Węgierska lekcja? Dlaczego Polska nie powinna kopiować scenariusza znad Dunaju

- Węgierskie wybory były nadmiernie interpretowane przez polskie środowiska polityczne, które próbowały dopasować ich wynik do własnych narracji i sporów.
- Autor podkreśla, że sytuacja polityczna na Węgrzech i w Polsce jest zasadniczo różna, więc wyciąganie prostych analogii i „lekcji” jest błędne.
- Zwycięstwo Pétera Magyara nie musi oznaczać radykalnej zmiany kursu, a rzeczywisty kierunek polityki Węgier pozostaje niepewny i bardziej złożony, niż sugerują uproszczone interpretacje.
Fałszywy walc znad Dunaju
„Premier Węgier Viktor Orbán musi wygrać wybory. Nie może ich wygrać pupilek salonów brukselskich, którego zadaniem jest gra w orkiestrze unijnych federalistów. Później musimy odsunąć reżim od władzy w Polsce. To nasze zadanie”
– pisał w marcu europoseł PiS Michał Wójcik.
„Niektórzy chcieli zrobić z Warszawy Budapeszt. Dziś Budapeszt chce być jak Warszawa”
– miesiąc wcześniej swoje spotkanie z Péterem Magyarem komentował premier Donald Tusk. Niedługo przed wyborami w Budapeszcie pojawił się Karol Nawrocki, stolicę Węgier w trakcie kampanii odwiedzili również Mateusz Morawiecki i Krzysztof Bosak. Ten ostatni był na zgromadzeniu grupy Patrioci dla Europy w Budapeszcie. Na tej samej imprezie swoje wsparcie dla szefa Fideszu wyrazili Marine Le Pen z Francji, Matteo Salvini z Włoch oraz premier Czech Andrej Babiš. Proxy war dla polskiej, europejskiej i światowej polityki rozegrać się miała tym razem nad Dunajem. Jej znaczenie dla polskiej polityki było trochę inne od wcześniejszych zagranicznych starć, które były w Warszawie traktowane jako przedłużenie emocji polityki krajowej. W 2020 roku Platforma Obywatelska świętowała wygraną Joe Bidena, rekompensując sobie porażki w kolejnych wyborach w Polsce. Cztery lata później to Prawo i Sprawiedliwość świętowało z powodu wygranej Donalda Trumpa, by osłodzić sobie gorycz porażki, ale też by odnowić ducha dzięki wiadomości o przerwaniu choć na chwilę triumfalnego pochodu liberalizmu przez świat. Czasem to przenoszenie emocji w świat przybierało formy zupełnie komiczne, jak wtedy, gdy w Brazylii lewicowy Luiz Inácio Lula da Silva wygrał z prawicowym Jairem Bolsonaro, a polscy komentatorzy, w zależności od potrzeb i sympatii, „brazylijskiego Kaczyńskiego” potrafili zobaczyć i w jednym, i w drugim.
Warszawa w Budapeszcie
W kwietniu okazało się, że kandydat popierany przez Tuska wygrał, a polski premier do swojego protegowanego zadzwonił zaraz po ogłoszeniu wyników.
„Węgry, Polska, Europa. Znowu razem! Wspaniałe zwycięstwo, przyjaciele!”
– komentował Tusk na gorąco. Tym razem to prawica swoją narrację z dnia na dzień zmieniła niemal orwellowsko. Niemal, ponieważ już wcześniej część związanych z nią komentatorów studziło zapał kolegów i zwracało uwagę na to, że przy akompaniamencie miłych naszym uszom tożsamościowych i konserwatywnych haseł Viktor Orbán zbudował korupcyjne państwo, w którym przedstawiciele wszystkich światowych i lokalnych potęg – i Rosjanie, i Chińczycy, i Niemcy – robili właściwie, co chcieli. Amerykanie uznali, że Węgry mogą stać się ich zasobem strategicznym i próbowały przelicytować konkurencję. Czy zdążyli, dowiemy się, gdy będzie już jasne, czy nowy rząd zamierza korzystać z zawartych przez poprzedników na ostatniej prostej bardzo korzystnych umów z USA.
Węgry, kraj coraz głębiej zapadający się we własne lata 90., udający imperium, którym od stu lat nie jest, blokujący szanse rozwoju młodym i opanowany przez zblatowanych ze sobą polityków i oligarchów, uległy złudzeniu, że mogą pozostać sobą, a zarazem zrzucić z siebie tę korupcyjną narośl. Podczas gdy Europa widziała więc w idącym po władzę Magyarze nowego Tuska (przed czym on sam, dodajmy, w ogóle się nie wzdragał), wielu Węgrów dostrzegało w nim młodszego Orbána. Dawnego polityka Fideszu, który da im to, co poprzednik obiecywał i przez lata faktycznie dawał, lecz już bez oligarchicznego, korupcyjnego narzutu. Dlatego też nagle podjęta przez niektóre polskie media narracja o „upadku węgierskiego Tuska”, którym był dla nich już nie Magyar, a Orbán, choć dość karkołomna w swej rozpaczliwości, nie jest oderwana od rzeczywistości. Orbánowi zresztą i polska prawica zarzucić może sporo, od bliskich związków z Rosją do dawnego głosowania za Tuskiem, gdy liczyliśmy na wsparcie Jacka Saryusza-Wolskiego.
