Wspomnienie niebieskiego fartuszka. Historia mundurka szkolnego

- Szkolny mundurek często był symbolem przynależności klasowej, narodowej albo ideologicznej.
- Po transformacji ustrojowej społecznym pojawiła się nowa forma edukacyjnego elitaryzmu.
- Dziś o wprowadzeniu szkolnych mundurków nadal mogą decydować poszczególne społeczności szkolne.
Elitarni od małego
Toteż kwestia, „w czym do szkoły”, jest równie ważna jak, „do jakiej szkoły”. Publicznej, prywatnej, społecznej czy w ogóle żadnej, zamienionej na edukację domową pod kierunkiem mamy, taty lub dziadków. A może kogoś stać na zatrudnienie guwernantki indywidualnie uczącej dzieci nie tylko różnych przedmiotów czy języków obcych, ale również wpajającej im zasady bon tonu? Albo decyduje się na swobodny, samodzielny rozwój dziecka według zasad Marii Montessori, dla której szkolna ławka była synonimem zniewalania naszej wrodzonej kreatywności?
Współcześnie nie obowiązuje bowiem jedna forma edukacji. Wraz z bogaceniem się polskiego społeczeństwa wróciły niektóre niegdysiejsze metody edukowania, ze zrozumiałych względów zaniechane za czasów komuny. Co prawda, nawet w PRL-u funkcjonował nieformalny ranking szkół średnich – podstawówki były przypisywane ze względu na miejsce zamieszkania. Licea z tradycjami, uchodzące za bardziej konserwatywne, były oblegane w większym stopniu niż te „komusze”. Co ciekawe – do tej pory nie straciły renomy najbardziej prestiżowe warszawskie szkoły, jak choćby: im. Klementyny Hoffmanowej (najstarsza żeńska stołeczna szkoła średnia, obecnie koedukacyjna), im. Cecylii Plater-Zyberkówny, im. Narcyzy Żmichowskiej (istniejąca od 1919 r., u swych początków umożliwiająca uzyskanie matury dziewczętom z niezamożnych rodzin), im. Tadeusza Reytana (też z historią od 1919 r.), im. Stefana Batorego, im. Stanisława Staszica czy im. Tadeusza Czackiego. Te licea stanowią polski odpowiednik najbardziej prestiżowych zachodnich szkół (jak np. Eton College – symbol elitarnej brytyjskiej edukacji).
Do tych miejsc nie startują dzieciaki z uboższych rodzin. I nie chodzi tylko o wysokość czesnego (w szkołach społecznych), lecz także o familijne zaplecze. W III RP w otoczonych sławą liceach kształci się i kształtuje poprzełomowa „elita”, której poziom usadowienia na drabinie społecznej wyznacza jedynie status majątkowy. W takich szkołach zaczyna się wykluczanie tych „gorszych”, to tam formatują się antydemokratyczne (wbrew deklaracjom) postawy. W tych placówkach obowiązuje zarówno formalny, jak i nieformalny dress code, widome świadectwo zasobności rodzicielskiej kieszeni.
Wspomnienie niebieskiego fartuszka
Wśród moich (nie)obowiązkowych lektur lat szkolnych były rozliczne komemoracje przywołujące odległe czasy i formy edukacji, osobne dla chłopców i dziewcząt. „Klaudyna w szkole” Sidonie-Gabrielle Colette, „Wspomnienia niebieskiego mundurka” Wiktora Gomulickiego czy „Emancypantki” Bolesława Prusa wydawały się egzotyką z wielu względów. Już sam podział szkół na żeńskie i męskie trącił anachronizmem. A ten XIX-wieczny rygor ubraniowy!
Prawda, za PRL-u też nie chodziło się do szkoły odzianym jak w domu. Obligatoryjne były szkolne kapcie, noszone w workach (podręczna broń podczas uczniowskich przepychanek). Najtrudniejszy był wymóg białego kołnierzyka. Koszmar, co dzień pranie i prasowanie. Przypinało się go do granatowego fartuszka, który krojem przypominał strój magazyniera: worek rozpinany z przodu, z dużymi kieszeniami po bokach. Tkaniną, z której najczęściej go szyto, była tandetna połyskliwa podszewka, w okresie boomu na syntetyki zamieniona na stylon lub nylon, wyjątkowa zmora podczas gorących dni. Fartuch był strojem typu uniseks, jednakowy dla dziewcząt i chłopców, zamieniający wszystkich (wizualnie) w bezkształtne pałuby.
