Szukaj
Konto

Szkoła według Nowackiej: mniej wymagań, więcej nierówności

Szkoła według Nowackiej: mniej wymagań, więcej nierówności
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Dwie klasy, uczniowie
Barbara Nowacka obiecuje szkołę przyjazną, bezstresową i niewymagającą. W rzeczywistości propagowana przez nią wizja edukacji to gotowa recepta na zwiększanie i pogłębienie społecznych nierówności.
Co musisz wiedzieć:
  • Reformy Nowackiej zamiast wyrównywać szanse mogą pogłębiać nierówności społeczne.
  • Równocześnie pogłębia się kryzys kadrowy w publicznej oświacie, szczególnie w mniejszych miejscowościach.
  • Na „przyjaznej” szkole najbardziej stracą dzieci z uboższych rodzin.

Szkoła pozornego komfortu

Polityczna żywotność Barbary Nowackiej jest bez wątpienia jednym z ciekawszych zjawisk związanych z funkcjonowaniem obecnej koalicji rządzącej. Otwierająca rankingi najgorzej ocenianych członków gabinetu ministra edukacji ma – według pojawiających się przed wakacjami nieoficjalnych doniesień medialnych – nie przetrwać planowanej na jesień rekonstrukcji rządu. Co znamienne, dymisję wieszczono jej już przy okazji pierwszej, ubiegłorocznej rekonstrukcji gabinetu Donalda Tuska. Wtedy jednak utrzymała stanowisko i wszystko wskazuje na to, że przetrwa również nadchodzące zmiany.

Pozycja Nowackiej w Radzie Ministrów okazuje się więc zaskakująco silna, co na pierwszy rzut oka może dziwić. Wywodząca się z lewicy polityczka nie stoi przecież za żadną liczącą się frakcją wewnątrz Koalicji Obywatelskiej. Inicjatywa Polska – wirtualne ugrupowanie, którym kierowała przed polityczną osmozą z Platformą Obywatelską – to byt, o którego istnieniu wiedzieli wyłącznie polityczni koneserzy. Nie dysponował on ani strukturami, ani społecznym poparciem, które dawałoby szansę na choćby szczątkową podmiotowość. Z czego zatem wynika ta siła? Przy okazji poprzednich roszad kadrowych poseł Polski 2050 Sławomir Ćwik zażartował, że „wystarczy połączyć kropki”, aby zrozumieć, dlaczego Nowacka pozostała w resorcie. Wywołało to lawinę niesmacznych żartów i spekulacji o rzekomym romansie ministry z premierem.

Tymczasem ów proces „łączenia kropek” dotyczy czegoś zupełnie innego. Obecny rząd w wielu obszarach nie ma wyraźnego oblicza ani celu. Cała jego polityka – jeśli odliczyć stricte rewanżystowski wymiar zawarty w wiecznym „rozliczaniu PiS-u” – przypomina permanentny dryf. Brakuje tu choćby naszkicowanej wizji rozwoju, świeżych pomysłów, energii czy przywództwa rozumiejącego różnicę między rządzeniem a administrowaniem. 

 

Obietnica nowej szkoły

Na tym mdłym tle działania Barbary Nowackiej jawią się jako spójne i wyraziste. Oglądamy swoistą wojnę wypowiedzianą szkolnej katechezie, ale przede wszystkim – dotychczasowemu kształtowi programów nauczania. Znaczącej redukcji tradycyjnego kanonu wiedzy towarzyszy tu zalew oferty ideologicznej. Nowacka od początku konsekwentnie kreuje się na rzeczniczkę szkoły nowoczesnej, „europejskiej”, otwartej i równościowej. Swoich oponentów obsadza natomiast w rolach ludzi zacofanych, broniących hierarchicznej i skostniałej instytucji. 

Spór o edukację staje się w tej optyce konfliktem między strukturami zastygłymi w przeszłości a tymi otwartymi na nowoczesność. Donald Tusk od zawsze najlepiej czuł się w warunkach ostrej polaryzacji. Barbara Nowacka, skutecznie wypełniając ideową pustkę jego gabinetu i generując silne emocje społeczne, może być dziś szefowi rządu po prostu politycznie niezbędna. W tym miejscu warto się jednak zatrzymać. O ile z perspektywy kulturowego konserwatyzmu projekt Nowackiej wydaje się nie do zaakceptowania, o tyle może on przecież brzmieć atrakcyjnie dla ludzi o innej wrażliwości.

