Szukaj
Konto

Polacy pracują tyle, że nie mają czasu na życie

Polacy pracują tyle, że nie mają czasu na życie
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Ludzie w metrze
Polacy pracują. Pracują ciężko. I pracują za dużo. W konsekwencji nie mają czasu na życie.
Co musisz wiedzieć:
  • Polacy należą do najbardziej zapracowanych narodów Europy.
  • Nadmierna liczba godzin pracy i brak poczucia stabilności zawodowej przekładają się na pogarszający się stan zdrowia psychicznego pracowników.
  • Autor przekonuje, że rozwiązaniem problemu powinno być nie tylko skracanie czasu pracy, ale przede wszystkim zwiększenie bezpieczeństwa zatrudnienia, poprawa standardów rynku pracy i ograniczenie ekonomicznej presji.

Polska republika zmęczonych

Połowa z nas dorabia. Co trzeci nie bierze pełnego urlopu. Co drugi pracownik ma objawy przeciążenia, którego powodem jest intensywność życia zawodowego. Bierzemy trzydzieści milionów dni zwolnień lekarskich z powodów psychicznych w roku. Tkwimy też na trzecim miejscu w Europie pod względem długości tygodnia pracy i nie widać, żebyśmy mieli się z tego miejsca szybko ruszyć.

A tymczasem Niemiec po pracy idzie na rower. Holender odbiera dzieci ze szkoły o 15.30 i nikt go za to nie ocenia. Francuz bierze urlop w sierpniu i nie sprawdza maila. Oni też kiedyś pracowali tyle, co my, ale wybrali inaczej. Wzrost produktywności przełożyli na czas, nie tylko na pieniądze.

Pułapka przepracowania

Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, jak wyrwać się z pułapki przepracowania i zmęczenia. Potrzeba zmian prawnych – egzekwowania przepisów o nadgodzinach, realnego skrócenia czasu pracy, ułatwienia pracy w niepełnym wymiarze bez ekonomicznej kary. Potrzeba zmiany mentalnej: pracodawców, którzy przestaną traktować dyspozycyjność jako cnotę samą w sobie, i pracowników, którzy odważą się powiedzieć „dość” bez poczucia winy. Potrzeba też systemu opieki zdrowotnej dostępnej dla tych, których ciało i psychika już odmówiły posłuszeństwa.

 

"Czasobieda"

To jednak nie wszystko, trzeba dać Polakom poczucie, że bezpieczeństwo bytowe nie musi wiązać się z nieustannym rozglądaniem się za kolejną fuchą, którą często traktujemy nie tylko jako dodatkowe źródło dochodu, ale też ratunkowy pomost, gdyby główne źródło utrzymania, często niestabilne np. z powodów cywilno-prawnych, zniknęło.

W polskiej debacie publicznej długo dominowało przekonanie, że problemem jest przede wszystkim poziom wynagrodzeń. To ważny aspekt, ale nie wyczerpuje tematu. Wyraźnie widać, że równie istotnym wyzwaniem staje się brak czasu: na sen, na rodzinę, na relacje, na udział w życiu wspólnotowym. W tym sensie „czasobieda” jest jednym z najważniejszych, choć wciąż niedostatecznie nazwanych, skutków współczesnej organizacji pracy.

 

Nie stać nas na wypoczynek?

Polacy należą do najbardziej zapracowanych narodów naszego kontynentu. Mogłoby się wydawać, że razem ze wzrostem zamożności państwa coś w tej sprawie się zmieni, jednak pracujemy niemal tyle samo, co trzydzieści lat temu, gdy kraj wychodził z komunizmu. Zatem przynajmniej część problemu tkwi gdzie indziej. Mimo trzykrotnego wzrostu PKB na mieszkańca od 1993 roku roczna liczba przepracowanych godzin zmniejszyła się zaledwie o około 5 procent. Na Zachodzie w tym zakresie zaszła rewolucja: Niemcy od 1950 do 2019 roku skrócili roczny czas pracy o ponad tysiąc godzin – z około 2400 do 1386 godzin. Francuzi podobnie. Wzrost produktywności zainwestowali w czas wolny. Polska tego nie zrobiła.

