Bardzo mi przykro, ale Trump znowu wygrał

- Zdaniem autora wczesne medialne i eksperckie oceny wojny (zwłaszcza o „przegranej USA”) są przedwczesne i często oparte na uproszczeniach lub dezinformacji.
- Wskazuje on, że celem działań USA nie musi być spektakularne zwycięstwo (np. zmiana reżimu), lecz strategiczne osłabienie Chin i ich wpływów poprzez Iran.
- Tekst stawia tezę, że militarnie USA dominują, a długofalowe skutki konfliktu mogą bardziej osłabić Iran niż Stany Zjednoczone.
Pan redaktor Bogusław Chrabota zaczekał z ogłoszeniem przegranej Stanów Zjednoczonych uczciwie, bo do 7 kwietnia br. Wówczas to w „Rzeczpospolitej” ukazał się jego komentarz o tytule „Wojna Donalda Trumpa z Iranem już jest przegrana”, w którym podzielił się następującą myślą:
„Amerykanie nie mogą wygrać tej wojny, bo nie da się osiągnąć celu, który jest nieokreślony”.
Wbrew pozorom cele wojenne bardzo rzadko pozostają niezmienne przez cały okres poważniejszego konfliktu. „Bezwarunkowa kapitulacja” III Rzeszy objawiła się w celach aliantów dopiero w Casablance, w 1943 roku; Abraham Lincoln ogłosił swoją Proklamację Emancypacji dopiero po zwycięstwie Unii pod Antietam, półtora roku po wybuchu wojny secesyjnej. Skoro polityka jest płynna, to i cele jej brzydkiej siostry, wojny, rzadko pozostają wykute w kamieniu. Gdy idzie dobrze, można trochę pofantazjować. Gdy koszty okazują się zbyt wysokie – trzeba redukować oczekiwania. Czasem można nawet ścigać cele, o których nie opowiada się publicznie.
W przeciwieństwie do Donalda Trumpa, rozumiem, że tylko czerpanie z diagnoz polskiego komentariatu uchronić może przed porażką. Dlatego właśnie tekst ten trafia w ręce czytelnika z jasno określonym celem: spróbuje on argumentować, że amerykańska interwencja w Iranie nie jest aktem geopolitycznego szaleństwa, jakkolwiek nie potoczą się ostatecznie jej losy.
Dwa poziomy wojny
Gdy w styczniu tego roku amerykańskie siły specjalne przeprowadziły w Caracas operację „Bezwzględna Determinacja”, w wyniku której pojmano prezydenta Wenezueli Nicolása Madury, wśród liberalnych komentatorów krążyć zaczęła osobliwa teoria. Na krótko przed rajdem Maduro wystąpił w telewizji, tańcząc do piosenki „No War, Yes Peace”, będącej remiksem jednego z jego przemówień. Według „anonimowych źródeł z Białego Domu” to właśnie te wygibasy miały stać za decyzją Donalda Trumpa dotyczącą interwencji. Trump, tłumaczono pokracznie, widzi siebie jako „samca alfa”, nie mógł więc na takie szyderstwo zareagować inaczej. Względy geopolityczne miały być tu kwestią trzeciorzędną.
Całe szczęście, że Delcy Rodríguez, następczyni Madury, nie odziedziczyła po swoim poprzedniku tanecznych inklinacji. Dzięki temu udało się odciąć Chiny od blisko 700 tysięcy baryłek wenezuelskiej ropy dziennie. Ropy kupowanej za bezcen, która niemal w całości trafiała do tzw. czajniczków – sieci pomniejszych chińskich rafinerii przerabiających ją na tani olej napędowy i półprodukty dla chińskiej petrochemii.
„Epickiej furii” – operacji irańskiej – nie sprowokowało według komentatorów żadne nagranie, choć decyzję o jej rozpoczęciu tłumaczy się w polskiej infosferze równie kuriozalnie. Przeczytać możemy, że Trump wysłał wojsko, by odwrócić uwagę od afery Epsteina, że walczy na zlecenie izraelskiego lobby albo po prostu – że jest szalony i działa pod wpływem impulsu. Teorii tych nie powielają wyłącznie konta o zerowej liczbie obserwujących, lecz również całkiem poważni dziennikarze.
Izrael walczy w tej wojnie o własne cele, zgodne z polityką regionalną (niezmiennie brutalnego) rządu Binjamina Netanjahu. Dla Stanów Zjednoczonych (i ich sojuszników) nieporównywalnie ważniejszy jest drugi poziom tego starcia: poziom globalny. Chiny absorbują około 80 procent irańskiego eksportu ropy. Do niedawna skutecznie rozgrywały finansowane przez siebie zagrożenie ze strony Teheranu, by wypychać Amerykę z roli gwaranta i mediatora na Bliskim Wschodzie – w centrum ich zainteresowań znajdywały się m.in. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Najsłabsze ogniwa
Chińskie cele w regionie wykraczają jednocześnie daleko poza kwestie ekonomiczne. Na wypadek konfliktu na Pacyfiku USA bezwzględnie potrzebują pełnej, niezakłóconej mobilności swojej floty między oceanami i w regionie Bliskiego Wschodu. Nie mogą pozwolić sobie na to, by szlaki zaopatrzeniowe zostały odcięte lub stały się podatne na ataki. Jeśli obserwowana obecnie blokada cieśniny Ormuz wydaje się komuś dramatyczna w skutkach, wystarczy wyobrazić sobie, jak wyglądałby ten sam scenariusz w Bab al-Mandab w momencie, w którym trzon amerykańskiej floty zaangażowany byłby w Azji.