Gdyby zorganizować konkurs na najbardziej aseksualny ubiór, szkolne chałaty wygrałyby w cuglach. Te granatowe paskudztwa temu właśnie służyły – odbieraniu atrakcyjności młodej ludzkiej istocie. Uczniowie mieli koncentrować się na zdobywaniu wiedzy, nie na wyglądzie własnym i kolegów. Chodziło też o zatarcie różnic w statusie materialnym rodziców, co akurat w PRL-u nie grało większej roli – w tamtym ustroju (teoretycznie) zlikwidowano społeczne rozwarstwienie. Ważna też była tarcza z numerem szkoły przyszyta do rękawa okrycia – czasem jakiś nadgorliwy nauczyciel sprawdzał, czy mocno się trzyma. Gdyby jakiś szkolnik narozrabiał w miejscu publicznym, tarcza pozwalała od razu zidentyfikować placówkę, do której uczęszczał delikwent.
Egalitaryzm czy elitaryzm
Tradycja szkolnego umundurkowania sięga… czasu zaborów, kiedy strój uczniowski symbolizował przynależność narodową. Po odzyskaniu niepodległości, w II RP, szkoła elementarna (7 klas) była obowiązkowa, jednolita i bezpłatna. Od szkoły średniej zaczynały się społeczne schody. Edukacja ponadpodstawowa była płatna nawet w szkołach państwowych (ok. 22 zł miesięcznie), w ekskluzywnych prywatnych gimnazjach zaś czesne było dwukrotnie lub trzykrotnie wyższe. Cennik decydował o rekrutacji uczniów – niemal wszyscy wywodzili się z rodzin ziemiańskich, wyższych urzędników i zamożnej inteligencji.
Były jeszcze szkoły stricte katolickie prowadzone przez zakony urszulanek, niepokalanek czy jezuitów, często łączone z internatami, szczycące się wysokim standardem nauczania – również płatne. W większości placówek obowiązywały mundurki. Ujednolicony strój, który na terenie szkoły wydawał się egalitarny, poza nią świadczył o klasowej przynależności: mundurek (lub jego brak) niósł informację o szkole i pochodzeniu ucznia.
Ideologia od krawata
Po II wojnie szkolna moda dopasowana została do radzieckich standardów. Zdaniem Czesława Miłosza meblowanie głów komunistyczną ideologią zaczynało się od zewnętrznej urawniłowki, w tym tej szkolnej. Za stalinizmu białe bluzki lub koszule zwieńczały „przynależnościowe” czerwone krawaty bezwzględnie obowiązujące podczas szkolnych apeli, akademii czy państwowych uroczystości. Biała góra stroju w odświętnych sytuacjach trwa do dzisiaj, jednak codzienność już za Władysława Gomułki stała się bardziej przaśna. Ogólnonarodowe ubóstwo okryła wspomniana powyżej fartuchowa „schludność”.
Zmieniło się to za gierkowskiego „dobrobytu na kredyt”, kiedy w niektórych szkołach ton zaczęły nadawać tzw. bananowe dzieci – latorośle prominentnych polityków, wpływowych urzędników oraz artystów. Obok tradycyjnych „ciuchów” – targowisk ze szmuglowanym towarem – źródłem zaopatrywania się w markowe stroje (dżinsy, dżinsy!) stały się Peweksy. Po wprowadzeniu stanu wojennego w szkołach, tak jak wszędzie, zapanował ubraniowy luz wynikający z powszechnego niedoboru wszystkich towarów.
