Szukaj
Konto

Szkolnictwo zawodowe w kryzysie. Eksperci ostrzegają przed brakami fachowców

Szkolnictwo zawodowe w kryzysie. Eksperci ostrzegają przed brakami fachowców
Źródło: pexels.com | Autor: Mikhail Nilov | Licencja: Pexels License | Chłopiec i dziewczyna naprawiają sprzęt
W cieniu sporów politycznych i wojenek medialnych po cichu dojrzewa poważne zagrożenie dla funkcjonowania polskiej gospodarki. Szkolnictwo zawodowe przeżywa największy od lat kryzys. Jak tak dalej pójdzie, to możemy zostać bez fachowców.
Co musisz wiedzieć:
  • Szkolnictwo zawodowe w Polsce przeżywa poważny kryzys, który może w najbliższych latach doprowadzić do niedoboru wykwalifikowanych fachowców.
  • Główne przyczyny zapaści to wysokie koszty kształcenia zawodowego, problemy systemowe w edukacji oraz brak stabilnego i skutecznego dopasowania szkół do dynamicznych zmian technologicznych i rynku pracy.
  • Dodatkowo kryzys pogłębiają czynniki społeczne i kulturowe, w tym spadek motywacji uczniów.

Po wejściu Polski do UE polscy fachowcy stali się najbardziej rozpoznawalną marką naszego kraju w państwach tzw. Starej Unii do tego stopnia, że brytyjscy lekarze, francuscy i holenderscy rzemieślnicy, personel medyczny w Europie głośno protestowali przeciw taniej konkurencji znad Wisły. Polscy pracownicy byli nie tylko tańsi, byli też bardzo dobrymi fachowcami z wysoką kulturą pracy i wydajnością, o której w Europie już dawno zapomniano.

 

Polish service

Doszło nawet do tego, że Polska Organizacja Turystyczna stworzyła postać modela – polskiego hydraulika – promującego Polskę w Europie. Na plakacie przystojny mężczyzna z kluczem francuskim w dłoni mówi: „Je reste en Pologne, venez nombreux”, czyli „Zostaję w Polsce, przyjeżdżajcie licznie”. Hasło stało się hitem i zrobiło furorę nie tylko nad Sekwaną, lecz także w całej Europie. Później powstawały wariacje na temat rodzimych fachowców i złotych rączek – m.in. polskich pielęgniarek czy polskich elektryków.

Zjawiska te pokazały jednak bardzo ważną prawdę, o której jako społeczeństwo cierpiące na braki poczucia wartości w wielu dziedzinach życia nie zdajemy sobie sprawy do dzisiaj. Otóż szkolnictwo zawodowe w Polsce się udało i nawet w czasach siermiężnego PRL było na wysokim poziomie na tle całej Europy. Lekceważone zawodówki wypuszczały fachowców, których kraje Europy Zachodniej brały w ciemno.

W czasach PRL były legendy, jak w liceach medycznych krążyła giełda adresów do skandynawskich placówek ochrony zdrowia, do których część absolwentek była przyjmowana od razu. Na Górnym Śląsku wielu uczniów szkół zawodowych jeszcze przed ukończeniem nauki wiedziało, że swój zawód realizować będzie w Niemczech, w których była już ich rodzina, a państwo niemieckie z pełnym zaufaniem wpuści na swój rynek pracownika z polskimi „papierami”.

– W czasie PRL istniała taka instytucja jak „Polservice”, która wysyłała polskich pracowników za granicę do pracy. Warunek był jeden – brali tylko fachowców. I myśmy wysokiej klasy fachowców kształcili. Gwarancję jakości dawał egzamin i dokument czeladnika. Przez lata w ramach wymiany szkolnej kraje europejskie bardzo chętnie przysyłały do nas swoich uczniów na praktyki nauki zawodu. Mocno korzystali z tego Niemcy, którzy bardzo cenili nasz system szkolnictwa zawodowego. Z kolei wszyscy absolwenci kierunków budowlanych w Polsce – od murarza, przez cieślę, po operatora ciężkich maszyn budowlanych – byli poszukiwani przez pracodawców z Europy Zachodniej

– mówi Janusz Kowalski, wiceprezes Związku Rzemiosła Polskiego.