Według danych Eurostatu za 2024 rok Polacy pracują średnio 38,9 godz. tygodniowo, podczas gdy unijna średnia wynosi 36 godzin. W całej Unii dłużej pracują tylko Grecy (39,8 godz.) i Bułgarzy (39,0 godz.). Najkrótszy tydzień pracy mają Holendrzy (32,1 godz.) oraz Niemcy i Duńczycy (33,9 godz.). Różnica między Polakiem a Niemcem to niemal cały dodatkowy dzień pracy w każdym tygodniu. Aż 12,4 proc. Polaków pracuje ponad 45 godzin tygodniowo, dużo powyżej unijnej średniej. Podobne dane podaje raport „Bezpieczni w Pracy 2024”. Obejmujące ponad tysiąc pracowników i dwustu pracodawców badanie wykazało, że deklarowany czas pracy według pracowników to prawie 41 godzin tygodniowo, a według pracodawców jeszcze niemal trzy godziny więcej.

Dane OECD pokazują, że Polska zaczęła transformację z poziomu ponad 2000 godzin pracy rocznie i przez kolejne dekady schodziła z niego bardzo powoli: w 2005 roku były to 1994 godziny, w 2009 roku – 2015 godzin (chwilowy wzrost po kryzysie), w 2013 roku – 1918 godzin, w 2019 roku – 1806 godzin. Analitycy komentujący te dane zwracają uwagę, że Polak pracuje dziś tyle, ile Niemiec pracował w 1965 roku. Jednocześnie wymaga się od niego większej efektywności.

 

Realna cena transformacji

W pewnym stopniu korzenie tego zjawiska sięgają „dawnego ustroju” i tzw. transformacji. W PRL formalny tydzień pracy obejmował sześć dni, a pierwsze wolne soboty pojawiły się dopiero w latach 70. Upowszechnienie wolnych sobót było jednym z postulatów Solidarności, który został zatwierdzony w ramach Porozumień Sierpniowych w 1980 roku. Jednak ważniejsze okazało się coś innego. Realną ceną transformacji okazało się masowe bezrobocie spowodowane przez radykalnie antyspołeczne metody odchodzenia od gospodarki nakazowo-rozdzielczej. W 1994 roku stopa bezrobocia osiągnęła 16,4 proc., a zarobki pracujących zostały „zweryfikowane” przez hiperinflację. Ukształtowało to kulturę rynku pracy opartą na poczuciu, że zatrudnienie jest przywilejem wymagającym stałego potwierdzania zaangażowaniem, także w wymiarze czasowym. Ta mentalność utrzymuje się do dziś. To, że wykorzystują ją pracodawcy, którzy często wciąż uważają, że najlepszym pracownikiem jest człowiek niepewny swojej przyszłości, świadczy głównie o ich niskim poziomie kultury zarządzania. Jednak niski poziom zainteresowania sprawą przez polskie państwo oznacza brak szacunku klasy politycznej dla obywateli.

 

Połowa Polaków dorabia

Tym bardziej że część ważnych parametrów dotyczących czasu, który poświęcamy pracy, wręcz się pogarsza. Jeszcze w 2023 roku pracę dodatkową podejmowało niespełna 42 proc. Polaków. Według najnowszych danych agencji zatrudnienia Gi Group z marca 2026 roku odsetek ten wzrósł do 50 proc. To wzrost o 8,5 punktu procentowego w ciągu dwóch lat. Aż 58 proc. ankietowanych deklaruje, że zamierza kontynuować lub podjąć taką aktywność w najbliższym czasie.

Dominującą motywacją nie jest pokrycie podstawowych kosztów utrzymania, choć występuje ona wciąż na znacznym poziomie. Taki powód wskazało aż 15 proc. respondentów. Częstsze odpowiedzi to: finansowanie wydatków ponad podstawowe potrzeby (28 proc.) oraz gromadzenie oszczędności (25 proc.). Dla 13,2 proc. dodatkowa praca wiąże się z realizacją pasji, a dla co dziesiątego – z rozwojem zawodowym. Ponad 6 proc. dorabia w celu rozwijania własnego biznesu. Oznacza to, że największą siłą napędową zjawiska są bezpośrednie braki w domowym budżecie, ale też ograniczone poczucie stabilności. Tak trzeba widzieć pracę w celu oszczędzania, a także częściowo pracę na ponadpodstawowe potrzeby.