Nie tylko młodzi, całe społeczeństwo odziało się w ręcznie robione swetry z „recyklingowej” włóczki, łaszki ze zrzutów upiększane własnym sumptem, farbowane w pralce Frani sukienki oraz T-shirty z drukowanymi na domowych powielaczach printami, często o antykomunistycznej wymowie. Wielu licealistów angażowało się w podziemną robotę i nikogo nie obchodziło, w czym pojawiano się na lekcjach.
Poprzełomowy luz
Po ustrojowej transformacji, kiedy markowe ciuchy (albo ich podróbki) zaczęły być na krajowym rynku dostępne, w szkołach od podstawowych po średnie, publicznych i społecznych zaczęła się rewia mody. I zapanował modowy terror. Ci, co nosili droższe metki, wyznaczali trendy, patrząc z pogardą na kolegów ubranych w tańsze łaszki. Za taką swobodą ubraniowo-stylistyczną opowiedzieli się psychologowie argumentujący, że umundurowanie młodzieży staje w poprzek ich indywidualizmowi i próbom wyrażenia swej osobowości.
Ale znów odezwały się głosy za mundurkami. Nawet młodzież przyznawała, że ułatwiają one poranne przygotowanie się do szkoły. Można także wymienić się z kolegami jakimś elementem stroju, jeśli się go zapomniało, a w razie potrzeby łatwiej „zniknąć” w tłumie. Dyskutowano także problem fryzur i makijażu. Pewien nauczyciel stwierdził, że oszczędny make-up u dziewczyn pomaga im nie rozpraszać się na lekcjach poprawianiem urody.
Ten luz trwał aż do… 2007 r., kiedy ówczesny minister edukacji narodowej w osobie Romana Giertycha ponownie wprowadził obowiązek umundurowania wszystkich dzieci z podstawówek i gimnazjów. „Reforma” Giertycha przetrwała rok – w 2008 r. po raz kolejny znowelizowano system oświaty i decyzję co do odzieży szkolnej pozostawiono w gestii dyrekcji placówek oraz rodziców uczniów.
Prawo do samowyrażania
Nie odgórne nakazy, lecz nasze bogacące się w przyspieszonym tempie społeczeństwo zapragnęło zamanifestować stan portfela (również) poprzez wybór formy edukacji potomstwa. Nowa klasa średnia czy raczej grupa do takowej aspirująca chciała „dać dzieciom to, co najlepsze”, czego im samym było za młodu brak. A więc – wykształcenia na jak najlepszym poziomie, znajomości języków obcych, rozmaitych sportowych sprawności. Po raz kolejny ubraniowy egalitaryzm odszedł w szkołach w niepamięć. Wraz z powstaniem „ekskluzywnych” szkół społecznych i niepublicznych z wysokim czesnym wróciły lokalne mundurki.
I oto w styczniu br. do Ministerstwa Edukacji Narodowej wpłynęła petycja w związku z ewentualnością ponownego zadekretowania szkolnych mundurków. Autor apelu wytoczył przeciwko uniformizacji konstytucyjne armaty: że ujednolicony strój naruszałby godność człowieka i jego wolność osobistą, naruszałby prawo do decydowania o swym życiu oraz prawo do samowyrażania. A przecież szkoła powinna być miejscem wolności, szacunku i rozwoju, a nie ujednolicania i przymusu.
Petytor spotkał się z szybką reakcją MEN – nic z tych rzeczy, nie ma takich planów, natomiast Ministerstwo zamierza uregulować następujące kwestie: strój nie może odbiegać od ogólnie przyjętych norm społecznych, zagrażać bezpieczeństwu ani nawoływać do nienawiści czy dyskryminacji. Natomiast obowiązek noszenia mundurka jest każdorazowo decyzją społeczności szkolnej. Czyli wszystko zostaje po staremu.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Nowacka o rodzicach: „Są zmorą szkoły”. Chodzi o „edukację zdrowotną”

Rekordowe granty na rozwój kształcenia zawodowego w Polsce. Miliony na rozwój cyfrowy

Edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa z wyjątkiem treści dotyczących seksualności

Komunikat dla mieszkańców woj. podkarpackiego
Cała nauka idzie w piach. Niespełnione obietnice lewicy