 

Groźba zapaści

Gwałtowne uprzemysłowienie Polski po zakończeniu II wojny światowej wraz z etosem szczególnej roli klasy robotniczej w wykuwaniu nowej socrealistycznej rzeczywistości sprawiły, że szkolnictwo zawodowe było w okresie PRL bardzo ważnym odcinkiem gospodarki narodowej. Uczniowie ze swej strony też dokładali starań, by zdobyć zawód pomni na biedę, przed którą uciekali z przeludnionych wsi. W zdobyciu fachu widzieli szansę na lepsze życie z wygodami w mieście i co ważniejsze – bez widma głodnych dni na przednówku. Warunkiem było zdobycie zawodu, który dawał szanse na pracę w jednej z wielkich budów socjalizmu.

Po upadku PRL i przejściu z masowego zatrudnienia w wielkich zakładach produkcyjnych na usługi i gospodarkę opartą na wiedzy szkolnictwo zawodowe przeszło w Polsce długą epopeję, by znaleźć się dzisiaj w miejscu, które wzbudza niepokój każdego, kto ma choć trochę wyobraźni na temat ważności szkolnictwa zawodowego dla prawidłowego funkcjonowania gospodarki narodowej. W Polsce jest obecnie 1697 branżowych szkół I stopnia. Uczęszcza do nich ponad 212 tysięcy uczniów. Szkół branżowych II stopnia funkcjonuje około 220–520. Znawcy tematu, tzn. nauczyciele, rzemieślnicy i szefowie firm szukający fachowców, mówią wprost: szkolnictwu zawodowemu grozi w najbliższych kilku latach zapaść, jeśli nie dojdzie do głębokich zmian.

 

Nie tylko pieniądze

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że problemy leżą głównie w źle zarządzanym systemie oświaty. Spośród wielu przyczyn wieloletnich zaniedbań, złej woli, grzechów zaniechania i niezrozumienia, czym jest szkolnictwo zawodowe, można wyróżnić trzy główne trendy obecnego kryzysu. Trzeba od razu zaznaczyć, że opisane zjawiska nie wyczerpują wszystkich słabości ciągnących edukację zawodową w dół.

Pierwsze i najbardziej oczywiste to pieniądze. Szkolnictwo zawodowe generuje o wiele większe koszty niż to ogólne. Klasa ogólna przewidziana nawet na 30 uczniów jest o wiele tańsza od klasy branżowej, w której uczniów może być np. dziesięciu i którym trzeba zapewnić odpowiednie pomoce, wyposażyć ich w nowoczesny sprzęt, zadbać o odpowiednie praktyki w szkole i poza nią i w końcu najpierw znaleźć, a potem opłacić nauczycieli zawodu. Muszą być to przecież ludzie, którzy się do tego naprawdę nadają. To wszystko spada na barki i tak coraz bardziej zadłużonych samorządów.

Kształcenie techniczne staje się coraz większym wyzwaniem w obliczu dokonujących się skokowo zmian technologicznych. Kto da gwarancję absolwentowi technikum samochodowego, że jego umiejętności nadal będą na wysokim poziomie w dobie samochodów elektrycznych i wchodzącej wszędzie sztucznej inteligencji?

 

Ryzyka i absurdy

Przewidywanie potrzeb lokalnego rynku pracy i tworzenie pod niego profilów szkół dobrze wygląda w teorii, w praktyce obarczone jest ryzykiem. Już dzisiaj bardzo wielu młodych ludzi ucieka np. z Bełchatowa i okolic, wiedząc, że Zielony Ład może sprowadzić powszechną biedę poprzez zamykanie przedsiębiorstw energochłonnych. Tworzenie profilów szkół zawodowych pod lokalnego, dużego pracodawcę, mającego w przewadze kapitał zagraniczny, jest ryzykowne, ponieważ z centrali firmy zawsze może przyjść decyzja o znacznej redukcji zatrudnienia. Związkowcy z Solidarności znają takie sytuacje bardzo dobrze.

