W stronę nagości. Kiedy straciliśmy wstyd?

- Latem coraz częściej znikają granice między strojem plażowym a miejskim.
- Normy dotyczące nagości zmieniały się przez wieki.
- To, co dziś uznajemy za normalny letni strój, jeszcze niedawno uchodziło za odważną lub wręcz gorszącą modę
Zanik wstydu
Nie tylko młodzi odpuszczają sobie stroje miejskie, także seniorzy uważają, że looseness is cool w ekstraordynaryjnych temperaturach. I oto bez względu na wiek, tuszę i urodę wielkomiejska ludzkość wywala się na ulice w przyodziewku, który jeszcze ćwierć wieku temu uchodził tylko na Bahama Beach, ewentualnie w kalifornijskich klubach za okazaniem złotej karty. Jak to się stało, że straciliśmy poczucie wstydu za nasze obnażone ciała, w nieco bardziej zaawansowanym wieku rażąco nieestetyczne? Dlaczego co roku na śródmiejskich traktach dużych miast przybywa staruszków obnoszących się z gołymi, obwisłymi torsami i krzywymi, kudłatymi kończynami dolnymi wystającymi z za obszernych szortów? Z drugiej strony – młodzi też jakby stronili od lustrzanej samooceny: coraz więcej tłustych panienek uważa za dopuszczalne publiczne demonstrowanie fałd sadła wyciskanych z mini szortów i staniczko-gorsecików. Kto wmówił tym osobnikom, że „inkluzywność” polega na uzewnętrznianiu swych cielesnych mankamentów wszem wobec? Tak, wiem, że współczesne psychoterapeutyczne trendy starają się wyeliminować poczucie wstydu na każdym polu: bądź dumny ze swych ułomności fizycznych, bo… będzie ci z tym lepiej. Nieprawda. Skrępowanie nagością – nawet w przypadku osób superatrakcyjnych – to również naturalne, normalne emocje.
Rodowód golizny
Zacznę od Adama i Ewy: biegali po raju nadzy i radośnie nieświadomi braku przyodziewku. Tak obwieszcza nam Księga Rodzaju (II,25). A gdy za nieposłuszeństwo Pan Bóg pokarał ich wstydem, usiłowali pozasłaniać sobie to i owo przy pomocy liści figowych. Kto ma choćby najmniejszą wiedzę drzewoznawczą (w razie braku tejże polecam spacery dendrologiczne pod auspicjami Marty Cienkowskiej, obecnej ministry kultury), ten wie, że figowce mają liście pięciodzielne, rozczapierzone jak palce dłoni. Istotne podobieństwo – właśnie otwartą dłonią automatycznie, instynktownie przysłaniamy sobie miejsca intymne, gdy ktoś przyłapie nas w dezabilu. To nasi biblijni rodzice zapoczątkowali figową modę, o której pamięć przetrwała do dziś w postaci maksymalnie zminimalizowanych damskich majteczek zwanych figami.
Wracając do przeszłości, nawet najbardziej (w naszych wyobrażeniach) purytańskie wieki średnie dopuszczały sytuacje, gdy kobiety i mężczyźni paradowali nago – dość blisko siebie. Kiedy? W przybytkach zwanych łaźniami. Budowano je często obok piekarni, żeby wykorzystać ciepło z pieców do podgrzewania wody. W gotyku takie kąpiołki były popularnymi i – o dziwo! – demokratycznymi miejscami kultywowania higieny, a zarazem terenami spotkań towarzyskich i rozrywki. Największe ośrodki kulturalne, jak Kraków, Londyn, Florencja czy Paryż (gdzie właściciele łaźni założyli własny cech), szczyciły się dziesiątkami łaźni, w których różne warstwy społeczne spotykały się, rozmawiały, a następnie korzystały z takich przyjemności, na jakie było je stać. Niektórzy pili wino i posilali się wykwintnym jedzeniem plus luksusami, jak kąpiele w gorącej wodzie i parze, następnie polegiwali na łożach służących relaksowi po ablucjach. I znów coś zaskakującego: w Niemczech funkcjonował tzw. dodatek łaziebny, który stanowił stałą część wynagrodzenia – jak współcześnie bon od firmy na siłownię. A biednych w ogóle zwalniano z opłat za wstęp do łaźni.
