Samuel Pereira: Na złość prezydentowi, szkodzi Polsce, czyli o skutkach tuskowego focha

Dziś Donald Tusk musi czekać, aż Wołodymyr Zełenski wróci z Waszyngtonu i opowie mu, co usłyszał od Donalda Trumpa. Trudno o bardziej wymowny symbol stanu polskiej dyplomacji. Dzisiejsze spotkanie w Lublinie odbyło się w ostatniej chwili, bez zapowiedzi, bez rozbudowanego protokołu i bez większych deklaracji. Z oficjalnych komunikatów wynika przede wszystkim jedno – prezydent Ukrainy przekazał premierowi informacje o swojej rozmowie z Donaldem Trumpem. To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno. Szef polskiego rządu dowiaduje się o stanowisku najważniejszego sojusznika Polski nie od własnych dyplomatów ani podczas własnych rozmów z amerykańską administracją, lecz od przywódcy państwa trzeciego. Mógłby zadzwonić do polskiego prezydenta, ale wtedymusiałby przemóc swoją nienawiść.
Czy tak powinna wyglądać polityka zagraniczna kraju leżącego na wschodniej flance NATO?
Czy naprawdę po to utrzymujemy jedną z największych służb dyplomatycznych w regionie? Coraz trudniej nawet sympatykom rządu odpowiedzieć na to twierdząco. Spójrzmy na wicepremiera. Radosław Sikorski od miesięcy kreuje się na jednego z najaktywniejszych ministrów spraw zagranicznych w Europie. Trudno jednak wskazać efekty tej aktywności oprócz występów medialnych, gdzie mądrzy się na każdy temat. Gdzie są regularne kontakty z administracją Trumpa? Gdzie są spotkania na najwyższym szczeblu? Gdzie jest polski głos słyszany w Waszyngtonie? Zamiast budowania relacji oglądaliśmy publiczne utarczki, moralizowanie i wpisy w mediach społecznościowych, które bardziej przypominały politykę krajową niż odpowiedzialną dyplomację. Tymczasem wielu europejskich liderów, którzy w zaciszu gabinetów chętnie krytykowali Donalda Trumpa, publicznie zachowywało rozsądek i po jego powrocie do Białego Domu nie miało popalonych mostów, bo dla nich interes państwa jest ważniejszy od osobistych emocji. Poważni politycy nie muszą zmieniać poglądów – wystarczy, że potrafią myśleć, panować nad emocjami i prowadzić rozmowy. W polityce zagranicznej liczy się skuteczność, a nie liczba uszczypliwych tweetów.
Dyplomacja w krótkich spodenkach
Polski rząd wybrał inną drogę. Przez lata w opozycji, a później miesiące, będąc u władzy wysyłali sygnały, które utrudniały odbudowę relacji z obozem Trumpa. Dzisiaj skutki są widoczne. Premier musi wysłuchiwać relacji Wołodymyra Zełenskiego z rozmowy, którą sam – jako szef rządu jednego z najbliższych amerykańskich sojuszników – powinien odbywać bezpośrednio. Paradoks polega na tym, że jedynym politykiem władzy w Polsce, który utrzymuje bliskie kontakty z otoczeniem Donalda Trumpa i nim samym, jest prezydent Karol Nawrocki. Zamiast wykorzystać ten atut państwa, rząd konsekwentnie prowadzi z nim polityczną wojnę. Każda okazja jest dobra do ataku, każdy sukces prezydenta jest zohydzany lub umniejszany. W efekcie osłabiane jest jedyne realne ogniwo, które mogłoby dziś wzmacniać polską pozycję w relacjach z obecną administracją USA.
O co Tusk musi się Zełenskiego prosić
Najbardziej wymowny nie jest jednak sam fakt spotkania w Lublinie, ale jego treść. Donald Tusk nie ogłaszał nowych inicjatyw ani wspólnych ustaleń. Jak wynika z komunikatów obu stron, przede wszystkim wysłuchał relacji Wołodymyra Zełenskiego z rozmów z Donaldem Trumpem. Premier Polski musiał dowiedzieć się od prezydenta Ukrainy, jakie są najnowsze ustalenia z Białego Domu. Trudno o bardziej dobitny obraz tego, jak bardzo osłabły bezpośrednie kanały kontaktu polskiego rządu z administracją USA. Państwo nie może pozwolić sobie na kierowanie dyplomacją przez urazy i polityczne ego. Tym bardziej w okresie zagrożenia ze wschodu. Zamiast powagi i pracy, mamy cyrki i amatorkę i za taki stan rzeczy ktoś powinien w końcu wziąć odpowiedzialność.
Komentarze
Pożar w USA. Ciała ośmiu osób z ranami postrzałowymi
Pilne ostrzeżenie Zełenskiego. „Zwracajcie uwagę na sygnały alarmu”

Zełenski spotka się z Trumpem. Padła data

Trump rozważa nową operację przeciwko Iranowi. „Jesteśmy w pełni gotowi”
Wojna z Iranem kosztowała już 37,5 mld dolarów. Pentagon chce kolejnych środków








