Przepracowana Polska: od pańszczyzny do korpo

- Historia pracy – od pańszczyzny po industrializację i współczesność – pokazuje, że normy czasu pracy były wynikiem walki z wyzyskiem, ale nigdy nie rozwiązały go całkowicie.
- Współcześnie wielu Polaków nadal pracuje ponad siły (często 50–60 godzin tygodniowo lub z dodatkowymi zajęciami), co prowadzi do przemęczenia i problemów zdrowotnych.
- Pomysły skrócenia tygodnia pracy budzą wątpliwości, bo mogą kolidować z realiami gospodarczymi i w praktyce nie przynieść oczekiwanej poprawy jakości życia.
Jak na razie Polacy należą do najbardziej zatyranych narodów Europy. W kontekście nadchodzącego Święta Pracy warto „pochylić się” nad tematem. Świętowanie 1 maja jako Dnia Pracy uchwalił Kongres II Międzynarodówki 14 lipca 1889 r. Wtedy też natężeniu uległy zabiegi o realizację 8-godzinnego dnia pracy. I było to próbą uregulowania wielosetletnich nadużyć.
Feudalny wyzysk
Chłopstwo pańszczyźniane było na potęgę żyłowane przez szlachtę. Dobry pan trafiał się rzadko, większość żerowała na wyzysku plebejów. Tak do XVI stulecia pańszczyzna ograniczała się do jednodniowej pracy z łanu, czyli gospodarstwa. W XVII i XVIII wieku wymiar wymaganych robót urósł do 4, nawet 6 dni tygodniowo. Im bliżej upadku Rzeczypospolitej, tym więcej wyciskano z plebejuszy. Niewolnicze „zarobienie” nie pozwalało chłopom na uprawę własnej ziemi, a jeżeli, to wysiłkiem całej rodziny. Wspomnieć należy też o innych formach przymusu, a było tego niemało, od doraźnych nieodpłatnych prac zwanych darmochami po… przymus nabywania wódki i piwa w karczmach należących do dworu.
Czy można się dziwić, że wielorakie obciążenia wpłynęły na wygląd „chama”? W jednym z opisów czytamy:
„Ciała mają skarlałe, zgięte ku ziemi, oczy zapadnięte, a chód powolny”.
Do tego twarze ogorzałe, spracowane dłonie i zgrubiałe stopy pokryte stwardniałym naskórkiem, tzw. modzelami. Określenie „chudopachołek” najtrafniej definiowało „kompleksję” biedoty. Zresztą nie tylko chłopstwa, także niezamożnej szlachty. Ale, ale. Rytm i wymiar pracy na roli regulowały sezony. Jasne, że w czasie żniw zasuwano od świtu do nocy, choć respektowano dwugodzinną przerwę obiadową. Zima przynosiła więcej luzu. Ponadto wolne od pracy były niedziele i święta, których w dawnej Polsce rocznie wypadało znacznie więcej niż obecnie, bo 40–50 dni. Do tego dochodziły wolne dni z rozmaitych okazji – ślubu, pogrzebu, chrzcin. To wszystko jednak zależało od pańskiego widzimisię, od okresu i regionu, jako że różnice dzielnicowe były ogromne.
Scheda po przodkach
Wiki podaje, że 95% naszego społeczeństwa ma korzenie chłopskie. Czyżby nasze zarobienie miało historyczne uwarunkowania? A co ze szlachtą, arystokracją, Żydami? Co z późniejszą inteligencją wymieszaną klasowo? Co z intelektualno-artystyczną elitą (jeszcze tą prawdziwą, nie uzurpatorami)? Każda z tych grup inaczej podchodziła do pracy i inaczej zabiegała (lub wcale) o regulację godzin zajęć pozwalających utrzymać się przy życiu. Choćby samo uwłaszczanie chłopów – miało rozbieżny przebieg w trzech zaborach. Najwcześniej, acz stopniowo, dokonali tego Prusacy (1808–1850); w Galicji stało się to w 1848 r. wskutek Wiosny Ludów; w Królestwie Polskim ten przełom nastąpił w 1864 r. w reakcji na powstanie styczniowe, żeby odciągnąć chłopów od wspierania dworów, z których głównie rekrutowali się buntownicy.
Wkrótce potem nastąpiła rewolucja przemysłowa. I to wcale nie poprawiło sytuacji tych, którzy uciekli ze wsi, szukając lepszego życia w miastach. U zarania kapitalizmu normą były dniówki 12–14-godzinne. Zmalała liczba dni wolnych, wzrosła natomiast liczba godzin przepracowanych. W zaborze pruskim próbowano to ogarnąć ordynacją przemysłową. W 1852 r. zakazano zatrudniania dzieci do lat 12, a te, które nie ukończyły lat 14, mogły pracować jedynie 6 godzin dziennie. W 1891 r. wprowadzono przepisy, na mocy których zakazano pracy w niedziele, a dla kobiet ustalono maksymalny czas pracy na 11 godzin, w soboty „tylko” 10. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. wprowadzono 8-godzinny dzień pracy na mocy dekretu powstałego z inicjatywy Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Rok później wprowadzono ustawą 46-godzinny tydzień pracy. Od 1933 r. obowiązywały soboty skrócone do 6 godzin pracy. Jednak w 1946 r. wydłużono sobotnią harówkę do wymiaru, jak w pozostałe dni – powojenna odbudowa kraju wymuszała większy wysiłek rodaków.
