Dziwne mody: szpanerskie usta i mordki

- Tekst pokazuje, jak moda na wygląd ust i kobiecego wizerunku zmieniała się pod wpływem popkultury, ideologii, feminizmu oraz przemysłu kosmetycznego i filmowego.
- Autorka opisuje ewolucję kobiecych kanonów piękna: od skromnych „dziubków” dawnych dam po współczesne operacje estetyczne i modę na powiększane usta.
- Artykuł równolegle analizuje zmieniające się mody na rasy psów, pokazując, że zarówno ludzkie ciało, jak i zwierzęta domowe stają się elementem społecznego prestiżu, stylu życia i kulturowych mód.
Słodkie jak cukierek
Bzy już zakwitły, jak zawsze w maju. Kiedyś z ich powodu się działo.
„W parku pod platanem/ siądzie pani z panem/ da mu słodkie usta rozkochane”.
Jakie usta? Popatrzmy na nie, a wygadają wiele, nawet gdy milczą. Przez całe stulecia panny miały być skromne, damy pełne gracji, matrony dostojne. Te dworsko-salonowe pysiaczki jak malinki, rzekomy dar natury i cud młodości, w dawnych epokach bywały podbarwiane rozmaitymi pomadami w tonacji różu. Dla warstw uboższych na topie był sok z buraka. W epoce wiktoriańskiej korekty urody musiały być równie dyskretne jak obecność kobiet w społeczeństwie. Wargi jak u żabci? Wykluczone, podobnie jak głośny śmiecho-rechot. Toteż jeśli jakiejś dzieweczce dobry Bóg podarował plebejską paszczę od ucha do ucha, posiadaczka takowej ściągała ją „w ciup”. Te elegancko ściągnięte dziubki miały przesłanie: nadawały damom i dziewczętom wygląd istot potulnych, niepretendujących do wysuwania się na czoło stada. Znacie dowcip o żabie, która chciała się lansować na damę? Zalecono jej powtarzanie słowa „konfitura”. A jej się pomyliło i zamiast tego mówiła „marmelada”.
Usta wyzwolone
Gigantyczną zmianę przyniosła I wojna i jej społeczne konsekwencje. W latach 20. kobiety zaczęły mieć wiele do powiedzenia, co nie tylko zmieniło ich sposób bycia i życia, także przełożyło się na makijaż. Przemysł kosmetyczny ruszył z kopyta i firmy prześcigały się w coraz to doskonalszych produktach do makijażu. Znamy je do dziś: Max Factor, Helena Rubinstein, Elizabeth Arden. Ton nadawały gwiazdy kina, a ich ulubionym wizażystą stał się Max Factor. To on wprowadził przyrząd zwany „beauty micrometer”, z wyglądu przypominający maskę bejsbolisty, pomocny przy „odkryciu” niewidocznych na oko niedoskonałości twarzy i skorygowaniu ich makijażem. Trochę trąciło eugeniką, ale znakomicie sprawdzało się na ekranie. Gorzej, że ówczesne fanki dziesiątej muzy zaadaptowały ten styl na co dzień. I stało się – mocny, dramatyczny make-up wyszedł na ulicę: blada twarz do ciemnych ust i oczu obwiedzionych konturem z kohlu. Wyzwolone kobiety nie udawały, że urodę dostały w pakiecie genów.
Za szczyt szyku uchodziło publiczne pudrowanie noska i poprawianie rysunku warg najmodniejszą szminką ukrytą w etui. Woskowe pomadki wysuwane z metalowej tulejki pojawiły się już w 1915 roku, jednak w szalonych latach 20. szczytem mody stał się sam gest – patrzcie, nie wstydzę się, że noszę make-up! Elegantki preferowały na dziubki kolory mocne, od burgunda do śliwki. Ale te wyzywające usta nie mogły być wulgarnie grube. Pyszczki wciąż miały być ciupcie, najlepiej nie szersze niż oczy. Sprzedawano nawet specjalne metalowe szablony z idealnym wykrojem warg. Najbardziej pożądany kształt nazywano „łukiem Kupidyna” (pomysł Rubinstein).
Kobiety mają power!