Na pohybel czyścioszkom
Władze kościelne często potępiały koedukacyjne myjnie jako siedliska grzechu i nierządu, bo wypada wspomnieć o jeszcze jednej funkcji łaźni miejskich: służyły jako domy schadzek. Zamożne panny, a nawet mężatki chadzały kąpać się trzy, cztery razy dziennie,
„spędzając większą część dnia na śpiewach, piciu i tańcach”
– jak w 1414 roku relacjonował florentyński pisarz i podróżnik, niejaki Gianfrancesco Poggio, zgorszony swobodą łaziebnych obyczajów w Niemczech i Szwajcarii. Tamże
„kobiety wchodzą i wychodzą z wody nagie, jak je Pan Bóg stworzył, i widoczne dla wszystkich”.
Ten swobodny styl życia odszedł w niebyt w efekcie rozprzestrzeniania się różnych chorób, od wenerycznych po dżumę. Nawet bez dowodów empiryczno-naukowych skumano, że przebywanie w bani, w wieloosobowych bliskich kontaktach fizycznych powiększa ryzyko zarażenia się różnym paskudztwem. Od renesansu kąpiele stały się doznaniem dostępnym wyselekcjonowanej społecznej grupie, a w wannach, będących intymnym luksusem dostępnym tylko najbogatszym, siedziały co najwyżej dwie osoby. Dla przykładu – jeden z najsłynniejszych obrazów świata, pochodzący ze szkoły Fontainebleau, z końca XVI stulecia: manierystyczny wizerunek Gabrielle d’Estrées, kochanki króla francuskiego Henryka IV, oraz jej siostry, siedzących w wannie „wymoszczonej” prześcieradłem (marmur był za zimny). Obie damy są w dezabilu, choć ukazane tylko do pasa. Wzrok przyciągają ich jędrne, regularne jak stożki piersi, do tego misterne fryzury i upiększający makijaż (wybielona cera, to i owo podkreślone barwiczką). Taki wanienno-królewski szpan.
Powrót do raju
Myślicie – powrót do Edenu jest współcześnie niemożliwy? Tymczasem pod koniec lat 60. XX stulecia byli tacy, którzy zadeklarowali paradyz na ziemi. Bez przełamywania siódmej pieczęci, bez grzmienia siedmiu trąb ani Sądu Ostatecznego. A nawet – odrzucając wiarę w Boga. Hippisi, najbardziej „wyzwoleni” ludzie na Zachodnim Wybrzeżu USA, ogłosili nienoszenie ubrań za najbardziej awangardową modę. Jasne, sprzyjał im klimat, ale nade wszystko – przyświecała antyestablishmentowa ideologia. Odrzucenie ciuchów równało się protestowi przeciwko dotychczas obowiązującym, konserwatywnym normom społecznym. Negowano coś, co powszechnie uważano za „przyzwoitość”.
To nie wszystko – lansowana przez hippisów nagość pokazywała „f*cka” reklamie i popkulturze, w latach 60. nabijających kasę dzięki coraz to szybszym zmianom modowych stylów i napędzaniu sprzedaży w branżach związanych z wyglądem. I jak to wśród młodych – byli wśród nich tacy, którym nudyzm w miejscach publicznych dawał frajdę na zasadzie szokowania. Ale niektórzy uważali brak stroju za stan o głębokim duchowym znaczeniu. Tym chodziło o to, by
„genitalia straciły specjalne znaczenie, ponieważ gdy ludzie przestaną je ukrywać, przestaną uważać je za brudne i grzeszne”.