Wolna sobota pod nadzorem
W latach 60. do nielicznych docierały wzmianki o sobotach wolnych od pracy, wywalczonych przez związki zawodowe we Włoszech i Francji. Szeptana propaganda wsączała się za żelazną kurtynę wbrew woli partii. Ale czujna PZPR przygotowała odsiecz w osobach wykwalifikowanych instruktorów spieszących pouczyć, że w kapitalizmie wyzyskiwani robotnicy słusznie walczą o jeden dodatkowy wolny dzień, podczas gdy w socjalizmie praca nobilituje ludzi; że w kapitalizmie praca jest przekleństwem, zaś w „lepszym” systemie to pasmo radości.
Dopiero „światowy” Edward Gierek odważył się na milowy krok. Sobota, 21 lipca Roku Pańskiego 1973, przeddzień Narodowego Święta Odrodzenia Polski, stała się dniem wolnym od pracy. Ludzie, ależ to było wydarzenie! Potem stopniowo wyłuskiwano soboty z roboczego roku. W 1974 r. uwolniono ich 6; rok później było ich 12; w 1979 r. wytargowano aż 14 niepracujących sobót. Teoretycznie trzeba je było „odpracować”, zwiększając normy w inne dni robocze, ale w praktyce nikt tego nie przestrzegał. Za to w niepracujące soboty organizowano ludziom dodatkowe zajęcia, socideolodzy wprowadzili bowiem istotny podział między wypoczynkiem a próżniactwem. To drugie było naganne, to pierwsze przynosiło społeczeństwu pożytek.
Tak więc zakłady pracy organizowały ludziom w nich zatrudnionym zajęcia świetlicowe, wycieczki krajoznawcze, prace na działkach, wędkarstwo, kursy modelarskie i innych robót ręcznych. Różnym sposobom zorganizowanych form wypoczynku ton nadawali instruktorzy kulturalno-oświatowi, powszechnie zwani kaowcami. Wtedy to, za sprawą wolnych sobót, rozmaite a zasobne zakłady produkcyjne zadbały o „ośrodki wczasów sobotnio-niedzielnych” dla swych pracowników. Według GUS sklasyfikowano je jako
„zespół obiektów i urządzeń zlokalizowanych w niedużej odległości od aglomeracji miejskiej, w bezpośrednim sąsiedztwie terenów o walorach przyrodniczych korzystnych dla rekreacji […] Umożliwia [on] połowęobsłużenie jednocześnie znacznej liczby osób o różnych upodobaniach”.
Fajnie, tylko taki detal: wszystkim tym atrakcjom towarzyszyły listy obecności. Dostajesz bonusy – wiedz, komu/czemu je zawdzięczasz. I masz być lojalny wobec dobroczyńcy.
Piąteczek, piątunio
W 1981 r. Solidarność wywalczyła wolny każdy szósty dzień tygodnia, jednak w stanie wojennym nie zawsze to respektowano. Po transformacji ustrojowej, w latach 90., pięciodniowy tydzień pracy stał się standardem, co oznacza 40 godzin tygodniowo. Ale to też ma ulec zmianie. Eksperci twierdzą, że intensywny i bardziej wydajny czas pracy trwa od poniedziałku do czwartku, zaś w piątek słabnie. W tym dniu zaczyna się „mały weekend”, odkłada się zadania wymagające kreatywności, wykonując te bardziej mechaniczne, administracyjne. Fakt, w wielu firmach można zaobserwować przedweekendowe rozprężenie wyrażające się w czułym zawołaniu: „piątek, piąteczek, piątunio”. Taaa… A co mają powiedzieć pracownicy handlu przeżywający piątkowo-sobotnie nawałnice? I dlaczego wielu zwolenników skracania tygodnia pracy nie miałoby nic przeciwko przywróceniu handlowych niedziel?
