Szukaj
Konto

Marcin Bąk: Witaj Szkoło!

szkoła
Źródło: pixabay zdj. ilustr. | Szkoła
To hasło, doskonale pamiętane z młodych lat przez większość z nas, usłyszały parę dni temu dzieci idące tradycyjnie 1 września do szkoły. Jaka to jest szkoła, czego uczy a czego uczyć powinna, to już zupełnie inna sprawa.

Stawiam tezę, że instytucja szkoły znajduje się w tej chwili na zakręcie, być może najpoważniejszym w swoich dziejach. Przed całym systemem edukacji stoją wielkie pytania, na które ludzie odpowiedzialni za szkołę powinni znaleźć odpowiedzi. Pytania postawiło samo życie i zmiany, jakie na naszych oczach zachodzą w ostatnich latach.

Zacznijmy od tego, że przez większość dziejów szkoła była dostępna dla niewielkiej części populacji. Czasami był to znikomy odsetek  wszystkich ludzi w danej wspólnocie.  We wczesnym średniowieczu, w czasach powszechnego upadku cywilizacji na terenie zachodniej Europy,  szkoły również zaniknęły. Do tego stopnia, że Karol Wielki pragnący podnieść Europę z gruzów musiał sprowadzać mnichów z leżącej na skraju świata Irlandii, by ci zakładali szkoły i uczyli najprostszych umiejętności – czytania, pisania, rachunków, podstaw astronomii. Przez następne wieki sytuacja nie wyglądała wiele lepiej, szkoły były nieliczne, tworzone najczęściej przez organizacje kościelne, zakony lub katedry biskupie a szkoły wyższe można było na naszym kontynencie policzyć na palcach. Były tak rzadkie, że znaczna część absolwentów i studentów znała się, jeśli nie osobiście to przynajmniej ze słyszenia. Student z Królestwa Polskiego mógł równie dobrze czuć się w Krakowie, w Padwie czy na Sorbonie, wszędzie znajdował grono podobnie wyedukowanych ludzi i z każdym porozumiewał się po łacinie. Jednocześnie ci najlepiej wyedukowani absolwenci fakultetów, stanowiący znikomy odsetek europejskich społeczeństw, byli autentyczną elitą.  Stawiali pytania i szukali na nie odpowiedzi. Nauczali i sami się uczyli. Oddziaływali potężnie na resztę społeczeństwa, na poezję, architekturę, ekonomię czy sposób prowadzenia wojen. Gromadzili, przechowywali i zdobywali wiedzę. Taka była bowiem jedna z najważniejszych funkcji szkoły od zarania tej instytucji – przekazywanie wiedzy. Do szkoły szło się po wiedzę, która była cenna, pozostawała przez wieki rodzajem towaru deficytowego. Oczywiście, znajdziemy historyczne przykłady samouków, ludzi którzy wbrew okolicznościom potrafili systemem samokształcenia zdobyć całkiem pokaźny zasób wiedzy ale była to droga trudna i dotyczyła wyjątków.

Ilość nie przechodzi w jakość

Pierwsza zmiana jaka zaczęła zachodzić w systemie edukacji nie miała jeszcze charakteru rewolucyjnego, zachodziła powoli, przez setki lat. Wynalazek druku, upowszechnienie się książek, stopniowe wprowadzanie w państwach europejskich powszechnej edukacji podstawowej czyniło wiedzę bardziej dostępną. Uniwersytety stopniowo zaczęły się otwierać na coraz większą liczbę studiujących, proces ten przyspieszył zwłaszcza po II wojnie światowej. Edukacja stała się bardziej dostępna, można jednak zadać pytanie, czy wraz ze wzrostem liczby studentów nie ucierpiał ogólny poziom instytucji Uniwersytetu? Czy ilość podążała za jakością? Można mieć co do tego wątpliwości.   Pamiętacie być może Państwo sytuację naszego kraju na początku lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku, kiedy to odsetek absolwentów szkół wyższych był na tyle mały, że prawie każdy znajdował zatrudnienie w nowo otwierających się korporacjach i firmach zachodnich? To zaczęło się potem bardzo szybko zmieniać, dzisiaj w Polsce działa kilkaset szkół wyższych, niektóre uczą dziesiątki  tysięcy studentów. Magistrów u nas dostatek... Jeśli sytuacja będzie nadal rozwijać się w tym kierunku, to wkrótce możemy dojść do stanu, jaki opisywał mistrz Andrzej Zajdel w swojej „Limes Inferior”, gdzie w społeczeństwie przyszłości wyższe wykształcenie było obowiązkowe dla wszystkich obywateli. I nie decydowało ono już o niczym.

 

Wiedza leży na wyciągnięcie ręki

Nastąpiła więc wyraźna inflacja nauczania ale to jeszcze wciąż nie jest najważniejszy problem, z jakim będzie musiała mierzyć się szkoła w najbliższym czasie. Tak jak już sobie powiedzieliśmy, do szkoły kierowano się od zawsze po wiedzę, bo była cennym, deficytowym dobrem. Dzisiaj wiedza znajduje się na wyciągnięcie ręki a właściwie na kilka ruchów palcem. Każdy młody człowiek posiada telefon a co za tym idzie – prawie nieograniczony dostęp do wiedzy. Ciężko zachęcić ludzi by zdobywali wiedzę, skoro jest ona tak łatwo dostępna a co za tym idzie – tania. Nie rozumieją młodzi ludzie, również ci z którymi prowadzę zajęcia, że wiedza jaką nabywamy powinna tworzyć również pewien system. Wraz z wiedzą powinniśmy nabywać umiejętności posługiwania się nią, krytyki źródeł, logicznego rozumowania i wszystkiego, co kiedyś określało człowieka w pełni uformowanego.

Nie wiem jak się zakończy ta zmiana. Czy szkoła w przyszłości powinna mniej nacisku kłaść na przekazywanie samej wiedzy a więcej na inne umiejętności? Takie jak właśnie zdolność oceny źródła, zdolność logicznego rozumowania, czy może także położyć większy nacisk na umiejętności interpersonalne? A może wrócić do elementów dawnego trivium i po wprowadzeniu zupełnie podstawowych umiejętności jak czytanie i liczenie – kłaść nacisk na retorykę, sztukę argumentacji i tym podobne sprawy? Ciężko to wszystko w obecnej chwili przewidzieć, warto się bardzo uważnie zmianom w szkolnictwie przyglądać.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 05.09.2026 20:05
Źródło: tysol.pl