Szukaj
Konto

List otwarty Waldemara Łysiaka do Adama Michnika. 45-lecie "TS"

List otwarty Waldemara Łysiaka do Adama Michnika. 45-lecie "TS"
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Tygodnik Solidarność | Licencja: Tygodnik Solidarność | Gazeta
Gdyby wierzyć Waldemarowi Łysiakowi, Adamów Michników było dwóch. Jeden odbierał na świecie nagrody za głoszenie tolerancji, drugi w tym czasie miał kierować redakcją „Gazety Wyborczej” i publikować kolejne paszkwile. To właśnie z tym „drugim” Michnikiem Łysiak rozprawił się na łamach „Tygodnika Solidarność”, nie szczędząc charakterystycznego dla siebie sarkazmu. Przypominamy jego list otwarty opublikowany w nr. 50 (691) 14 grudnia 2001 roku, z okazji 45-lecia pisma.
Co musisz wiedzieć:
  • Waldemar Łysiak ironicznie przedstawia Adama Michnika jako „dwóch Michników”.
  • Łysiak zarzuca redakcji „Gazety Wyborczej” manipulacje.
  • List z 2001 roku jest przede wszystkim popisem charakterystycznej dla Łysiaka ironii, sarkazmu i erudycji, wymierzonym w sposób działania „Gazety Wyborczej”.

Wielce czcigodny Panie Adamie!

Życzliwie donoszę Panu, co następuje: ja już od dawna żywiłem niejakie podejrzenia, iż Panów jest dwóch – Pan (wiadomo: heros-idol-guru, żywy pomnik prawości i junactwa) oraz ten paskudnik, co się podszywa pod Pańską szlachetną figurę od jakiegoś czasu. Wie Pan – to tak jak z Szekspirem. Już prawie dwieście lat różni uczeni dowodzą, że „dzieł Szekspira” nie napisał Szekspir, tylko ktoś inny, więc Francuz Alfons Allais (tekściarz kabaretu „Czarny Kot”) skomentował to następująco:

„Dramaty Szekspira nie są w rzeczywistości dziełami Williama Szekspira, tylko pewnego tajemniczego osobnika, który całkiem przypadkowo nazywał się również William Szekspir”.

Wziąwszy pod uwagę, że Pan ciągle przebywa poza krajem, wojażując od stolicy do stolicy, by niezmordowanie odbierać nagrody, które za głoszenie tolerancji przyznają
Panu wszystkie organizacje humanitarne i humanistyczne tego świata – jest rzeczą sui generis naturalną, iż w osieroconej Redakcji zalągł się Panu osobnik, który perfidnie gra Pańską rolę ku uciesze Pańskich wrogów. Podziwiam Pana, że Pan to znosi tak stoicko – jeno spiżowych mężów stać na taki hart ducha.

 

Teraz zaś ad rem: 

Otóż donoszę Panu życzliwie, iż Pański wielce szacowny tudzież imponujący organ opublikował w dniu 6 grudnia kolejny pełnokolumnowy paszkwil pod moim adresem. To już piękna tradycja tegoż organu. Tym razem nazwano mnie „idiotą”, „bałwanem”, „średnim pisarzem” tudzież „Lepperem polskiej literatury i publicystyki”, a moją twórczość określono jako

„kompletne brednie [...], których skomplikowanie intelektualne nie jest wyższe niż poziom froterki”.

A wszystko to dlatego, że – jak twierdzą Pańscy podwładni, autorzy wzmiankowanego tekstu – pastwię się piórem nad Adamem Michnikiem. A przecież ja nie nad Panem się pastwiłem, czcigodny Mistrzu, ino nad szkodnikiem, nad tym drugim, co to Pan wie. Toż ja bym nigdy Pana nie posądzał, że Pan mógłby dać zgodę na wydrukowanie w Pańskim organie artykułu o tym, iż Powstańcy Warszawscy, żołnierze AK, programowo mordowali Żydów! Albo tekstu sugerującego, iż Zbigniew Herbert był tajnym współpracownikiem komunistycznej bezpieki – tekstu, w którym tak zmanipulowano wypowiedź Herlinga-Grudzińskiego, żeby ową sugestię uprawomocniała (co zresztą Herling później oprotestował z wściekłością).

Albo tych licznych inwektyw pod adresem Herberta – że był „wampirem Hydem”, „potworem Minotaurem”, alkoholikiem, który w starczym obłąkaniu bredził antykomunistycznie jak najęty itp. To wszystko robota tego drugiego Michnika (który udaje Pana, kiedy Pan kolekcjonuje za granicą dyplomy, ordery i puchary) – samozwańca kierującego antytolerancyjnym gangiem robiącym Panu koło pióra wewnątrz organu (byłażby to „konspiracja Maleszków” i Maleszki koleżków, drogi Mistrzu?). Tak jak nie Pana, ino tego sobowtóra, tyczyła publiczna wypowiedź Herberta:

„Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny”.

