślać kwestię wizerunku kraju.
„Rosja to przecież nie agresor, jesteśmy w stanie dobić Ukrainę, ale przecież nie walczymy z jej narodem, tylko bronimy swoich, przyszliśmy przynieść pokój, tak jak zawsze czynił rosyjski żołnierz” (dosłownie tak).
Pozbyliśmy się Rosjan nielojalnych, którzy wyemigrowali. Jesteśmy bardziej niż kiedyś zjednoczeni jako naród – „a to przecież też zwycięstwo”. No i teraz cały świat będzie kupował naszą sprawdzoną broń. Niezadowolonych „kanapowych turbopatriotów” (cechujących się, według autorów prezentacji, tunelowym myśleniem) należy z jednej strony zastraszać groźbą karania za „dyskredytację armii”, z drugiej – nagłaśniać w przestrzeni medialnej tych spośród nich, którzy okażą „umiarkowanie” – czyli pójdą na współpracę z nowym kursem. Natomiast niezadowolonych weteranów wojny trzeba zrozumieć („mają prawo do niezadowolenia”), psychologicznie na wszelkie możliwe sposoby dopieszczać i w jak najszerszym zakresie wypychać jako najemników na nowe wojny, głównie do Afryki.
***
Oczywiście nie jest pewne, że „przecieknięty” dokument jest autentyczny. Ale też nie ma w nim nic nieprawdopodobnego – zwłaszcza jeśli potraktować go jako nie jedyną, tylko którąś z wersji strategii narracyjnej przygotowanej na różne warianty rozwoju sytuacji.
Można więc zaryzykować twierdzenie, że – niezależnie od tego, po co ktoś dokonał tego przecieku – prezentacja z Dossier daje świadectwo jakimś nastrojom. Ktoś na Kremlu co najmniej dopuszcza możliwość, że trzeba będzie społeczeństwo w jakiś sposób przekonać, iż ponadczteroletnia wojna, kosztująca kilkaset tysięcy zabitych i okaleczonych oraz powodująca potworne straty materialne, skończyła się mimo ewidentnego niezrealizowania jej pierwotnych celów, czymś na kształt zwycięstwa.
***
Trochę, ale tylko trochę inny wariant przekonywania narodu, że oto właśnie odniósł zwycięstwo, przewiduje czołowy brytyjski rosjoznawca Mark Galeotti. Przypomina podzielane przez Putina teorie rosyjskich filozofów, że Rosja nie jest po prostu krajem, tylko oddzielną cywilizacją, której status jako wielkiego mocarstwa polega nie tyle na posiadaniu siły, takiej jak ci jeszcze potężniejsi, co (jakby to dziwnie w polskich uszach nie brzmiało) na jej zdolności do stawiania oporu i rzeczywistym jego stawianiu. Na byciu zdolnym do opierania się światowej fali, niezależnie od tego, czy chodzi o inkorporację do zachodniego systemu bankowego, czy o ideologię woke, czy po prostu – o odmowę słuchania poleceń wydawanych przez Amerykę. O odmowę będącą wartością zupełnie niezależnie od treści tych poleceń.
Jako zwycięstwo – uważa Galeotti – ogłoszone więc będzie to, że Rosja poprzez ukraińską wojnę udowodniła, iż potrafi oprzeć się Zachodowi. I to, jego zdaniem, zostanie uznane za dowód, iż – niezależnie od tego, że słabsza od USA i Chin – jest ona jednak wielką potęgą. Bo we współczesnym świecie najważniejszą cechą wielkiej potęgi jest jej suwerenność, a suwerenności dowodzi umiejętność trwania w oporze wobec tego, co chce jej narzucić Zachód.
Według takiej definicji, dodajmy, wielkimi potęgami są też Iran i Korea Północna. Kremlowscy ideolodzy zapewne nie byliby zadowoleni z tego zestawienia. Ale jak się nie ma, co się lubi…
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Przywódcy państw nordyckich i bałtyckich popierają przystąpienie Ukrainy do NATO i UE

Nowe sankcje na Rosję coraz bliżej? Lider Republikanów ujawnia szczegóły

Polsce potrzebna jest silna strategia w relacjach z Ukrainą

Tusk: Staram się, żeby z polskiej strony nie było eskalacji w relacjach z Ukrainą

Polska odzyska mniej pieniędzy za pomoc Ukrainie? UE zmienia reguły gry