W końcu „szkoła Nowackiej” niesie w sobie obietnicę budowy instytucji bardziej wspólnotowej, inkluzywnej i skutecznie niwelującej nierówności społeczne. Taka wizja bez wątpienia ma prawo uwodzić. Pytanie brzmi: czy zmiany proponowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej rzeczywiście prowadzą do realizacji tych haseł? Obawiam się, że w wielu miejscach skutek będzie dokładnie odwrotny.

 

Pułapka braku prac domowych

O społecznej szkodliwości najgłośniejszej decyzji, którą było rozporządzenie z marca 2024 roku znoszące obowiązkowe prace domowe w szkołach podstawowych, pisałem już kilkukrotnie na łamach naszego tygodnika. Kierownictwo MEN-u niezmiennie broni tamtej decyzji.

– Rozumiem, że to budzi dyskusje. Ale polska szkoła potrzebuje zmiany. Dzieci mają prawo do czasu wolnego i mogą go spędzać, jak chcą. Np. na czytaniu lektur, na zajęciach dodatkowych. Ale szkoła ma też za zadanie wyrównać szanse. Mam poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że dzieci rodziców zamożniejszych albo z większą ilością czasu i wysokimi kompetencjami społecznymi, mogły się znacznie lepiej przygotowywać w domu niż dzieci, które były stygmatyzowane brakiem pracy domowej i złą oceną

– mówiła Nowacka. Jednak to tłumaczenie wydaje się kompletnie kuriozalne. Zmniejszenie obowiązków edukacyjnych dotyczących wszystkich oznacza w praktyce zwiększenie szans dzieci o wysokim kapitale kulturowym, które nabywają umiejętności i kompetencje kulturowe w dużym stopniu już w miejscach socjalizacji pierwotnej, takich jak dom i rodzina. Miejsca socjalizacji wtórnej, takie jak szkoła, w założeniu mają próbować te różnice niwelować. Jednym z narzędzi temu służących są właśnie prace domowe.

Co więcej, zniesienie prac domowych w praktyce przenosi odpowiedzialność za utrwalanie wiedzy na dom rodzinny. Dzieci z rodzin o wyższym kapitale kulturowym i ekonomicznym otrzymują pomoc od rodziców lub mają opłacone korepetycje. Jeśli kapitał ekonomiczny rodziców jest wystarczająco wysoki, mogą oni nawet zapisać lub przenieść dzieci do szkół prywatnych, w których prace domowe dalej obowiązują. Dzieci z rodzin uboższych pozbawione tego wsparcia i systematycznej pracy domowej mogą osiągać, nawet jeśli są zdolne, słabsze wyniki w nauce, przez co „różnice klasowe” w obrębie szkolnej społeczności mogą rosnąć i się pogłębiać.

Raport Instytutu Badań Edukacyjnych z października 2025 roku, oparty na reprezentatywnej próbie ponad 2000 szkół, po pełnym roku funkcjonowania zmian powinien budzić uzasadniony niepokój. Ponad dwie trzecie badanych nauczycieli (oraz aż 84% w klasach IV–VIII) wskazało na wyraźne obniżenie chęci do samodzielnej nauki i systematyczności u dzieci. Jak nietrudno się domyślić, to również uderza najmocniej w dzieci z rodzin o niższym statusie ekonomicznym. Nie jest to jednak jedyna zwiększająca nierówności zmiana wprowadzona przez MEN.

 

Wielkie cięcie

Kolejną fundamentalną kwestią jest propagowane przez obecne kierownictwo Ministerstwa „odchudzanie” programów nauczania, połączone z obniżaniem wymagań i rozmywaniem standardów edukacyjnych. Resort z dumą chwali się uszczupleniem podstawy programowej o około 20 procent w odniesieniu do 18 przedmiotów w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych. Zwolennicy tego kierunku argumentują, że szkoła publiczna z samej swojej istoty musi być egalitarna – nastawiona w większym stopniu na socjalizację niż na taśmowe wytwarzanie przyszłych elit. To z kolei miałoby oznaczać, że powszechny charakter instytucji zawsze musi zostać okupiony pewnym spadkiem jakości kształcenia. To oczywiście prawda; podobny proces od lat obserwujemy w wielu systemach edukacyjnych na całym świecie.