Pentagon nie dopuszcza już możliwości prowadzenia samodzielnych operacji na kilku frontach naraz. Zamiast czekać, aż rywal podpali poszczególne regiony w dogodnym dla siebie momencie, Stany Zjednoczone przejmują inicjatywę i narzucają własne tempo. Uderzają właśnie teraz, zanim zamknie się stosowne okno czasowe – gdy przeciwnik nie jest jeszcze gotowy do otwartej konfrontacji. Najsłabsze ogniwa wrogiego układu muszą zostać wyeliminowane, osłabione bądź przejęte, tam, gdzie tylko to możliwe. Jednocześnie nie zamyka to działań dyplomatycznych względem Pekinu. Celem jest jego osłabienie – pozbawienie go aktywów przydatnych zarówno podczas przesilenia, jak i przy stole negocjacyjnym.
Wszystko to powoduje, że sposób, w jaki na wydarzenia w Iranie patrzy spora część komentariatu, obarczona jest błędem. Zakłada on, że powodzenie amerykańskiej strategii sekwencjonowania wymaga bezwarunkowego zwycięstwa, którego miarą musiałaby być zmiana reżimu w Teheranie lub – przynajmniej – mniej lub bardziej widowiskowe ustępstwa polityczne. Oczywiście znacząco by to sprawę ułatwiło – szczególnie politykom. Nie każda struktura posiada jednak swoją Delcy Rodríguez. Tak długo, jak podjęta operacja ograniczy możliwości Chin i ich sojuszników w danym regionie, bez sprowokowania ich do bezpośredniego starcia, Amerykanie będą w stanie uznać ją za swój sukces.
Wielkie zwycięstwo nad Wielkim Szatanem
Teoria o wygranej Iranu dość szybko przeniosła się z iksowych komentarzy do tradycyjnych mediów, gdzie uaktywnił się chór ekspertów wieszczących wielkie zwycięstwo nad Wielkim Szatanem. Trwający zaledwie miesiąc konflikt określony został mianem „grzęzawiska”, „wpadki”, a nawet „katastrofy” – krytycy porównywali go do amerykańskich inwazji na Irak i Afganistan, rosyjskiej inwazji na Ukrainę czy wojny wietnamskiej. Paweł Musiałek, prezes Klubu Jagiellońskiego, odniósł się na platformie X do gróźb wypowiadanych przez Donalda Trumpa względem Iranu, określając Stany Zjednoczone „niedawnym mocarstwem”, które przeżywa właśnie „szybki i żenujący upadek” zamiast „godnego pogrzebu hegemona”.
Próba sformułowania ostatecznej oceny politycznej w samym środku wojennej zawieruchy to oczywiście zadanie karkołomne, choć niewątpliwie kuszące. Co gorsza, w wielu mediach podejmowano się również oceny operacyjnej, lansując opowieść o militarnej niewydolności amerykańskiego imperium. Media społecznościowe zalała fala filmików generowanych przez AI bądź nagrywanych w militarnych grach komputerowych, takich jak Arma 3 czy War Thunder, które ukazywały kolejne „zestrzelenia” amerykańskich myśliwców i transportowców. Żądni „prawdy” internauci pytali, czemu nie mówi się o nich w mediach głównego nurtu, węsząc (żydowski, a jakże) podstęp. Wygenerowane nagrania bombardowań Izraela i państw Zatoki biły rekordy popularności, również na profilach osób zapraszanych do mediów w roli ekspertów od Bliskiego Wschodu (co tym dziwniejsze, że przecież prawdziwych nagrań również nie brakowało). Każdy z utraconych przez Amerykanów sprzętów opisywany był w szczególe i prezentowany jako niepowetowana strata. 4 kwietnia materiał w Polsat News o utracie przez Stany Zjednoczone dwóch samolotów podsumowany został przez prowadzącą słowami:
„Amerykanie dostają baty od Irańczyków”.
