Powracamy po swoich. „Rój” odnaleziony

- IPN odnalazł szczątki Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja”.
- Autorka zaznacza, że poszukiwanie ofiar komunistycznych represji to także symboliczne przywracanie rodzinom należnego im miejsca we wspólnocie
- Akcja „Powracamy po swoich”, rozwijana m.in. dzięki wieloletniej pracy prof. Krzysztofa Szwagrzyka, jest próbą odzyskiwania ciągłości polskiej pamięci i tożsamości.
Odzyskać zdrowe korzenie
Konferencje IPN-u, podczas których do publicznej wiadomości są podawane nazwiska kolejnych zidentyfikowanych Żołnierzy Wyklętych, to nie tylko momenty, kiedy naprawdę czuć, że na naszych oczach dzieje się historia, ale także – a może przede wszystkim – chwile łapiącego za gardło wzruszenia.
Dlaczego tak jest? Dlaczego to takie ważne? Podstawowy wymiar poszukiwań miejsc pochówków polskich bohaterów to wypełnienie chrześcijańskiego uczynku miłosierdzia: zmarłych pochować. Dla rodzin ofiar komunistycznych zbrodni często przez lata prześladowanych, szykanowanych i oczernianych, to przede wszystkim moment, kiedy nareszcie mogą przeżyć żałobę, pochować z szacunkiem swoich krewnych, ale także chwila, kiedy w symboliczny sposób państwo polskie zdejmuje z nich odium, z którym żyli przez dziesięciolecia. Nie ma niestety możliwości zadośćuczynienia wszystkim krzywdom, jakich doznali, ale momenty, kiedy przedstawiciele oficjalnych władz państwowych jasno mówią, kto w toczonej przez ich przodków walce był bohaterem, a kto zdrajcą, są dla rodzin poległych bezcenne.
Tym, co wzrusza podczas ogłaszania kolejnych nazwisk zidentyfikowanych bohaterów, jest także bezinteresowność tego – niełatwego przecież i na większości etapów żmudnego i zupełnie niemedialnego – działania. W czasach, kiedy tak wiele dziedzin ludzkiego życia jest przeliczanych na rozmaite matematyczne wskaźniki i kiedy miara wartości podejmowanych przedsięwzięć ma często wymiar wyłącznie materialny, działanie podejmowane z myślą o bezbronnych i często już zapomnianych rodakach budzi szacunek. Ze szczególną wdzięcznością myślę tu o pracy prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który rozpoczynał ją długo, „zanim to było modne”, w latach 90., w czasach, kiedy większość ludzi myślała raczej o tym, jak „dorobić się” na wkraczającym do Polski kapitalizmie, niż o tym, aby nadal użerać się z komuną, postkomuną i biurokracją. W latach 90. nikt nie nosił koszulek z wizerunkami Wyklętych, mało kto o nich w ogóle słyszał, nie było IPN-u, o podziemiu antykomunistycznym nie mówili najważniejsi przedstawiciele władz państwowych. Profesor Szwagrzyk pracował wówczas jako… nauczyciel wychowania fizycznego.
– Pisałem pracę doktorską jeszcze jako nauczyciel WF-u o VI Brygadzie Wileńskiej AK, a jeszcze wcześniej o podziemiu antykomunistycznym na Dolnym Śląsku. Te prace badawcze na Podlasiu i Dolnym Śląsku, te ludzkie tragedie, losy zawładnęły mną zupełnie. To jest temat, który chcę badać. Jestem szczęśliwym człowiekiem, robię to, co kocham. Dziękuję losowi. To powoduje, że nie mam czasu w pracy na nudę, nie narzekam, że jest mi ciężko. Zżymam się oczywiście na utrudnienia i obciążenia biurokratyczne, nie musi być ich taki ogrom. To, co zacząłem w latach 90., kontynuuję teraz, wierzę, że nadal będę mógł to robić. Chciałbym więcej czasu poświęcić na pisanie, niestety na razie go brak. Kiedy trzeba wybierać, zawsze wybiorę pracę, wyjazdy, badania, ekshumacje czy poszukiwania
– mówił w rozmowie z Teresą Marchwicką-Grabowską, wiceprezes Stowarzyszenia Historycznego Mazowsza Północnego. Wiceprezes IPN-u wskazywał, że komuniści znęcali się nad żołnierzami podziemia niepodległościowego także po ich śmierci. – Byli pohańbieni, poćwiartowani, pokaleczeni, porozrzucani, zabetonowani. Komuniści pokazywali w ten sposób swój triumf – wskazywał.
Nie zostawia się swoich za liną wroga
„Chcieli nas zakopać, nie wiedzieli, że jesteśmy ziarnem”