 

Kiszczak polskiego dziennikarstwa

Równie życzliwie donoszę Panu, iż we wspomnianym kolejnym paszkwilu wymierzonym we mnie zasugerowano, jakobym był wariatem, który opowiada, że Anno Domini 1978 Kreml, z poduszczenia radzieckiej Akademii Wojskowej im. Suworowa, oprotestował formalnie (notą dyplomatyczną – jedyny taki przypadek w PRL-u) moją antyrosyjską książkę – vulgo: że to ani chybi ja sam wysmażyłem tę notę do polskiego MSZ-u, sam pisałem na ten temat teksty w prasie zachodniej i wygłaszałem relacje w Radiu Wolna Europa, sam skopałem wtedy Łysiaka na łamach centralnego organu KC PZPR, „Nowych Dróg” (podpisując tekst nazwiskiem: Andrzej Werblan) i sam wymierzyłem sobie karę w postaci zakazu druku książek Łysiaka (pismem na firmowym papierze Wydziału Kultury KC), zdejmując od ręki dwie własne książki z maszyn drukarskich.

Aż dziw, że nie przytoczono innych moich publicznych zmyśleń – choćby tego, że zostałem wówczas w Moskwie aresztowany przez KGB i posiedziałem sobie na Łubiance. Koleżki Maleszki uznały widać, że starczy jeden klaps piętnujący Łysiakową konfabulację. I wytknąwszy mi tę konfabulację, poradziły Łysiakowi „rozejrzeć się za jakimś kompetentnym lekarzem”.

Pan, Mistrzu, wie najlepiej, jak to boli – toż Panu samemu Herling-Grudziński radził to samo („Michnik winien pójść do dobrego psychiatry”), a Lech Dymarski sugerował, że jest Pan „paranoikiem”. Cóż z tego, że obaj mieli na myśli nie Pana, lecz samozwańca – przecież co drugi polski „oszołom” nie rozróżnia Panów, ergo: myli obu Michników!

I gdyby ktoś Pana nazwał „Kiszczakiem polskiego dziennikarstwa”, czułby Pan to samo, co ja czuję, kiedy te Pańskie etatowce zwą mnie „Lepperem polskiej literatury i publicystyki”, zaś fakt, że Pan się przyjaźni z generałem, a ja się nie przyjaźnię z wicemarszałkiem, nie ma tu nic do rzeczy, Mistrzu. Skaranie boskie! Musi ręka diabelska, pichcąca „spiskową teorię dziejów”, no nie?

 

Zbawiciel? Lekka przesada

One (te dywersanty robiące Panu koło pióra na łamach Pańskiego organu pod Pańską nieobecność) dla zmyłki zatytułowały wymierzony we mnie paszkwil: „Łysiak Zbawiciel”. Jak zobaczyłem ten tytuł, to się ucieszyłem i pomyślałem sobie, że lepszego mikołajkowego prezentu wymarzyć sobie człowiek by nie mógł (bo paszkwil ukazał się w mikołajkowym dniu 6 grudnia), ale zaraz wrodzona skromność mi podszepnęła, żebym się nie nadymał zbytnio – w końcu to jednak lekka przesada. Całkiem jak w tym skeczu z przedwojennego kabaretu: stary i schorowany już marszałek Piłsudski jedzie powozem przez Warszawę, mając zamknięty wzrok; towarzyszy mu Wieniawa, którego Piłsudski raptem pyta:

– Gdzie jesteśmy?

– Na Marszałkowskiej, Komendancie.

Marszałek kiwa głową z aprobatą: – Uhmm, dobrze.

Po pewnym czasie znowu pyta: – A teraz gdzie jesteśmy?

– W Alei Marszałka Piłsudskiego, Komendancie.

– Uhmm, dobrze.

Za jakiś czas znowu: – A teraz gdzie?

– Na Placu Zbawiciela, Komendancie.

– Noo... – mruczy łagodnie marszałek – ...przesada.

Też uważam, że tytułowanie mnie Zbawicielem to lekka przesada, ale sam tekst paszkwilu (pomijając drobiazgi, które wymieniłem) generalnie jest w porządku – wiadomo: to nobilituje, gdy one pod Pańską nieobecność flekują tak człowieka, a i towarzystwo ludzi analogicznie sflekowanych przez onych pierwszorzędne (Herbert e tutti quanti). Zatem, umiłowany Mistrzu, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O czym, życząc dalszych owocnych lat dwuwładzy organowej, donosi

Życzliwy
WALDEMAR ŁYSIAK

[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 24.08.2026 10:03
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 33/2026, oprac. Ludwik Pęzioł