Zanim wybuchła II wojna, usta zaczęły się różnicować w formach i kolorach. Już nie tylko „Chinese Red”, przebój Revlona, zdobił twarzyczki. Przewrotem okazała się „szafa szminek” Elizabeth Arden, czyli wargi dobrane do tonacji stroju – a było w czym wybierać, od brązu do oranżu. Max Factor też nie przysypiał, gdy rosła mu konkurencja. Wprowadził cud zwany „kissing machine”, urządzenie mierzące nacisk warg i dające „odcisk” kształtu ust – żeby samodzielnie, ćwiczeniami korygować własny uśmiech. Przyrząd pionierski, wyprzedzający o prawie 90 lat chiński wynalazek z 2023 roku służący do zdalnego całowania. Że jak? Otóż przepracowani skośnoocy wymyślili przedmiot w kształcie ust, którym można imitować prawdziwy całus. Rzecz pożądana przez pary żyjące w związkach na odległość. Jaka szkoda, że ten patent nie był znany w czasach wojny, kiedy separacja narzeczonych czy małżonków była dyktowana innymi okolicznościami. Wtedy dziewczyny też ruszały do walki, a pomadka stała się orężem w walce z okupantem. Hitler nie znosił kobiet z makijażem – w jego opcji miały być naturalne, czysto umyte i czyste rasowo. Toteż kobiety sympatyzujące z aliantami „na złość” Führerowi nie respektowały jego wymagań względem urody. Ostentacyjnie malowały sobie wargi, nawet na barykadach. Znamy zdjęcia łączniczek z powstania warszawskiego, nakładających pomadkę, choć dookoła świstały kule. Czerwone usta zaświadczały o silnym morale i niezłomnej wierze w zwycięstwo. Najlepszym dowodem tej postawy okazał się wzrost sprzedaży krwistych szminek w wojennych czasach. Próżność? Skąd! Pokazanie fucka nazistom.
Całuśne dąsy
Wydatnym wargom dano zielone światło pod koniec lat 50., a to za sprawą francuskiej ikony seksu Brigitte Bardot. Wtedy wszyscy uznali, że „I Bóg stworzył kobietę” o pełnych wargach zmysłowego kociaka. BB wydawała się nieustannie nadąsana, a w filmach „Prawda” (1960) i „Pogarda” (1963) nie miała powodu do radości, kreując obraz kobiety niepogodzonej (słusznie) z rzeczywistością. Kiedy już pokazała w uśmiechu wspaniałe zęby, wydawało się to prowokacją. Podobnie Sophia Loren, włoska gwiazda, nie uśmiechała się w filmie „Matka i córka” (1960), manifestując gniewnie wydęte wargi. Jednak żadna z tych piękności nie wspomagała się chirurgią estetyczną. W ślad za tymi i innymi gwiazdami panie używały jasnych, niezwracających uwagi szminek, nacisk kładąc na mocny make-up oczu (słynne „egipskie” przedłużenie linii rzęs).
Wygląd ust zrewolucjonizowała młodzieżowa rewolucja ’68 i jej antyrasistowskie oraz feministyczne postulaty. Jeśli makijaż, to typu nude, czyli niezauważalny, a zamiast mocnej szminki na pyszczyk najwyżej błyszczyk. Dyktat młodości („nie wierz nikomu po trzydziestce”) nakazywał noszenie buziaków jakby lekko zdziwionych światem, naiwnie rozchylonych. Ale to nic w porównaniu z podejściem do koloru skóry. Od 1966 roku zaczął ukazywać się magazyn „Ebony” dla czarnoskórych dziewczyn; cztery lata później tytuł Miss World zdobyła niebiała modelka Jennifer Hosten. No i zaczęła się ekspansja „namiętnych ust do wyciągania gwoździ”. Wprawdzie ciemnoskóre dziewczyny stosowały delikatne pomadki, ale wyglądały, jakby cmokały każdego faceta. To właśnie ślicznotki z zespołu The Supremes, a także Tina Turner czy Aretha Franklin zmieniły wyobrażenia o seksy-wyglądzie.