Praca dodatkowa jest częściej domeną mężczyzn, stanowią oni 55 procent dorabiających. Można postawić hipotezę, że choć Polacy zarabiają zwykle wystarczająco, by się utrzymać, środowisko rynku pracy sprawia, że doświadczają niepewności odnośnie do swojej przyszłości. Dziwnym trafem tendencja ta nasila się w latach rządów liberalnych.

Dane GUS i ZUS wskazują, że formalnie jako „osoby wieloetatowe” figuruje jedynie 5–9 procent pracowników, co pokazuje skalę pracy na umowy śmieciowe lub w szarej strefie. W oczywisty sposób rozwiązania te są korzystniejsze dla pracodawców, ale też petryfikują złe cechy kultury przedsiębiorczości w Polsce. Znaczna część tej dodatkowej pracy generowana jest przez systemowo generowany niepokój okradający polskie rodziny z czasu, jaki mogłyby mieć dla siebie.

 

Urlop niewykorzystany, nadgodziny nieodpłacone

Idźmy jednak dalej poprzez dane. Z raportu „Łączy nas zdrowie 2025” wynika, że pełnego przysługującego urlopu używa jedynie 48 proc. Polaków. 34 proc. przyznaje, że nie jest w stanie go w pełni wykorzystać, a 7 proc. nie korzysta z urlopu wcale. Tylko 40 procent pracowników jest w stanie wziąć ustawowe nieprzerwane 14 dni wolnego, mimo że taki odpoczynek stanowi wymóg Kodeksu pracy. Jednocześnie 67 proc. badanych deklaruje, że chciałoby mieć więcej dni wolnych. Według GUS w 2024 roku przeciętny pracownik wykorzystał 20 z przysługujących mu 26 dni urlopu.

Z kolei problem nadgodzin ma wymiar zarówno prawny, jak i faktyczny. Kodeks pracy limituje nadgodziny do 150 godzin rocznie w trybie podstawowym, z możliwością rozszerzenia do 416 godzin na mocy układów zbiorowych. W praktyce jednak – szczególnie w małych firmach i wśród pracowników fizycznych – nadgodziny są wykonywane bez ewidencji i bez wynagrodzenia. Powszechne jest też nieopłacane „przedłużenie dnia pracy” wynikające z pracy zdalnej i stałej dostępności przez telefon i pocztę elektroniczną – czasu, który w żadnych statystykach się nie pojawia.

 

Wypalenie zawodowe jako epidemia

Dane o stanie zdrowia psychicznego polskich pracowników są alarmujące. W 2024 roku wystawiono w Polsce ponad 30 milionów dni zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych – co ósmy przypadek absencji chorobowej w kraju. Zgodnie z danymi Narodowego Funduszu Zdrowia na depresję leczonych jest już około 1,2 mln osób. Depresja odpowiada za kilkanaście procent wszystkich zwolnień wystawianych z przyczyn psychicznych.

Badanie firmy Mindgram przeprowadzone wśród pracujących Polaków pokazuje, że prawie ośmiu na dziesięciu ocenia swój dobrostan na poziomie umiarkowanym lub gorszym, a prawie co drugi wykazuje objawy wypalenia zawodowego, z czego 26 procent klasyfikuje się do jego ciężkiej formy. Inne badania wskazują, że symptomy wypalenia mogą odczuwać nawet dwie trzecie pracujących Polaków, a 75 proc. deklaruje wzrost stresu w życiu codziennym na tle zawodowym. Tylko 20 procent uważa, że ich pracodawca właściwie wspiera zdrowie psychiczne. Aż 77 procent pracowników przyznaje, że nie dostrzega sensu ani społecznej wartości swoich obowiązków zawodowych.