Jednak obnażone ciała trzeba było czymś „zagospodarować”, jako że stały się czymś w rodzaju „pustych płócien”. To wtedy zaczął się trend malowania na skórze różnych haseł, często pacyfistycznych (przeciwko zbrojeniom atomowych, wojnie w Wietnamie, apartheidem w RPA) lub słodkich obrazków z kategorii „peace & love”, z wykorzystaniem psychodelicznych wzorów i kwiatów. Z biegiem lat efemeryczne malunki przekształciły się w trwałe tatuaże. Dziś z trudem można spotkać osobę bez bodaj najmniejszego tatuażu na obojętnej części ciała – ale to zupełnie inna historia.
Narkonagość
Wracając do naked-trendu: kilka ważnych popkulturowych wydarzeń utrwaliło ten kierunek. Objawieniem był „Hair”, musical z 1967 roku, rok później przeniesiony z ogromnym sukcesem na Broadway, gdzie po raz pierwszy pojawiła się na scenie (i wśród publiczności) całkowita nagość, bez tradycyjnych baletowych trykotów. I poszło! W 1969 roku ukazał się na ekranach kultowy film w reżyserii Dennisa Hoppera „Easy Rider” (w Polsce czekano na ten legendarny obraz aż do roku 1982) o dwóch motocyklistach przemierzających Stany na motorach marki Harley-Davidson, którzy (przemycając supertowar, czyli kokainę z Meksyku do LA) trafiają do komuny hippisów – a tam żadne stroje nie obowiązują.
W tym samym 1969 roku, w sierpniu, odbył się słynny festiwal Woodstock, „trzy dni pokoju i muzyki”. Na błotniste pole w Bethel w stanie Nowy Jork (w tym czasie spadały intensywne, niemal tropikalne deszcze) z całej Ameryki ściągnął niemal milion fanów rocka, powodując zatrzymanie ruchu ulicznego. Ech, łza się w oku kręci na wspomnienie cen biletów: 18 dolarów w przedsprzedaży i 24 USD w dniu koncertów… To jednak i tak dla niektórych było „za wiele”. W dniu zero tłum sforsował ogrodzenia, wobec czego organizatorzy ogłosili, że wejście na koncerty jest gratis, co zaowocowało szturmem kolejnej fali zainteresowanych. Podczas tego wydarzenia dzielono się dragami jak kanapkami, a nagość uchodziła za coś naturalnego. Co zabawne – Woodstock zainspirował modę na „błotniste” festiwale w Wielkiej Brytanii z pierwszej dekady lat dwutysięcznych. Najważniejszym elementem obowiązującego na nich stroju były miniszorty (najlepiej z obciętych jeansów) oraz… kalosze firmy Hunter, nawet jeśli akurat dopisywała pogoda. Poza tymi detalami „koncertowy” strój to jak najwięcej odsłoniętego ciała, jakie by ono nie było.
Gorszące pływanie
Teraz o innej modzie, z którą wiąże się obnażanie cielesne – na kąpiele u wód. Ten trend zaczął się pod koniec XVII stulecia, kiedy uwierzono, że woda morska posiada niezwykłe własności lecznicze, pozwalające pozbyć się takich dolegliwości jak gruźlica, impotencja, problemy menstruacyjne czy melancholia. Jednak szczyt tej mody przypadł na wiek XIX. Jednocześnie, było to apogeum purytanizmu. Symbolem surowej moralności stała się brytyjska monarchini Wiktoria. Wtedy to damskie ciała, choć w sytuacjach rekreacyjnych, pozostawały całkowicie okryte: na głowach – kapelusze, dalej suknia kąpielowa z długimi rękawami, pod nią pończochy zakrywające nogi, na stopach trzewiki. Co więcej, materie, z jakich wykonywano te kostiumy, należały do ciężkich i nieprzezroczystych, jak flanela, len czy wełna. Jakby nie było dość, niektóre kobiety wszywały w rąbki sukien kąpielowych ołowiane ciężarki, żeby tylko jakaś frywolna fala nie uniosła stroju do nieprzyzwoitej wysokości, gorsząc świadków, zwłaszcza płci męskiej. I jak w tym pływać?