Tropami Lary Croft
W latach 90., kiedy upadł komunizm (teoretycznie), a w jego miejsce wszedł – też teoretycznie – liberalizm polityczny i gospodarczy, zaczęły dominować „niegrzeczne dziewczynki”, przejęte rolą naprawiania świata. Buntowniczki stały się nieprzejednanymi wyznawczyniami „postępowych” ideologii, choć nie gardziły konsumpcjonizmem. Bo kobiety stawały się coraz zamożniejsze i coraz bardziej… chciwe. Seksu, dobrej pracy, samodzielnego decydowania o byciu z kimś bądź w singielstwie, posiadaniu potomstwa lub nie. Nie bez powodu wielkim echem wśród przedstawicielek płci pięknej odbił się film „Lara Croft: Tomb Raider”. Słabiutki, ale będący wyzwaniem dla dziewczyn marzących o całkowitej niezależności.
Bohaterka, zasobna archeolożka, na ekranie zyskała ciało i twarz Angeliny Jolie, obdarzonej przez naturę cudnym „ust pąkowiem”, która od tej pory stała się seks-symbolem. Podobnie jak Pamela Anderson, Kim Basinger, Jennifer Lopez, Scarlett Johansson i wiele innych, których usta były jak zaproszenie do miłosnej gry. A Julia Roberts, która początkowo utyskiwała na swój za szeroki uśmiech – czyż nie na nim budowała rozpoznawalność? No i supermodelki, które wystąpiły w teledysku do przeboju „Freedom! ‘90” George’a Michaela, z Lindą Evangelistą i ciemnoskórą Naomi Campbell na czele. Ta druga (mieszanka rasowa, korzenie jamajskie i chińskie) triumfalnie prezentowała usta z dolną wargą większą od górnej – przeciwieństwo wspomnianego „łuku Kupidyna”. Biała rasa przestała się sobie podobać.
Glonojady i kolczykowane
Feministki odrzucają męską dominację, a jednak – chcą się podobać. No, może nie facetom, lecz innym paniom. A może sobie samym? Tak czy siak, chcą wstrzelić się w modę. Chcą być „całuśne”. Żeby posiąść seksy-usta, kobiety (w każdym wieku) zaczęły stosować zabiegi powiększania warg poprzez wstrzykiwanie oleju silikonowego (ryzyko grudek i powikłań), a następnie kolagenu zwierzęcego (możliwe reakcje alergiczne). Przełomem okazało się zastosowanie kwasu hialuronowego lub własnej tkanki tłuszczowej. Ta metoda nie jest trwała, więc niektóre kobiety decydują się na operacyjne wstawienie implantów. Ostatnio hitem stało się chirurgiczne podnoszenie górnej wargi, zabieg zwany Bullhorn Lip Lift, który nie dodaje wargom objętości, lecz skraca odległość między nosem a ustami, wydobywa naturalną czerwień i ogólnie nadaje ustom dziecięco-młodzieżowy wygląd. Co zabawne, te niby niezależne kobiety stają się uzależnione od zabiegów chirurgii estetycznej. I przesadzają. Jeszcze, jeszcze większe usto-kiełbasy! Niech mnie widzą! Tak jak kiedyś nie krępowano się publicznym używaniem pomadki, tak teraz niektóre dziewczyny nie krępują się manifestować, że mają „zrobione” usta. Za nic mają komentarze typu „glonojady”. Czyżby marzeniem wolnych kobiet była fizjonomia przywołująca skojarzenia z rybką z akwarium?
Kolejne wyzwanie wobec klasyki urody to piercing warg. Pomijając ból i zagrożenia, jakie niesie zainstalowanie tej „ozdoby” – jakie jest jej znaczenie ideowe? Piercingowane panny twierdzą, że to forma ich samoekspresji i przejęcie kontroli nad własnym ciałem. Nic bardziej mylnego. To samookaleczenie rodem z kultur plemiennych w Afryce czy Ameryce Południowej, gdzie tego rodzaju ingerencja cielesna była sygnałem przynależności do jakiegoś szczepu. I już nie wiem – czy te dziewczyny chcą jednoczyć się z Europą, czy identyfikować z ludami ongiś kolonizowanymi przez europejskie potęgi?