 

Karōshi – zjawisko bez polskiej nazwy

Karōshi to japoński termin oznaczający śmierć wskutek przepracowania. Bezpośrednią przyczyną zgonu jest najczęściej zawał serca lub udar mózgu wywołane przez chroniczny stres i wyczerpanie organizmu. Zjawisko opisano po raz pierwszy w Japonii w 1969 roku; w 1982 roku weszło do literatury medycznej jako kategoria. W Japonii szacuje się około 10 000 zgonów rocznie oficjalnie powiązanych z przepracowaniem, choć część badaczy wskazuje, że ich rzeczywista liczba jest wielokrotnie wyższa.

Szczególnie zagrożone są osoby pracujące ponad 60 godzin tygodniowo, wykonujące ponad 50 nadgodzin miesięcznie i mające niewykorzystaną ponad połowę urlopu. Profile ryzyka obejmują zarówno kadrę menedżerską wyższego szczebla, jak i pracowników niskich szczebli niemających wpływu na swoje warunki zatrudnienia. Łatwo jednak nawet z powyżej przytoczonych statystyk wyciągnąć wniosek, że wielu Polaków balansuje na granicy zagrożenia życia, pracując nadmiarowo.

Śmierć z przepracowania

Dane dotyczące zdrowia, długości życia i czasu poświęconego pracy przez polskich mężczyzn także powinny zmusić nasze państwo do łączenia przyczyn i skutków.
Polska nie prowadzi statystyk zgonów klasyfikowanych jako śmierć z przepracowania, a szkoda. Polscy badacze akademiccy zidentyfikowali jednak przypadki krajowe, które mogłyby należeć do tej kategorii.

Z badania CBOS i PARPA wynika jednak, że uzależnienie od pracy w znaczeniu klinicznym dotyczyło w ostatniej dekadzie około 9 procent polskiego społeczeństwa. Uzależnienie to przekłada się na drastycznie niższe zdolności do funkcjonowania w życiu pozazawodowym czy oddzielania pracy od czasu wolnego.

 

Struktura problemu

Długi czas pracy w Polsce ma też podłoże strukturalne, a nie wyłącznie kulturowe. Nie może to być jednak usprawiedliwienie dla bezczynności państwa. Polska gospodarka charakteryzuje się bardzo niskim udziałem zatrudnienia w niepełnym wymiarze godzin – w Holandii dotyczy ono niemal 40 procent pracujących, w Polsce pozostaje marginesem. Dominują sektory o najdłuższym czasie pracy: rolnictwo, leśnictwo i rybołówstwo (41,5 godz./tydz.), górnictwo (39,1 godz.) i budownictwo (38,9 godz.) – według danych Eurostatu za 2024 rok. Tymczasem wielu ekspertów, jak choćby Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, analizując dane OECD z lat 1970–2021, wskazał, że w krajach, które skracały czas pracy, nie dochodziło do spadku PKB. Warto by zacząć układać w inny sposób klocki tworzące świat pracy, w którym wiele elementów tworzy system zależności przekładający się na jakość życia obywateli.

Kluczowe jednak wydaje się zwiększenie stabilności zawodowej Polaków poprzez regulacje prawne promujące odpowiedzialność pracodawców i wyższe standardy prowadzenia działalności gospodarczej. Niezbędne może być także dalsze zdecydowane podnoszenie płacy minimalnej, tak aby zmniejszać presję ekonomiczną odczuwaną przez osoby zarabiające najmniej.

Bez tego – choć nie neguję tego pomysłu zupełnie – rządowy pilotażowy program skrócenia czasu pracy niekoniecznie jest tym, czego rzeczywiście dziś potrzebujemy w pierwszej kolejności. To raczej rozwiązanie dla dobrze sytuowanych. Łatwo sobie wyobrazić, że w Polsce czterodniowego tygodnia pracy ten dodatkowy dzień wolny wielu z nas przeznaczyłby – po prostu – na dodatkową pracę, by wyrobić polską normę zmęczenia.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 18.06.2026 10:01
Źródło: Tygodnik Solidarność 24/2026, oprac. Ludwik Pęzioł