– głosi motto wielu akcji upamiętniających Wyklętych zaczerpnięte z wiersza greckiego poety Dinosa Christianopoulosa. Oddaje ono istotę sprawy – wysiłek włożony przez komunistów w znęcanie się nad żołnierzami podziemia niepodległościowego unaocznił skalę ich bohaterstwa i poświecenia, a działania mające na celu zniszczenie pamięci o nich zaowocowały po latach determinacją tych, którzy zapragnęli ich odszukać. Instytut Pamięci Narodowej prowadzi prace ekshumacyjne pod hasłem: „Powracamy po swoich”. To nawiązanie do poruszającego etosu walki mówiącego o tym, że nie zostawia się swoich za linią wroga.
„Linie wroga” przebiegają dziś rozmaicie, nie zawsze odzwierciedlając podziały narodowe, państwowe, społeczne czy światopoglądowe. Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko wskazywał, że prawdziwym polem walki jest serce każdego człowieka, w którym dokonują się codzienne decyzje, czy opowie się on za dobrem, czy za złem. W czasach, kiedy tyle spraw dzieje się w przestrzeni wirtualnej i kiedy poczucie tego, co jest realne, a co dzieje się w sferze iluzji, konkret poszukiwania w dołach śmierci kości ludzi, znanych z imienia i nazwiska i zasługujących na godny pochówek, staje się bardzo potrzebnym punktem zakorzenienia naszej wspólnoty we wspólnej rzeczywistości i odwołaniem do konkretnego systemu wartości. To także symbol ciągłości państwa polskiego, które czyniąc wysiłki na rzecz odnalezienia i ponownego włączenia do narodowej wspólnoty bohaterów podziemia antykomunistycznego, uzdrawia stopniowo swoją tożsamość i odnajduje zdrowe korzenie.
– Nie ukrywam wzruszenia, bo przecież w ten sposób spełniamy obowiązek powierzony nam decyzją ustawodawcy i znajdujący się w Ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej. Przede wszystkim jednak realizujemy bardzo potrzebny element, jakim jest oddawanie rodzinom szczątków tych, którzy przez dziesięciolecia leżeli w bezimiennych dołach śmierci
– mówił podczas konferencji informującej o odnalezieniu „Roja” dr hab. Karol Polejowski.
– Po raz kolejny możemy powiedzieć, że władze komunistyczne nie zwyciężyły. Zwyciężają bohaterowie. My, nawet w najbardziej skomplikowanych sytuacjach, musimy dochodzić do prawdy. Odnajdujemy tych, po których nie miał pozostać żaden ślad. Przywracamy im imiona i nazwiska
– wtórował mu prof. Krzysztof Szwagrzyk.
"Rój" odnaleziony
Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. „Rój” był działającym na Mazowszu żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowódcą jednego z najdłużej walczących z komunistami oddziałów podziemia niepodległościowego. W 1947 roku, po ogłoszeniu przez władze komunistyczne „amnestii” dla działaczy polskiego podziemia niepodległościowego, „Rój” zdecydował się pozostać w konspiracji. Brał udział w wielu akcjach przeciwko funkcjonariuszom UB i MO oraz komunistycznej agenturze. Do najsłynniejszych z nich należą rozbrojenie posterunków MO w Czernicach Borowych, Barańcach i Gąsocinie. Został wydany przez dawną towarzyszkę broni zaszantażowaną przez komunistów obietnicą wypuszczenia ze stalinowskiego więzienia jej rodziców. W obławie na „Roja” brało udział kilkuset funkcjonariuszy bezpieki. Poległ w nocy z 13 na 14 kwietnia 1951 r. w Szyszkach w powiecie pułtuskim. Jego ciało zostało wrzucone do bezimiennego dołu śmierci na warszawskiej Kwaterze „Ł”.
Za zasługi w walce z tworzącymi się strukturami reżimu komunistycznego w Polsce odznaczony został Krzyżem Walecznych. Został pośmiertnie awansowany do stopnia porucznika przez prezydenta RP Andrzeja Dudę. Po latach okazało się, że ciało „Roja” spoczywało tuż obok innego wielkiego bohatera podziemia antykomunistycznego – słynnego majora Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszko”. Wiadomość o zidentyfikowaniu doczesnych szczątków Mirosława Dziemieszkiewicza ps. „Rój” została podana do publicznej wiadomości 24 lipca br. Prace IPN-u prowadzone w ramach akcji „Powracamy po swoich” trwają.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Jerzy Kropiwnicki z nagrodą „Kustosza Pamięci Narodowej”

Ukraińcy dezinformują ws. ukraińskiej zbrodni w Hucie Pieniackiej. Jest komunikat IPN

Zastępca szefa IPN: Ofiary będą miały groby

Tadeusz Płużański o najmłodszej ofierze junty Jaruzelskiego

Ukraina wydała oficjalną zgodę na przeprowadzenie prac ekshumacyjnych na lwowskim Hołosku







