Szukaj
Konto

45-lecie "TS": Piotr Semka - Paryskie gody redaktora M.

45-lecie "TS": Piotr Semka - Paryskie gody redaktora M.
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Tygodnik Solidarność | Licencja: Tygodnik Solidarność | Adam Michnik, Wojciech Jaruzelski, gazeta
Dla wielu działaczy i sympatyków antykomunistycznego podziemia był to moment szoku. Publiczne gesty przyjaźni Adama Michnika wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz kampania usprawiedliwiania twórcy stanu wojennego wywołały poczucie rozczarowania i zdrady. Część środowisk opozycyjnych zaczęła wtedy inaczej patrzeć na przemiany okrągłego stołu oraz rolę późniejszego redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Punktem zwrotnym w postrzeganiu tej relacji stała się wspólna wizyta Michnika i Jaruzelskiego w Paryżu. Refleksjami na temat znaczenia tego wydarzenia dzielił się w „Tygodniku Solidarność” red. Piotr Semka w tekście opublikowanym w nr. 19 (190) 8 maja 1992 roku. Przypominamy go z okazji 45-lecia naszego pisma.
Co musisz wiedzieć:
  • W 1992 r. wspólna wizyta Adama Michnika i gen. Wojciecha Jaruzelskiego w Paryżu wywołała oburzenie części środowisk dawnej opozycji.
  • Piotr Semka krytykował w „Tygodniku Solidarność” przedstawianie stanu wojennego wyłącznie jako tragicznego wyboru Jaruzelskiego.
  • Autor zarzucał Michnikowi, że w imię dialogu i pojednania zaczął relatywizować ocenę komunizmu.

Tego jeszcze nad Sekwaną nie było! Triumfalny powrót Jaruzelskiego do Paryża na fali promocji tomu wspomnień. Generał wraca, ale nie sam. Come back Jaruzelskiego żyruje jego dawny więzień – Adam Michnik. Dziś, gdy minął już zgiełk prasowych sensacji, pochylamy się nad tekstem rozmowy Jaruzelskiego z Michnikiem. To lektura ważna, tylko przyszłość jest pewna, przeszłość ciągle się zmienia, głosił sowiecki dowcip.

 

Hamletowski dylemat?

Zacznijmy od refleksji nad stanem wojennym. Jaruzelskiemu odpowiada rozmowa tylko o jednym, najbardziej błyskotliwym jego momencie. Godzina decyzji o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Hamletowski dylemat: głos sumienia czy historyczna konieczność? Wewnętrzna anarchia czy interwencja Rosjan? Istotnie była to najdramatyczniejsza decyzja w jego życiu. Ale sprowadzanie zła całego stanu wojennego do tej jednej nocy budzi pytanie: a co z całym złem tego, co zdarzyło się później? Co z dniem powszednim machiny terroru, miesiącami, w których wydział Piotrowskiego szykował mord na Popiełuszce, gdy Urban szykował propagandowe akcje, gdy bito ludzi na komisariatach? Szefem tego państwa terroru był właśnie Jaruzelski, o tym on milczy.

Bo to już nie takie romantyczne, bo to już nie Olimp, gdzie waży się decyzje o „mniejszym złu”. Czy zakatowanie Przemyka było „mniejszym złem”? Czy w obawie przed wejściem Rosjan rozstrzelano ludzi w Lubinie w 1982 roku? To Jaruzelski swą decyzją z 13 XII nauczył tysiące ubeków i zomowców, że nie mają wyboru. Jaruzelski broni lat stanu wojennego, twierdząc, że pomijając deformacje i świństwa, rozpoczęto wtedy reformę gospodarczą.

– Nie pozwolę sobie i mojej formacji odebrać takich właśnie założeń.

Cóż, kiedy osąd historii polega na tym, że o ocenie epoki decydują „deformacje i świństwa” lub, mówiąc wprost, bezprawie i skrytobójstwo. I dlatego w Niemczech bojkotuje się tych, którzy nie pozwolą Hitlerowi i jego generacji odebrać wybudowania autostrad.

Jaruzelski chętnie przyrównuje, stawia znaki równości, wyłapuje paradoksy. Lepiej było być dysydentem (paczki z Zachodu, opieka Kościoła) niż komunistą przed wojną.