Trwała zmiana układu sił
Tymczasem trwająca wciąż wojna w Iranie pozostaje obecnie jednym z najbardziej jednostronnych sukcesów militarnych w historii. Dominacja militarna USA w Iranie jest bezsprzeczna, nawet jeśli jest widoczna wyłącznie w domenach powietrznej i morskiej. W mediach pojawiły się informacje o nowinkach technicznych stosowanych przez Amerykanów, w tym o oprogramowaniu Maven Smart System firmy Palantir – systemie, pozwalającym na jednoczesne namierzanie i analizę do 7000 celów, który uczynił z tej wojny pierwszą z tak szerokim zastosowaniem sztucznej inteligencji. Strona izraelska również pochwaliła się swoimi osiągnięciami: dekapitacja przywództwa irańskiego okazała się możliwa dzięki włamaniu się do dostarczonych Iranowi przez Chiny systemów monitoringu i inwigilacji społecznej.
Największymi osiągnięciami reżimu ajatollahów w wojnie było do tej pory uderzenie w cywilną architekturę sąsiadów (o potencjalnie długotrwałych konsekwencjach politycznych dla nich samych) i udane zamknięcie cieśniny Ormuz. Oba te zdarzenia wywołały kłopoty narracyjne strony amerykańskiej, wzmocnione zresztą przez ekonomiczny ból zadany społeczeństwom zachodnim i Azji. O ile jednak okazało się to udanym ruchem strategicznym, o tyle długodystansowe konsekwencje tej decyzji nie są jeszcze znane, jako że mogą one sprowokować odpowiedź pozostałych państw Zatoki.
Co więcej, mit o „wytrzymałości” reżimu wynika z błędnego utożsamiania fizycznego przetrwania części jego liderów z zachowaniem zdolności państwowych. Tymczasem prawdziwe problemy Iranu nie znikną wraz z końcem bombardowań. Możliwość pobierania opłat ze statków w cieśninie Ormuz (o ile w ogóle uda się Iranowi taką opcję wywalczyć) będzie jedynie kroplą w morzu potrzeb. Kroplą dodatkowo uszczuploną przez rozbudowę systemu rurociągów, o której już mówi się w państwach arabskich w odpowiedzi na obecny kryzys. To, co uda się pobrać z takiego „myta”, będzie niewątpliwie przeznaczone na rychłą odbudowę zdolności wojskowych, co jeszcze mocniej podsyci nastroje antyreżimowe, obecne w społeczeństwie irańskim już od dłuższego czasu. Ceny podstawowych produktów rosną codziennie, a wątła gospodarka irańska i brak paliwa (o ironio) były już przyczyną buntów w przeszłości. Buntów tłumionych każdorazowo z użyciem siły, dziś mocno nadwątlonej. Przetrwanie wojny nie musi oznaczać wcale przetrwania reżimu, a w każdym razie nie długoterminowo.
W wyniku rozszerzenia wojny na Bliskim Wschodzie nastąpiła trwała zmiana układu sił. Iran stracił resztki zaufania u swoich sąsiadów i postrzegany jest jako państwo jednoznacznie niebezpieczne – w czym niemały udział miała decyzja o dronowaniu ich infrastruktury energetycznej. Izrael zyskać może lokalnych sojuszników do dalszych operacji przeciw Iranowi, także po przesunięciu się Stanów Zjednoczonych na Pacyfik. Nieznany jest w chwili obecnej status sankcji nakładanych w ostatnich dekadach na Iran, ale jeśli będą one choć częściowo obowiązywać, Iran będzie miał większy problem z ich obchodzeniem (dotychczas pomagały w tym właśnie państwa Zatoki).
Geopolityczne ryzyko
Problemy Iranu nie są oczywiście jedynymi konsekwencjami tej wojny, choć są nieporównywalnie najpoważniejsze. Zniszczone rafinerie czy infrastrukturę gazową państw o dużych rezerwach można bez problemu odbudować. Jeśli wojna nie będzie przeciągać się w nieskończoność, administracja Trumpa ma jeszcze szansę odbić się w popularności przed wyborami połówkowymi. Największym wyzwaniem dla administracji okazała się zresztą nie sama wojna, ale jej wizerunek. Chaotyczne komunikaty wysyłane przez Trumpa z pewnością nie pomagały. Konsekwencje wzburzenia klasy podkastowej wydają się jednak – jak na razie – ograniczone, choć Tucker Carlson z pewnością zyskał kilku dodatkowych widzów pośród polskiej prawicy.
Ostateczny efekt tej wojny pozostaje nieznany – przekonamy się o nim dopiero w nadchodzących miesiącach. Krytyka podjętego przez Stany Zjednoczone ryzyka ignoruje jednak kontekst wcześniejszej bezczynności. Brak działania bywa równie strategicznym wyborem, jak i działanie – i często znacznie bardziej kosztownym.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" i niektóre śródtytuły pochodzą od redakcji]
Tajne rozmowy USA–Iran w Pakistanie. Trump stawia jeden warunek

Irańska delegacja przybyła do Islamabadu na rozmowy pokojowe z USA
Trump: Powiedziałem Netanjahu, by był bardziej powściągliwy

Meloni: Gdy nie zgadzamy się z USA, mówimy to jasno

„WSJ”: Trump rozważa przeniesienie wojsk USA z Hiszpanii lub Niemiec do Polski