To zresztą nie dotyczy tylko handlowców. Prawie połowa Polaków (49,8%) dorabia, co rzecz jasna wydłuża czas zawodowej (?) aktywności. Według najnowszych (z 2025 r.) danych praca „po godzinach” trwa obecnie nawet 20 godzin tygodniowo. Jeszcze kilka lat temu dotyczyło to studentów i freelancerów – teraz to coraz popularniejsze dopełnienie stałych zarobków zarówno wśród młodych (do 34 lat), jak w grupie 50+. Co ciekawe, dorabiają nie tylko ludzie o niewysokich uposażeniach, także zarabiający powyżej 5000 zł. Polaków pracujących do 9 godzin dziennie jest statystycznie coraz mniej – zwiększa się zaś grupa orająca tygodniowo po 50–60 godzin. Co jeszcze ciekawsze, coraz częściej ludzie zostają „po godzinach” u obecnego pracodawcy (32,5%). Firmy wolą bowiem „rozciągać” etaty, zamiast zwiększać zatrudnienie, pracownicy zaś preferują dorabianie u „sprawdzonych” szefów. Nawet jeśli dorabia się gdzie indziej, trend jest wyraźny: wymiar pracy dodatkowej to połowa czasu, jaki poświęcamy pracy etatowej/zawodowej.
Skutki przepracowania zauważa już 30% Polaków, szczególnie młodych. Czasem nie ma wyboru, bo koszty życia rosną, a praca zdalna i hybrydowa nie daje stabilizacji, bo pracuje się na tzw. portfolio career [kariera portfelowa – łączenie etatu np. z freelancingiem, konsultingiem, własną firmą lub pracą sezonową – przyp. red.]. Najpierw wydaje się to super: rosną dochody, na wszystko nas stać, łatwiej planować wydatki. I nagle siada kondycja psychiczna i fizyczna. Pojawia się spadek koncentracji, brak zaangażowania w zadania, zmęczenie i zniechęcenie. Albo popadanie w workoholizm, który też kończy się w gabinecie terapeuty. To powody, dla których coraz więcej osób rozważa priorytety: lepszy szybki zysk czy długoterminowa efektywność.
Skrócony czy wydłużony
Tymczasem chodzą słuchy, że jesteśmy coraz zamożniejsi. A skoro tak, powinniśmy mieć coraz więcej wolnego – jak zdarzyło się w lepiej i wcześniej rozwiniętych krajach. Pod koniec 2022 r. Donald Tusk zapowiadał:
„Do wyborów będziemy mieli przygotowany projekt pilotażu na czterodniowy tydzień pracy”.
Także partia Razem postulowała wprowadzenie 35-godzinnego roboczego tygodnia. Tylko… były i są to mrzonki z gatunku wishful thinking. Rok temu, w czerwcu 2025 r., Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oficjalnie ogłosiło eksperymentalny program zakładający skrócenie tyrawki bez obniżenia wynagrodzenia. Nabór wniosków ruszył w połowie sierpnia ub.r. Wystartowało w nim 2 tys. przedsiębiorstw i instytucji; zakwalifikowało się raptem 90 z nich, co przekłada się na ponad 5 tys. pracowników. Każdy podmiot otrzymał do 1 mln dofinansowania. Testowanie 4-dniowego tygodnia pracy już trwa – zaczęło się 1 stycznia, zakończy 31 grudnia br. Do 15 maja 2027 uczestnicy programu mają przedstawić ministerstwu sprawozdanie i wyniki kwartalnych ankiet. Łączny budżet na tę przymiarkę wynosi 10 mln zł.
Co da ten sondaż? Chyba niewiele, jako że dotyczy wyłącznie sektora publicznego, m.in. Lasów Państwowych, spółek wodociągowych, spółdzielni mieszkaniowych, urzędów gminnych czy miejskich. Najwyższe dofinansowania – co brzmi jak żart – przypadło w udziale firmie konsultingowej, warszawskiemu domowi kultury, Urzędowi Gminy Żórawia i… Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie. Oczywiście, przycięcie tygodnia pracy nie jest możliwe dla wszystkich branż. A prywatni przedsiębiorcy nawet nie chcą o tym słyszeć. Cóż z tego, że ma się to przełożyć na niższy poziom stresu i wypalenia zawodowego, mniej problemów ze snem i zmniejszenie negatywnych emocji, co z kolei powinno zaowocować wyższą produktywnością.
Ważniejsze jest łączące się z nową formą ryzyko. Może się to przełożyć na spadek produkcji, a co za tym idzie, zmniejszy zarobki. Żeby nie tamować wydajności i zachować konkurencyjność, firmy musiałyby zatrudnić więcej pracowników lub wymagać od zatrudnionych już osób zwiększenia wydajności. I wyjdzie na to samo, czyli podkręcenie stresu, bo trzeba się będzie cały czas spinać, żeby nadążyć. A może szef wymusi nadgodziny? Przytnie zarobki, wyeliminuje premie? Obetnie pełne etaty? Wśród zainteresowanych nie widać entuzjazmu.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Kongres Pracy 2026. Michał Ossowski: Gospodarkę tworzą ludzie

Rusza Kongres Pracy 2026! Oglądaj transmisję na żywo
Solidarność w Fabryce Broni „Łucznik” obawia się zwolnień. Powodem brak zamówień
W Polsce przybywa pracowników w wieku emerytalnym