Takie dylematy kołatają się w głowach samorządowców. Dlatego wiele samorządów po okresie transformacji, gdy wiele przyzakładowych szkół zawodowych zniknęło wraz z zakładem pracy, wolało iść w kierunku szkolnictwa ogólnego. Mniejsze koszty, mniejsze ryzyko oskarżeń o marnotrawstwo środków i nietrafione pomysły z nowymi kierunkami.

Nie mniej ważna kwestia to środki finansowe dla nauczycieli zawodu. Dobry fachowiec, a szkoła tylko takim może powierzyć los swoich uczniów, zarabia na rynku dobre pieniądze, a szkoły nie zawsze są w stanie zrekompensować im czas przeznaczony na pracę z uczniami. Przez lata panował tu nawet pewien absurd skutecznie odganiający mistrzów zawodu od chęci przekazywania swoich umiejętności młodym.

– Myśmy dopiero niedawno wywalczyli przepis, w którym nauczyciel zawodu dostanie po trzech latach 10 tys. zł niezależnie od tego, czy uczeń zda egzamin, czy nie. Wcześniej było tak, że gdy po trzech latach uczeń nie zdał egzaminu czeladniczego, to nauczyciel nie dostawał rekompensaty. Żeby było śmieszniej, nauczyciel zawodu nie dostawał pieniędzy, gdy uczniowie zdali bardzo dobrze egzamin zawodowy np. na złotnika lub blacharza samochodowego, a nie zdali np. języka polskiego

– tłumaczy Janusz Kowalski. Zdarza się, że przedmiotów zawodowych uczą nauczyciele przedmiotów ogólnych, ponieważ nie ma fachowców chcących pracować w szkole.

 

Droga przez mękę

Drugi problem ciągnący szkolnictwo zawodowe w dół dotyczy bezpośrednio systemu oświaty i Ministerstwa Edukacji Narodowej. Opinia Krajowego Sekretariatu Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność” w sprawie projektu rozporządzenia ministra edukacji z 30 stycznia 2026 r. zmieniającego rozporządzenie w sprawie ogólnych celów i zadań kształcenia w zawodach szkolnictwa branżowego oraz klasyfikacji zawodów szkolnictwa branżowego jak w pigułce pokazuje, jakie wyzwania wiążą się z edukacją branżową.

„Wprowadzenie nowych zawodów, zwłaszcza o profilu wysokotechnologicznym, będzie wiązało się z koniecznością znaczących inwestycji infrastrukturalnych. Modernizacja pracowni, zakup specjalistycznego sprzętu i oprogramowania, dostosowanie zaplecza technicznego do nowych standardów bezpieczeństwa i wymagań programowych generują koszty, które w ocenie KSNiO powinny być rzetelnie oszacowane w ocenie skutków regulacji. Realny ciężar finansowy reformy zostanie przeniesiony na jednostki samorządu terytorialnego jako organy prowadzące szkoły. W praktyce to samorządy będą zobowiązane do finansowania: modernizacji i doposażenia infrastruktury dydaktycznej, szkoleń i przekwalifikowania nauczycieli, adaptacji programów nauczania, funkcjonowania szkół w okresie przejściowym, ewentualnych kosztów reorganizacji zatrudnienia”

– czytamy w opinii.

Kolejne raporty NIK opisujące szkolnictwo zawodowe wskazywały na ten problem. Wielu absolwentów szkół zawodowych miało kłopoty ze znalezieniem pracy z powodu złego sprofilowania nauczania z potrzebami lokalnego rynku pracy.

Kolejno opisano wszystkie wyzwania, przed jakimi stoi zmiana profilów nauczanych zawodów.

