Putin poczeka, aż UE sama się zniszczy. Wówczas zaatakuje

- Niemieckie media cytują opinie, że Rosja może być zdolna do ataku na państwo NATO już teraz.
- Konrad Schuller z „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” sugeruje możliwość ogłoszenia „stanu napięcia” w Niemczech.
- W komentarzu przywoływane są wypowiedzi rosyjskich polityków, które mają świadczyć o zaostrzaniu retoryki wobec Zachodu.
- Schuller wskazuje na trudną sytuację gospodarczą Rosji oraz problemy na froncie w Ukrainie jako jeden z czynników napięć.
- Według niego celem Rosji może być zastraszenie państw europejskich i osłabienie reakcji NATO.
Czytając niemieckie media, można zauważyć coraz większą antyrosyjską histerię, której bynajmniej nie towarzyszy jakakolwiek głębsza refleksja. Kolejni komentatorzy i tzw. eksperci straszą rosyjską agresją, a nie ma żadnego, który zadbałby o realną zdolność państw europejskich do obrony przed potencjalną agresją, nie tylko rosyjską.
Tzw. eksperci twierdzą, że za trzy lata Unia Europejska, a konkretnie państwa w niej skupione zyskają zdolność bojową i w tych trzech latach widzą okienko dla Władimira Putina, aby dokonał ataku. Tymczasem Rosja, mając naprawdę świetny wywiad, ma świadomość, że ani za trzy, ani za dziesięć lat UE nie uzyska zdolności bojowej, bo nie jest do tego zdolna. Po co zatem się wysilać, skoro można poczekać jeszcze naście lat i wejść na gotowe?
Zielone samobójstwo
Ursula von der Leyen, która przy pomocy unijnej pożyczki SAFE wyszarpała sobie kolejną prerogatywę należną jedynie państwom członkowskim, a mianowicie obronność, oświadczyła ostatnio, że obejmie armie państw członkowskich „czystą transformacją”. Co to będzie oznaczało w praktyce? Przede wszystkim rezygnację z paliw kopalnych jako napędu, co będzie równoznaczne z powrotem do zarzuconej parę lat temu koncepcji czołgów na prąd i „zielonego” pola walki. To, rzecz jasna, osłabi, a nawet może i anihiluje obronność państw członkowskich zamiast ją wzmocnić. Dlaczego? Dlatego że w sytuacji wojny pierwszą ofiarą bombardowań pada infrastruktura krytyczna, czyli między innymi elektrownie. Zdobycie zatem energii do naładowania napędzanych na prąd baterii graniczyłoby z cudem. Ale to nie jedyny kłopot. Nawet jeśli uda się wyprodukować czołg zasilany baterią litowo-jonową, to będzie ona tak ciężka, że w nieutwardzonym terenie czołg będzie grzązł i de facto będzie wyłączony z walki. Natomiast w terenie utwardzonym nie będzie w stanie przejechać żadnego mostu czy wiaduktu, ponieważ te nie są obliczone na tak duży ciężar, nie mówiąc już o drogach, które tego nacisku nie wytrzymają.
Nieodrobiona lekcja
Tak Ursula von der Leyen, która w czasach, kiedy była ministrem obrony narodowej, doprowadziła do upadku Bundeswehrę, podobnie jak i pozostali niemieccy urzędnicy w Brukseli nie odrobili lekcji historii, a może zwyczajnie nie chcieli jej odrobić. Otóż w okresie II wojny światowej niemiecka firma Porsche zdecydowała się na opracowanie Panzerkampfwagen VIII Maus – prototypowego czołgu superciężkiego. Z łączną masą sięgającą 188 ton był to najcięższy i największy czołg, jaki kiedykolwiek skonstruowano, lecz nigdy nie wszedł do produkcji seryjnej ani nie został użyty bojowo. Powstały jedynie dwa nieukończone prototypy.
Ta konstrukcja nie miała szans wejść do seryjnej produkcji, ponieważ była zbyt ciężka. Dla porównania przeciętny nowoczesny czołg podstawowy waży od 50 do ponad 70 ton. Waga zależy głównie od poziomu opancerzenia i generacji. M1 Abrams (USA) w nowszych wersjach (np. M1A2) waży około 62,5 – 70 ton. Leopard 2 (Niemcy) waha się od ok. 60 ton (wersja 2A5) do ponad 66 ton (wersja 2A7). Różnica w wadze jest zatem zasadnicza. Owa „Myszka” – bo tak tłumaczy się z niemieckiego słowo „Maus” – ze względu na swoją wagę nie miała żadnego zastosowania. Mając to doświadczenie, Niemcy powinni być świadomi, że czołg z baterią litowo-jonową nie ma racji bytu w warunkach wojennych, a jednak Ursula von der Leyen stawia na swoim.