Nietrafiona diagnoza
13 kwietnia rano, więc chyba jeszcze wciąż w powyborczych emocjach, Paweł Jabłoński z Prawa i Sprawiedliwości pisał na swoim Facebooku, że
„tak jak ze zwycięstwa Trumpa 1,5 roku temu, tak z wczorajszej klęski Orbána polska prawica musi wyciągnąć wnioski. […] Jeśli chcemy odsunąć od władzy fatalny, szkodliwy dla Polski rząd Tuska, musimy uczyć się na błędach. W tym wypadku na szczęście jeszcze na błędach cudzych – ale zostało nam tylko 1,5 roku, żeby nie powtórzyć ich u nas”.
O tym, że
„węgierska lekcja powinna zostać przeanalizowana przez prawicę”,
pisał również, choć z pozycji daleko bardziej krytycznych wobec Orbána, Sławomir Cenckiewicz, który po wyborach zwracał uwagę na spore przecenianie w Polsce pozytywnego wpływu Orbána na europejską politykę.
„Był sojusznikiem Polski jedynie w rozgrywce z kosmopolitami i centralistami w UE oraz w kwestii migracji. To było ważne, ale za mało. Poza tym jedynie pogłębiał sprzeczności – inna percepcja zagrożeń rosyjskich, różnice w postrzeganiu Sojuszu Północnoatlantyckiego (o roli Węgrów we wspólnocie wywiadu powstaną kiedyś studia), zupełnie niezgodna z naszymi interesami polityka energetyczna (ostatnie wyczyny i wyprawa Mola na rynek serbski w konsultacji z Rosją), pogrzebanie idei Trójmorza…!”
– zauważał szef BBN. W jego optyce analiza wyniku wyborów miałaby więc obejmować również zrewidowanie sojuszu z przegranymi. To stanowisko bardziej realistyczne.
Wracając jednak do wpisu Pawła Jabłońskiego i wielu innych utrzymanych w podobnym tonie wypowiedzi, warto postawić tezę całkowicie odwrotną – to nie PiS, czy szerzej prawica w Polsce, powinno wyciągnąć wnioski z przegranej Viktora Orbána na Węgrzech w 2026 roku. Jeśli już, to lider Fideszu nie wyciągnął wniosków z wyniku wyborów w Polsce jesienią 2023 roku.
Sytuacja PiS za półtora roku, gdy najprawdopodobniej iść będziemy na kolejne wybory, nie będzie przecież taka sama, jak sytuacja Fideszu, nie będzie nawet odwrotna, będzie zupełnie nieprzystająca. Dlaczego? To dość oczywiste. Fidesz stracił władzę po 16 latach rządzenia, w warunkach gospodarczej stagnacji i w dużym stopniu uzasadnionego zmęczenia jego rządami. Stało się to dwa i pół roku po tym, gdy władzę w Polsce PiS oddał, zostawiając kraj w dużo lepszym stanie, zdobywając najwięcej głosów ze wszystkich partii. Za półtora roku PiS będzie walczyć nie o utrzymanie, a odzyskanie władzy w warunkach, w których zderzą się ze sobą dwie emocje: niezadowolenie z rządów ekipy Tuska, która już dziś niemal zrujnowała wiele dziedzin życia, zadłużając państwo na niewyobrażalną skalę, i wciąż świeża pamięć o rządach PiS, dla wielu niewybieralnego z powodu prawdziwych, fałszywych lub naciąganych zarzutów.
Koalicja Obywatelska też nie ma podstaw, by porównywać się z partią Tisza Pétera Magyara. Partia Magyara poszła do wyborów jako jedyna (nie licząc nacjonalistów) partia opozycyjna, niemająca żadnej konkurencji w walce o głosy niezadowolonych z 16 lat rządów Fideszu mieszkańców Węgier – czy to zapatrzonych w Europę liberałów, czy rozczarowanych blokującą ich kariery korupcją młodych, czy niezadowolonych ze zbytniego zbliżenia z Rosją antykomunistów, dla których żywy pozostaje etos 1956 roku. Do tej ostatniej emocji odwoływał się zresztą sam Magyar, podczas gdy Orbán straszył młodzież europejską branką do armii broniącej Ukrainy przed Putinem. Po wyborach zresztą Péter Magyar gładko wszedł w buty poprzednika w tej akurat sprawie, co na razie nie wzbudziło zbyt dużego zainteresowania naszych liberałów. Podobnie jak jego dość zaskakująca deklaracja, że Viktor Orbán mógłby w przyszłości… zastąpić Ursulę von der Leyen, choć nie jest jasne, czy to deklaracja poparcia, czy tylko konstatacja możliwości zmiany układu sił w Parlamencie Europejskim.