Od foksteriera do afgana
Kiedyś byłoby to nie do przyjęcia, dziś nikogo nie szokuje – pieski publicznie „całujące” się ze swą panią. A jakiej rasy piesek? Mało kto zwraca uwagę na psie mordy (i mody). „A pies ci mordę lizał” to nie tylko cytat ze słynnego szmoncesu z 1926 roku, ale też przegląd modnych ras międzywojnia, łatwych do odszyfrowania mimo przekręconych nazw: łyżew, sweter, bulgot, dupelek, jajnik. Poza wymienionymi w skeczu jeszcze inne rasy pasowały do modernizmu lat 20. – pieski o budowie dającej się ująć w linie proste, no, prawie. Foksteriery, sznaucery, teriery szkockie. Tendencję wytycza psinka pętająca się u nóg pani obutej w „śniegowce wytwornej damy” z plakatu Tadeusza Gronowskiego (1929). W latach 60. i 70. w Polsce na topie były jamniki. Małe, dostosowane gabarytami i charakterem do niewielkich mieszkań, do tego inteligentne. Kto ich nie miał! Henryk Tomaszewski i Teresa Pągowska, Michalina Wisłocka, Sławomir Mrożek, Jerzy Waldorff…
Rasę „uszlachetnił” tygodnik „Przekrój”, inicjując w 1973 roku w Krakowie imprezę zwaną Marszem Jamników. W pierwszej paradzie uczestniczyło prawie 200 psów i ich właścicieli, przy czym czworonogi nieraz w wymyślnych strojach. Ten obyczaj przetrwał (z przerwami) do dziś, choć jamoli znacznie mniej: w tym roku zapowiedziany jest 28. pochód, który zacznie się jak zwykle w samo południe, w rytm hejnału, a wyruszy sprzed Barbakanu przez Planty. Na przeciwnym biegunie ras psich lat 70. uplasowały się charty afgańskie. Piękne, arystokratyczne i charakterologicznie trudne do okiełznania, do tego długowłose, co upodabniało je do tych, którzy nosili plerezy. Przeminęły wraz z hipisami.
Między mastyfem a psieckiem
Pieskie trendy napędzają też filmy. Zacznijmy od ulubieńca Nel z „W pustyni i w puszczy”, mastyfa Saby, w rolę którego w ekranizacji z 1973 roku wcieliły się dwa dogi niemieckie. Jednak nie przyczyniły się do kariery tej rasy ani nie poprawił jej szans „Vabank” (1981) – za duże bydlę, za drogie w utrzymaniu. Za to karierę zrobiły u nas owczarki niemieckie za sprawą serialowych gwiazd Szarika i Cywila. Natomiast szał na dalmatyńczyki przybrał międzynarodowe rozmiary w następstwie animacji Disneya „101 dalmatyńczyków” (1961); druga fala mody na nakrapiane psy napłynęła po wersji aktorskiej z Glenn Close w roli Cruelli de Mon (1996).
Po fazie „dalmatyńskiej” prowadzenie przejął gryfonik brukselski za sprawą obrazu „Lepiej być nie może” (1997), ale już cztery lata później wyprzedziła go chihuahua z „Legalnej blondynki” (2001). I to była/jest kariera trudna do przebicia. No, może konkurują z nią yorki, maltańczyki i pudle miniaturki. Wszystkie rasy kieszonkowe. Są po temu dwojakie powody – natury emocjonalnej i praktycznej. Single i singielki nie marzą o dziecku, jednak czegoś brakuje. Substytutem może być psiecko. Małe zwierzątko odpowiada potrzebom i trybowi życia współczesnych samotników z wielkich miast. Można je zabrać wszędzie – do knajpy, na wczasy (linie lotnicze pozwalają wziąć je na pokład), do kina, na randkę. Na psy otwartych jest wiele lokali, są również lodziarnie, które kręcą lody dostosowane do potrzeb psiego organizmu. Ba, rozwija się sieć diet pudełkowych dla czworonogów. Czy można się dziwić, że pupile miłośnie wylizują właścicielom mordeczki? Nie tylko w Karpaczu…
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Jesienne stylizacje z klasą: jak modelujące majtki mogą podkreślić Twoją sylwetkę pod warstwami ubrań

Właścicielka wyrzuciła psy, przyjął je… Adam Glapiński z żoną
Niespodziewane doniesienia. Chodzi o popularny program TVN
Nie żyje legendarny projektant mody
Kilka słów o tym, jak to modą można się bawić









