Szukaj
Konto

Aleksandra Jakubiak OV: Odnajdywanie drogi do zbolałego serca

postać w lesie
Źródło: pixabay.com | Autor: REXANDROS | Licencja: pixabay | droga przez las, grafika generowana AI
„Bo miłość to coś najbardziej wolnego, co tylko istnieje” św. Teresa Benedykta od Krzyża.

W liturgii Jezus mówi dziś o przykazaniu miłości Boga i bliźniego. Czy jednak miłość da się nakazać? Czy serce doświadczane i wyjaławiane, które nie ma siły wznosić się na wyżyny, można do nich zmusić? Czy to przyniesie efekt miłości? Czy nakazanie kochania to nie oksymoron?

 

Udawajmy?

Pamiętam, jak jeden z moich skądinąd ulubionych myślicieli, C.S. Lewis, napisał w książce „Chrześcijaństwo po prostu”, by - jeśli brak nam pewnych cnót - po prostu udawać, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości, tak długo, aż ta maska nie stanie się prawdziwą twarzą, aż cnota nie zostanie drugą naturą. Może i jest to jakaś „mądrość etapu”,  może w pewnych sytuacjach jest to sposób na poradzenie sobie z wyzwaniem, może do celu brnie się nie wielkimi przełomami, ale małymi kroczkami, ale sugestia Lewisa tym razem do mnie nie trafia, czytam ją, jako wskazówkę do samodoskonalenia się, do zdobywania biegłości, osiągania upragnionych pułapów. Tylko czy o to chodzi w miłości?

 

Modele 2D

Oczywiście można popaść w inne ekstremum - postawę typu „jakim mnie Panie stworzyłeś, takim mnie masz” i powiedzieć sobie, że póki miłość odczuwalnie na mnie nie spłynie, to nie będę się starać. Sądzę jednak, że oba powyższe poglądy zasadzają się na osi tego co nasze, co przyrodzone. Tymczasem chrześcijaństwo głosi przecież, że miłość Boga zawsze jest pierwsza, bez względu na to, czy to odczuwamy bądź rozumiemy czy też nie. Miłość człowieka, jeśli się na nią zdobywa, jest wtórna, jest odpowiedzią, dlatego teorie o wzbudzaniu miłości Boga i bliźniego lub jej braku bez wprowadzania w nie fundamentu, jakim jest uprzednia miłość samego Boga do nas,  są niczym budowanie modelu 2D, próbującego odwzorować rzeczywistość przestrzenną - zawsze będą one płaskie i co najwyżej umowne.

 

Kryzys w praktyce

No dobrze, poteoretyzowaliśmy sobie trochę, Tylko jak to rzeczywiście może przełożyć się na życie? Co w sytuacjach, gdy mimo przykazań w praktyce ból, choroba, dramatyczne doświadczenia lub inne trudne okoliczności naprawdę nas zamykają, obezwładniają i z tych dołów nie potrafimy się wygrzebać? Co więcej, nawet nie mamy sił próbować, a może nawet nie umiemy się zdobyć, by tego chcieć? Co gdy siły witalne starczają jedynie, by dosłownie i w przenośni, doczołgać się do łóżka? Gdy okrągłe zdania o łasce miłości, odpowiedzi ludzkiej woli, przekraczaniu siebie etc. mogą powodować jedynie większe zmęczenie? Kiedy na myśl o „obowiązkowych” praktykach religijnych mamy chęć nakryć się mocniej kołdrą? Gdy świadomość spełniania obowiązków nie tylko odczuwamy, jako akty ponad siły, ale też zawalenie ich wzbudza poczucie winy, nakręca neurozę i tym bardziej potęguje wrażenie wewnętrznej niemocy?

 

Klucz do miłości

Moje odkrycie tego, co realnie pomaga przeżyć kryzysy, zawdzięczam temu, że  jak pewnie wielu i wiele z nas, sama znajdowałam się w takich sytuacjach. Jedyną drogą, która dla mnie stanowiła klucz była wiara. Albo raczej postanowienie jej utrzymywania, często wbrew głównym nurtom myśli, a już na pewno wbrew uczuciom. W chwilach największej ciemności, leżąc rozłażona na łopatkach, zawsze mam jednak możliwość powiedzenia w głębi siebie, że mimo wszystko i wbrew wszystkiemu decyduję się wierzyć "nie tylko” w istnienie Boga, ale również wierzyć Bogu, że On mimo wszystko trwa przy mnie i jest to obecność kochająca. 

Taka wiara to nie jest tabletka na wszystko, po której następuje swoiste „pyk” i ból znika. To tylko lub aż sposób na wytrwanie z ręką uczepioną „dłoni” Boga, w czasie zawiśnięcia nad przepaścią. Bo wiara to coś, czym w pewnym sensie zarządzamy. Nawet gdy wszystko wokół „mówi” o jej daremności lub bezsensie, sami zawsze możemy zdecydować, że ją zachowujemy, bo tak wybieramy. I nie chodzi od razu, by pod wpływem tego wyboru kręcić fikołki - póki bowiem tkwimy w niemocy, to udawanie, że jest inaczej nas nie uzdrowi - ale chodzi o wybór zachowania wiary, który w pierwszej kolejności jest podarowaniem sobie szansy na zdjęcie odium obezwładniającej winy, a potem daniem, nomen omen, wiary w to, że Bóg widzi okoliczności naszego bólu głębiej niż my sami i będzie wiedział, kiedy oraz jak zadziałać, by skierować nas na drogę odbudowy. To również wiara w to, że znając nas od przysłowiowej podszewki, Bóg priorytetem ustanawia nie osądzanie stopnia naszej użyteczności, ale pragnienie trafienia do zbolałego serca. To uspokojenie, płynące z wyboru wiary w miłość Boga, konkretną, niezmienną, realną, zdejmuje z naszej umęczonej duszy część ciężaru, przynosi ulgę, która rodzi również wdzięczność. A od wdzięczności do budzenia się miłości już niedaleka droga. Oczywiście proces ten może trwać dłużej lub krócej, ale ważne, by w akcie wiary zobaczyć krok w stronę miłości.

Trzeba również pamiętać, że droga duchowa, w wypadku chorób - somatycznych lub psychicznych - to ścieżka równoległa do podjęcia dostępnych i zalecanych form terapii. Takie rozpoczęcie leczenia jest również wyrażeniem zaufania i miłości wobec Boga i siebie samych. 

Komentarzy: 0
Data publikacji: 25.10.2026 20:00
Źródło: Aleksandra Jakubiak OV