„W warunkach ograniczonych budżetów JST brak dedykowanych instrumentów wsparcia może prowadzić do nierówności terytorialnych. Jednostki o większym potencjale finansowym będą w stanie szybciej i sprawniej wdrożyć nowe kierunki, podczas gdy mniejsze samorządy napotkają istotne bariery finansowe. Wskutek czego nastąpi zróżnicowanie jakości i dostępności nowoczesnego kształcenia zawodowego w skali całego kraju. Ze względu na kilkuletni okres równoległego funkcjonowania kształcenia w zawodach wygaszanych i nowo wprowadzonych istnieje realne zagrożenie: mniej efektywnego wykorzystania bazy dydaktycznej, wzrostu kosztów stałych, zwiększonego kosztu jednostkowego kształcenia ucznia w przypadku spadku naboru, konieczności utrzymywania specjalistycznych pracowni dla malejącej liczby uczniów”.

Takich opinii oświatowa Solidarność wystawiła mnóstwo. Wprowadzenie nowego przedmiotu to długotrwała operacja z konsultacjami, ekspertyzami, opiniami, wdrożeniami itp. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy chodzi o przedmioty zawodowe.

 

Stojak pod choinkę

Trzeci trend powodujący, że szkolnictwo zawodowe woła o ratunek, to dokonująca się rewolucja kulturowa, która nie omija polskiej młodzieży.

– Nawet gdybyśmy cofnęli reformę Jarosława Gowina, znaleźli nagle dużo środków finansowych dla nauczycieli zawodowych i przeprowadzili reformę systemu edukacji zawodowej we współpracy z szeroko rozumianym biznesem, to na końcu i tak zostają zagubione dzieci z pokolenia „płatków śniegu”, wrażliwe, często nie mające celu. Dzisiaj poziom absolwentów szkół zawodowych pierwszego stopnia jest dużo słabszy niż kilkanaście lat temu. Wiedza techniczna jest bardzo słaba. Poziom nauczania jest coraz niższy, a egzaminy są coraz prostsze. Właściwie robi się wszystko, by ci uczniowie egzamin zdali. Wiedzą już miesiąc wcześniej, jak będzie wyglądał egzamin, a i tak się zdarza, że po prostu do niego nie przystępują lub go nie zdają, bo nie chcieli się nauczyć. Dzisiaj sporej grupie z tych uczniów nie zależy w ogóle na zdobyciu uprawniań zawodowych

– mówi wieloletni nauczyciel i egzaminator zawodowy oraz członek oświatowej Solidarności Artur Tomala.

Dodaje, że coraz częściej spotyka się z sytuacją, gdy to przedsiębiorcy nie chcą brać do siebie uczniów na praktyki, ponieważ ci albo nie przychodzą i przynoszą zwolnienia lekarskie, albo nie chcą się uczyć.

– Oczywiście zdarzają się wyjątki uczniów pasjonujących się zawodem, ale takich nie jest za dużo. Tymczasem rozmawiałem kiedyś ze znajomą z Hiszpanii, której syn dostał się do liceum. Na moje stwierdzenie, że chyba się cieszy, odpowiedziała, że nie, bo nie dostał się do zawodówki

– dodaje.

Kiedy w czasach PRL Polacy wracali z saksów w Europie, dziwili się, że tam się tak dobrze żyje, a oni nic nie potrafią sami zrobić. Śmiali się, że Niemcy czy Francuzi do montażu stojaka pod choinkę potrzebowali instrukcji obsługi. Dotarło to niestety do Polski. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że owa anegdotyczna instrukcja mogłaby być niezrozumiana przez wielu młodych ludzi w Polsce.

Mimo ogromnego zapotrzebowania na fachowców i czekających na nich dobrych zarobków jest problem z kształceniem. Kolejne rządy traktują ten problem trochę jak gorący kartofel, licząc, że za ich kadencji nie dojdzie jeszcze do zupełnej klapy. Czas działa jednak na niekorzyść polskiej gospodarki.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 27.05.2026 13:18
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 21/2026, oprac. Ludwik Pęzioł