Konstatacja ta nie powinna jednak zwalniać decydentów z głębszej refleksji nad konsekwencjami własnych kroków. Kluczowe staje się przecież pytanie: z czego można bezwzględnie zrezygnować, a co za wszelką cenę warto zachować? Wszak dobrze funkcjonująca – a więc także odpowiednio wymagająca – szkoła publiczna od zawsze stanowiła najskuteczniejsze narzędzie pozwalające dzieciom z uboższych domów przezwyciężać determinizm społeczny i bariery wynikające z urodzenia. Czy „szkoła Nowackiej” – z założenia mało wymagająca, w której redukcja stresu związanego z nauką stała się jednym z głównych dogmatów – może faktycznie niwelować te różnice? Nawet jeśli pod nowymi rządami stanie się ona miejscem pozornie bardziej „przyjaznym”, to ów komfort może okazać się niezwykle zwodniczy.

Każda deregulacja systemu w naturalny sposób premiuje bowiem jednostki dysponujące większym kapitałem prywatnym. W tym przypadku zaś rozmontowywanie dotychczasowych ram nie jest produktem ubocznym reform, lecz samą ich istotą. Dalekosiężne konsekwencje tego podejścia nie są dziś jeszcze w pełni widoczne, z czasem jednak ujawnią się z całą mocą.

 

Skąd wziąć nauczycieli?

Następnym systemowym problemem, którego skala z każdym rokiem będzie narastać, jest kwestia wynagrodzeń nauczycieli i bezpośrednio związany z nią, pełzający kryzys kadrowy. Mimo spektakularnie zapowiadanych podwyżek na początku kadencji obecnej koalicji w szkołach publicznych wciąż brakuje tysięcy pedagogów. Kryzys ten ma charakter wybitnie strukturalny – najdotkliwiej brakuje nauczycieli przedmiotów ścisłych, fizyków, matematyków, informatyków oraz anglistów, czyli specjalistów, którzy bez trudu odnajdują lukratywne zatrudnienie w sektorze prywatnym. Wakaty te najsilniej uderzają w mniejsze miejscowości i uboższe regiony, drastycznie obniżając tam jakość kształcenia. W tym samym czasie w dużych aglomeracjach zamożniejsi rodzice po prostu ewakuują swoje dzieci z niewydolnego systemu.

Problemem nie są zresztą wyłącznie pieniądze, ale też postępujące przepracowanie, z roku na rok rosnąca biurokracja oraz drastyczny spadek prestiżu społecznego tego zawodu. Co gorsza, Ministerstwo – działające często z pozycji dogmatycznej nieomylności – nie traktuje środowiska nauczycielskiego jako realnego partnera w dyskusji o przyszłości oświaty. W rezultacie głos praktyków, którzy na co dzień zmagają się ze szkolnymi realiami, jest w debacie publicznej niemal nieobecny, a sami nauczyciele czują się jedynie bezwolnymi wykonawcami kolejnych urzędniczych eksperymentów. W efekcie polska szkoła stoi dziś na krawędzi katastrofy pokoleniowej. Starsza kadra, ukształtowana jeszcze w etosie społecznej misji i powołania, powoli odchodzi na emeryturę.

Naturalna wymiana pokoleniowa jednak nie następuje. Młodzi absolwenci stoją przed wyborem: albo ucieczka z zawodu do korporacji, albo praca w szkolnictwie prywatnym, które kusi nie tylko lepszymi zarobkami, ale przede wszystkim mniejszym obciążeniem zadaniami pozadydaktycznymi i większym komfortem psychicznym. Godząc się na taki stan rzeczy, MEN nieświadomie uruchamia mechanizm negatywnej selekcji do zawodu w sektorze publicznym. Prowadzi to do ostatecznego i niezwykle groźnego pęknięcia: otrzymujemy system dwuklasowy, w którym darmowa szkoła publiczna staje się instytucją opiekuńczo-przechowawczą dla uboższych, a rzetelna edukacja – towarem luksusowym dostępnym wyłącznie na wolnym rynku.