Jaruzelski budzi niesmak. Zawsze próbowałem zrozumieć jego sytuację. Widziałem w nim człowieka słabego, porażonego wspomnieniem deportacji i dlatego przekonanego o niemożności stawienia oporu Rosji. Lęku tego nie miał choćby Gomułka, grając va banque wobec Chruszczowa w 1956 r.

Rządy Jaruzelskiego w stanie wojennym przyniosły śmierć kilkudziesięciu ludzi, złamane życiorysy. Liczyłem więc na pewne wyciszenie. Coś z postawy Lwa Kopielewa, który rozliczając się ze swym partyjnym życiorysem, wyznał: Tego grzechu nie da się wymazać. Można tylko próbować z nim żyć. Możliwie jak najgodniej. Nic z tego wyciszenia nie sposób znaleźć u Jaruzelskiego. Trudno o coś obrzydliwszego niż Generał pyszny. Pouczający w Paryżu o zagrożeniach demokracji. Właśnie on.

 

Dwie bratnie dusze

Gdy czyta się rozmowę Jaruzelskiego z Michnikiem, odnosi się wrażenie, jakby po latach spotkały się dwie bratnie dusze. Zły los długo je trzymał na dystans; co więcej, obaj partnerzy mieli o sobie zdemonizowane pojęcie. Po latach uzgadniają to, co ich różniło i odnajdują to, co wspólne.

Obaj chcieli porozumienia, ale przeciwstawiła ich sobie historia. Jaruzelski nie dostrzegał chęci dialogu w KOR. Michnik postrzegał partię jako monolit, demonizując generała. Gdy powstała „S”, obaj spoglądali nań z troską. Michnik poparł ten ruch, Jaruzelski mu się przeciwstawił.

Ale obaj z niepokojem patrzyli na pannę „S”. W rozmowie Jaruzelskiego z Michnikiem ruch Solidarność z lat Wielkiego Karnawału 1980–1981 to żywioł, niekiedy urzekający, ale bezwładny, nieświadomy „szerszych uwarunkowań”. Groźny żywioł, żądający, mający roszczenia, wyciągający ręce do rządu, który według Jaruzelskiego nie dawał, bo nie miał. I Adam Michnik niczym romantyczny bohater. Walczy o wyzwolenie ludu, ale czuje się z tłumu wyobcowany.

Już wtedy dostrzega w ruchu wrogów demokracji, ale pociesza się, iż da sobie z nim radę metodami demokratycznymi. Wciąż priorytetem jest walka z komunizmem – zaś o katolicką naukę społeczną, endeckość będzie miał czas martwić się potem. Jaruzelski długo broni się przed okiełznaniem tej złowrogiej masy o złych skłonnościach. Twierdzi, iż jeszcze w Grudniu 1981 r. możliwe było porozumienie. W końcu obowiązek zwycięża.

Gdy Michnik po latach patrzy na Solidarność, jej obraz podobny jest do obrazu Polski, który dziś spędza sen z powiek publicystom „Gazety Wyborczej”. Solidarność lat Karnawału już wtedy miała być zadżumiona antysemityzmem, jaskiniowym antykomunizmem.

Trzeba dużo złej woli, by ferować tak jednoznaczne wyroki. Owszem, upiory pojawiały się na marginesie ruchu (czasem podsyłane przez rozmówcę pana Adama), owszem, trafiali się „prawdziwi Polacy” – ale nigdy tego typu akcenty nie stanowiły istoty ruchu Solidarności. Ruchu, który wyzwalał wówczas w ludziach to, co najlepsze, nie to, co najgorsze. Przypisywanie dziś tamtej Solidarności „populistycznego nacjonalizmu”, to projekcja dzisiejszych fobii na ówczesne lata.

To subtelna sugestia, iż groźniejsze od schodzącego ze sceny komunizmu już wówczas były demony polskiej duszy. Demony dostrzegane także przez generała Jaruzelskiego, który, niestety, nie mógł zdecydować się na wcześniejszy „sojusz mądrych”, zdolny do poskromienia ciemnogrodu groźnego zarówno wtedy, jak i dziś.