KE czuje się bezpieczna
Ani Komisja Europejska, ani państwa członkowskie nie podejmują działań, aby przygotować UE do odparcia jakiejkolwiek agresji. Ursula von der Leyen ze spokojem godnym wytrawnego psychopaty obserwuje, jak prokuratura ministra Waldemara Żurka ściga obrońców polskich granic tylko za to, że wykonywali swoje obowiązki i nie dali się przy tym zabić. O tym, że taka polityka fatalnie wpływa na morale armii, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Pojawia się jednak pytanie, o co zatem chodzi, jeżeli nie o obronę?
Odpowiedź jest banalnie prosta, ale drastycznie tragiczna – o pozbawienie państw członkowskich niepodległości i wcielenie ich do jednego wielkiego superpaństwa o nazwie Unia Europejska pod egidą Niemiec. Straszenie Rosją jest niezbędne do wywołania kryzysu, w oparciu o który państwa członkowskie zrzekną się – oczywiście w imię wyższego dobra – swojej suwerenności i wejdą w skład tworu, a raczej należałoby powiedzieć nowotworu, który do końca pogrzebie ledwie dyszącą cywilizację łacińską.
Należy bowiem zdać sobie sprawę, że stworzenie niemieckiego superpaństwa to nie jest jedynie kwestia pozbawienia państw członkowskich suwerenności, ale przede wszystkim zmiana priorytetów i paradygmatów. Walcząc o niepodległość, Polska walczy przede wszystkim o przetrwanie cywilizacji łacińskiej, a raczej resztek, które z niej ocalały.
Gdyby Komisja Europejska nie uważała, że Europie nic nie zagraża, nie zawierałaby umowy z Mercosur czy Indiami, nie pchałaby państw członkowskich w zdradziecki program SAFE, który służy jedynie interesom Niemiec i Francji.
Tymczasem Ursula von der Leyen z pomocą zglajszachtowanych niemieckich mediów sufluje swoim kukiełkom w politycznej przestrzeni jedynie słuszną narrację, że „Rosja jest gotowa do ataku i to najlepszy powód, żeby dokonać dalszej integracji, a raczej unifikacji w jedno ciało z pogwałceniem interesów partykularnych państw”. To właśnie ma być zdaniem KE recepta na rosyjskie zagrożenie.
Jak odstraszyć?
Tymczasem jeżeli rzeczywiście chcemy odstraszyć Rosję, kierunek działań powinien być zupełnie inny. Przede wszystkim musimy pokazać, że jesteśmy twardymi graczami i nie damy się szantażować. Strzelanie z ostrej amunicji do szturmujących nasze granice migrantów aż nadto by to udowodniło. Kilku by padło, ale reszta wycofałaby się do krajów pochodzenia, a pozostali z tych ostatnich by nie wyjeżdżali, wiedząc, jaki ich czeka los na granicy polsko-białoruskiej. Byłoby to – wbrew temu, co usiłują nam wmówić celebryci – bardzo humanitarne, ponieważ zapobiegałoby decyzjom o powierzeniu swojego życia przemytnikom i handlarzom ludźmi, już nie mówiąc o rosyjskich służbach. Takie rozumowanie niestety jest nieosiągalne dla lewicowo-liberalnych elit.
Nic zatem dziwnego, że Putin czeka na wykończenie Europy przez jej własnych decydentów. Po co ma angażować siły i żołnierzy? Wystarczy poczekać dziesięć lat. Ich mentalność pogrzebie ten kontynent wraz z wszystkimi wartościami, które niegdyś były jego chlubą.
Tagi
Komentarze
Fałszywy alarm w jednostce wojskowej. Jest zatrzymana osoba

Polska w światowej czołówce. NBP ma już ponad 613 ton złota

„FT”: USA rozważają rozmieszczenie broni jądrowej w Polsce. Trwają poufne rozmowy w NATO

Kosiniaka-Kamysza „zbrodnia i zdrada”

Polska przegrywa z Ukrainą. Fatalny występ Biało-Czerwonych