Utrwalanie nierówności

Niewiele głosów w przestrzeni publicznej podnosi kwestię realnych społecznych  skutków polityki prowadzonej przez obecne kierownictwo MEN-u. Od dawna robią to związki zawodowe. Proszę o komentarz dr. Waldemara Jakubowskiego, przewodniczącego Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”:

– Jeżeli chcemy rzeczywiście wyrównywać szanse edukacyjne, musimy budować silną szkołę publiczną – dobrze finansowaną, wymagającą, opartą na wiedzy, szanującą nauczyciela i ucznia oraz zakorzenioną w polskiej tradycji i kulturze. Tylko taka szkoła może być rzeczywistym narzędziem awansu społecznego, a nie instytucją, która pod hasłem równości zaczyna utrwalać istniejące nierówności

– podkreśla dr Jakubowski.

 

Rachunek za pozory

Spojrzenie na dotychczasowy bilans rządów Barbary Nowackiej ujawnia głębokie pęknięcie między deklarowanymi intencjami a realnymi skutkami realizowanej polityki. Projekt, który w warstwie narracyjnej niesie obietnicę budowy szkoły nowoczesnej, inkluzywnej i wrażliwej społecznie, w praktyce okazuje się mechanizmem demontażu fundamentów egalitarnej edukacji publicznej. Likwidacja prac domowych, drastyczne uszczuplenie wymagań programowych czy wreszcie ignorowanie strukturalnego kryzysu kadrowego układają się w spójną całość.

Łącząc te kropki, otrzymujemy obraz systemu, który abdykuje ze swojej najważniejszej emancypacyjnej funkcji. Publiczna szkoła zamiast być wielkim demokratycznym niwelatorem barier społecznych i narzędziem awansu dla jednostek z uboższych środowisk, staje się instytucją sankcjonującą, utrwalającą, a nawet pogłębiającą zastane nierówności. Każda rezygnacja państwa z egzekwowania wysokich standardów kształcenia to ukłon w stronę uprzywilejowanych. Oni stratę rynkową zrekompensują kapitałem własnym – korepetycjami, prywatnymi lekcjami czy ucieczką do elitarnych szkół niepublicznych. Dla dzieci z rodzin o niskim kapitale ekonomicznym i kulturowym obniżenie poprzeczki w publicznej placówce może oznaczać trwałe uwięzienie w strukturze własnej klasy społecznej. Problem ten kompletnie nie interesuje współrządzącej Nowej Lewicy, której lidera bardziej zajmuje zwalczanie prezydenta niż jakakolwiek agenda prospołeczna. Problem ten nie interesuje również premiera Donalda Tuska.

W rządzie cierpiącym na programowy paraliż i dryfującym od kryzysu do kryzysu wyrazista tożsamościowo Barbara Nowacka odgrywa istotną rolę. Generując głośne, spolaryzowane spory wokół szkolnej katechezy czy odchudzonych lektur, skutecznie zasłania i wypełnia ideową pustkę gabinetu. Wciąga opozycję w wojnę kulturową na ringu, który premier zna najlepiej i na którym od lat buduje swoją polityczną pozycję. Nowacka jest dziś Tuskowi potrzebna nie jako rzetelny reformator, ale jako skuteczny piorunochron i sprawny polaryzator opinii publicznej. Za ten czysty pragmatyzm polityczny i medialne igrzyska przyjdzie nam jednak zapłacić dramatycznie wysoki rachunek.

To nie premier ani kierownictwo MEN-u poniosą koszty tej transformacji. Poniosą je uczniowie z mniejszych ośrodków i uboższych domów, którym państwo polskie właśnie znacząco utrudnia szansę na lepszą przyszłość, w zamian oferując jedynie pozornie przyjazną, mało wymagającą karykaturę systemu edukacji.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 28.08.2026 15:25
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 34/2026, oprac. Ludwik Pęzioł