Wróćmy do strategii dla rządzących Polską. Owszem, Tusk i jego twardzi zwolennicy mogą oczywiście rozważać kolejny raz koncepcję jednej listy, która faktycznie może mieć w naszej ordynacji szanse w grze z rozdrobnioną prawicą. Po pierwsze jednak jest prawdopodobne, że – jak to już bywało wcześniej – ktoś (może Razem, może PSL, może Polska 2050) się z tego rygoru jednomyślności wyłamie i zgarnie za to premię, grzebiąc marzenia o utrzymaniu władzy. Po drugie i ważniejsze – koalicji dowodzonej przez Tuska nie uda się wystartować w roli politycznej nowości, świeżej siły, która naprawi błędy poprzedników. Już dziś przecież jego rząd jest bardzo poważnie zużyty. Spirala problemów finansowych, gospodarczych czy wizerunkowych dopiero się rozkręca, o czym piszemy w każdym numerze, analizując upadek jakiejś dziedziny życia i gospodarki w Polsce. Podsumowując, żaden z Tuska Magyar, tak jak żaden z Kaczyńskiego czy Czarnka Orbán. I odwrotnie też żadne podobieństwo tak naprawdę nie zachodzi.
Fałszywa flaga
Gdy wspomniany wcześniej Luiz Inácio Lula da Silva wygrał wybory w Brazylii, nasze liberalne elity niechętne Bolsonaro odtrąbiły wielki sukces. Gdy później Lula okazał się politykiem wciąż bardzo mocno prorosyjskim, zostało to u nas właściwie przemilczane. Przypominam o tym, ponieważ wiele z pierwszych deklaracji i posunięć Magyara również nie wpisuje się w wymarzony przez Tuska i jego kolegów obraz. Przynajmniej w jego oficjalną wersję. Péter Magyar zapowiedział już kontynuację polityki Orbána wobec Rosji. Choć w zamian za unijne środki gotów jest do pewnych ustępstw, to już nie na zmianę kierunku – co tłumaczy położeniem Węgier. Magyar czeka więc na rozmowy i normalizację relacji z Rosją.
Z kolei wobec Słowacji, niczym rasowy nacjonalista, twardo postawił sprawę obowiązujących wciąż (co samo w sobie jest dość ciekawe w tolerancyjnej i walczącej z wszelką dyskryminacją Unii) powojennych dekretów Benesza, w pewnych sprawach czyniących słowackich Węgrów obywatelami mocno upośledzonymi w relacjach z państwem. Na arenie krajowej Magyar doprowadził do porozumienia wszystkich trzech partii obecnych w parlamencie w sprawie składania przez parlamentarzystów przysięgi na koronę św. Stefana. Wszystkie te doniesienia wzmocniły obecność na marginesach debaty teorii spiskowej, w myśl której nowy premier jest tak naprawdę elementem wielkiego oszustwa, totalnego wystrychnięcia Unii Europejskiej na dudka przez Viktora Orbána, a cała operacja sukcesji to plan kontynuacji polityki Fideszu z udziałem nowych twarzy.
Sens tej teorii czas potwierdzi lub jej zaprzeczy, jednak już teraz zdążyła ona wywołać pewne emocje w polskiej polityce, wzmacniając obecną od kilku miesięcy koncepcję kontrolowanego rozłamu PiS. W jej myśl partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby podzielić się na dwa ugrupowania: łowiący po prawej stronie wyborców Konfederacji PiS Przemysława Czarnka i skierowany bardziej w stronę centrum i elektoratu modernizacyjnego neo-PiS Mateusza Morawieckiego. Takie ugrupowania miałyby poszerzyć elektorat, by następnie, jeszcze przed lub już po wyborach, znów połączyć siły i wzmocnione nowymi głosami wrócić do władzy. Trwająca w ubiegłym tygodniu wojna nerwów między frakcjami Prawa i Sprawiedliwości nakręciła zainteresowanie tą teorią, jednak porozumienie między Mateuszem Morawieckim i prezesem Jarosławem Kaczyńskim zakończyło lub przynajmniej zawiesiło dywagacje na ten temat.
Węgry będą nas zajmować zapewne jeszcze długo, a kierunek, w jakim pójdzie ten kraj, jest dziś dla nas jednym wielkim znakiem zapytania. Ta nieprzewidywalność pokazuje nam jednak, jak inna jest sytuacja węgierskiej i polskiej sceny politycznej i jak naciągane są wszelkie podobieństwa. Zamiast czekać na Budapeszt w Warszawie lub celebrować bądź przeklinać Warszawę w Budapeszcie, starajmy się o Warszawę w Warszawie i Budapeszt w Budapeszcie. Jeśli się uda, to już będzie coś.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Rosja uderzyła w region zamieszkany przez Węgrów. Rząd Magyara reaguje

Peter Magyar przyjedzie do Polski. To będzie jego pierwsza zagraniczna wizyta

Węgry: Parlament wybrał Petera Magyara na urząd premiera Węgier

Na Węgrzech rozpoczęła się sesja inauguracyjna nowego parlamentu

Nowy premier Węgier postawi się Brukseli w sprawie paktu migracyjnego?