Mimo to popularność sportów wodnych rosła. Pływanie włączono do igrzysk olimpijskich w 1896 roku, ale kobiety dopuszczono do rywalizacji dopiero w 1912. Wtedy to panie podczas zawodów pływackich wystąpiły w obcisłych kostiumach, co zapoczątkowało lawinę zmian w pozasportowej modzie plażowej. Po I wojnie światowej, kiedy wszystkie stare zasady legły w gruzach, zapomniano także o niewieścim wstydzie. Panie zaczęły pokazywać się w jednoczęściowym, jakby męskim trykotowym kostiumie (chłopczyce!), obnażając nogi i ramiona. Około roku 1935 na modową arenę (głównie za sprawą gwiazd ekranu) wkroczył kostium dwuczęściowy, złożony z majtek z wysokim stanem i stanika przypominającego dzisiejszy top. I właśnie takie plażowe odzienie – awangarda i świadectwo odwagi 90 lat temu – obecnie uznano za przyodziewek akceptowalny w centrum miast, gdy sezon sprzyja.
Atomowe bikini
Kilka miesięcy po wybuchu bomby nuklearnej w Hiroszimie i Nagasaki w modzie też doszło do eksplozji, niwelującej dawne kanony estetyczno-aksjologiczne. W 1946 roku francuski projektant Jacques Heim zaproponował dwuczęściowy damski kostium kąpielowy, który wciąż zakrywał pępek, ale poza tym – niewiele. Designer nazwał go Atome i sama nazwa najlepiej świadczy o skali jego nowatorstwa. Nic to jednak wobec niewiele późniejszego (choć z tego samego 1946 roku) projektu inżyniera Louisa Réarda, który strój plażowy dla pań sprowadził do czterech trójkątów materiału połączonych sznurkiem. Autor nazwał go „bikini”, nawiązując do atolu Bikini na Oceanie Spokojnym, gdzie owego roku przeprowadzano próby z bronią jądrową i detonację bomby wodorowej.
Projekt Réarda budził wówczas zgorszenie i wywoływał wielki opór wśród płci pięknej. Nawet nie chciano go reklamować, a mało która pani odważała się nosić bikini publicznie. Dopiero występ Brigitte Bardot w filmie „I Bóg stworzył kobietę” (1957), w którym francuska piękność pojawia się w bikini, zapoczątkowało szaleństwo tej plażowej mody. W 1964 roku bikini jeszcze bardziej zminimalizowano do… jednego kawałka, w wersji zwanej monokini (bikini topless), co potępił Watykan.
Ale moda i obyczaj na każde ekstremum odpowiada negacją. I tak reakcją na niemal maksymalny negliż stały się kostiumy jednoczęściowe, zabudowane, z elastycznej tkaniny, lecz z fiszbinami unoszącymi biust, wspaniale modelujące sylwetkę. Są nadal w obiegu. Przypominają nieco dawne gorsety i trochę też taką funkcję pełnią: wyszczuplają, zakrywają lub obnażają to, co trzeba. Taka plażowa arystokratyczna elegancja. Jednak przeniesiona w wielkomiejski kontekst gubi swoje herby, nawet w najgorętsze dni. A w wielu przypadkach – zatraca również swe sexy atuty.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Jesienne stylizacje z klasą: jak modelujące majtki mogą podkreślić Twoją sylwetkę pod warstwami ubrań

Niespodziewane doniesienia. Chodzi o popularny program TVN
Nie żyje legendarny projektant mody
Kilka słów o tym, jak to modą można się bawić

Modna wiosna w trendach streetwearowych