 

Przydzielanie odpowiedzialności

Stąd już blisko do stwierdzenia Michnika: Za ustanowienie stanu wojennego również mój obóz jest odpowiedzialny. Dlatego, że nie umieliśmy stworzyć języka dialogu. Jeśli jest kompromis, który załamuje się, to są za to odpowiedzialni wszyscy. Otóż wypada stwierdzić, iż nie wszyscy.

W czyim imieniu Michnik dzieli się odpowiedzialnością z Jaruzelskim za stan wojenny? W czyim imieniu przeprasza za zakłócenia w dialogu „gołego tyłka z batem” (przepraszam za określenie, ale powtarzam klasyka). Michnik, tak otwarty na dialog z byłymi prześladowcami, traci spokój, gdy styka się z obecnymi przeciwnikami. Dzisiejsi krytycy flirtu z bonzami PRL to według Michnika ludzie odreagowujący kompleksy stanu wojennego (bo wstyd im, że nie byli na pierwszej linii frontu jak Michnik).

 

Dzisiejsi i wczorajsi przeciwnicy

Świat dzisiejszych przeciwników Michnika zaludniają postacie amoralne, pozbawione rozterek. Jeśli byli pracownicy kancelarii zwierzają się Jarosławowi Kurskiemu, to jasne, iż trzeba ostrzec czytelnika, iż czynią to z niskich pobudek, z nagiej żądzy władzy. Nie mają dylematów, nie wybierają „mniejszego zła”.

Do tego zdolni są jedynie wczorajsi przeciwnicy: Wojtek Jaruzelski, Jurek Urban czy Olek Kwaśniewski. Dla Polityka pamięć zbiorowa to kapitał lub przekleństwo. W pamięci zbiorowej Polaków Jaruzelski kojarzy ię z machiną stanu wojennego. Wywiad z Jaruzelskim ma tę pamięć zbiorową poddać erozji. „Uwspółcześnić” i zniuansować w świetle dzisiejszych linii podziału. Zetknąłem się z opinią, iż Michnik to największe rozczarowanie ruchu Solidarności. Bo Michnik był symbolem. Kochano go, gdy odmówił w 1984 roku wyjścia z celi, głuchy na zachęty do emigracji wysłannika ONZ. Propozycja była atrakcyjna – honorowe stypendium Narodów Zjednoczonych. Mimo tysiąca racjonalnych uzasadnień Michnik powiedział „nie”.

Odmówił, bo chciał zaprzeczyć relatywności dobra i zła. Bo odrzucał „świadomą konieczność”. Bo negował wyrafinowaną argumentację, w której nic nie jest jednoznaczne. Odmówił wreszcie, gdyż wyjściem z celi przyznałby racje tym, którzy przyzwolenie złu motywowali również tysiącem racjonalnych okoliczności, często racjonalniejszych od tych, które w zanadrzu miał wysłannik ONZ.

Dziś Michnik bardzo łatwo racjonalizuje, relatywizuje. Świadomie czy nie rozpoczyna korektę oceny przeszłości. Na razie za stan wojenny wspólnie winna jest i „S”, i PZPR. Kto będzie winien za rok, za dwa? W Niemczech z konsekwencją przypomina się, iż pamięć o istocie nazizmu zapobiec ma powtórzeniu się zła. U nas komunizm nie ulega skompromitowaniu. Co więcej wynajdowanych jest coraz więcej dlań usprawiedliwień. I dlatego mechanizmy i jego istota mogą powrócić; niekoniecznie w marksistowskim przebraniu.

Właśnie dlatego trudno nie komentować tego typu tekstów. I nie chodzi tu o atak na jakąś formację polityczną. Kiedyś jednym tchem wymieniano nazwiska Kuroń – Michnik. To, że dziś tylko jedno z nich kojarzy się z byłymi bonzami PRL, nie jest przypadkiem.

Pozostaje smutek, iż – ot tak! – za pół ceny wyprzedaje to, co w dziedzictwie „S” było najcenniejsze. Przekonanie, iż coś jest złe, a coś dobre; iż pewnych rzeczy robić nie wolno.

[Lid i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 03.08.2026 10:07
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł