Wojciech Ilnicki, NSZZ "Solidarność": Ustawa już jest. Teraz zróbmy z układów zbiorowych realne narzędzie demokracji w pracy
- "Układ zbiorowy jest szkołą. Szkołą demokracji, kompromisu i odpowiedzialności po obu stronach stołu" - pisze Wojciech Ilnicki, przewodniczący Rady Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Brunatnego NSZZ "S", członek Rady Dialogu Społecznego i Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego.
- "Naszą miarą nie powinno być to, ile razy w dokumentach użyjemy słów „dialog” i „partnerstwo”, tylko ile nowych stołów negocjacyjnych uda się postawić w realnych zakładach pracy" - przekonuje.
Firmowy "pakiet premium"?
Ponad pół roku temu Prezydent RP podpisał ustawę o układach zbiorowych pracy i porozumieniach zbiorowych. Dla większości ludzi był to wówczas news z gatunku: „coś tam związkowego, pewnie chodzi o podwyżki”. Dla części prawników jeszcze jeden akt, który trzeba będzie dopasować do reszty klocków w systemie. A dla mnie to przede wszystkim pytanie: czy zaczniemy wreszcie myśleć o układach zbiorowych jak o demokracji w miejscu pracy, a nie tylko jako o mechanizmie „dorzucania” indywidualnych uprawnień?
Bo tak właśnie najczęściej traktujemy układ: jako coś w rodzaju firmowego „pakietu premium”. Trochę wyższa płaca, jakiś dodatek, może lepsza odprawa. Pracownik ma się cieszyć, że „dostał więcej”, pracodawca że „nie musiał oddać zbyt dużo”. I wszyscy wracają do swoich ról: jedna strona trochę bardziej zadowolona, druga trochę bardziej poirytowana. Tymczasem sedno sprawy leży gdzie indziej.
Układ zbiorowy jest szkołą. Szkołą demokracji, kompromisu i odpowiedzialności po obu stronach stołu.
Szkoła, w której nie ma gotowych odpowiedzi
Kiedy związek zawodowy wchodzi w negocjacje układowe, to nie wystarczy wyjść na zakładowy korytarz z hasłem: „chcemy wszystko i od razu”. Trzeba rozmawiać z ludźmi, zbierać postulaty, ale też tłumaczyć, że nie wszystko da się załatwić jedną umową. Trzeba umieć powiedzieć: „tego będziemy bronić jak niepodległości, a na tamto być może się zgodzimy, jeśli w zamian będzie coś realnego”.
To jest też nauka dla drugiej strony. Pracodawca, który po raz pierwszy siada do poważnych rokowań, szybko odkrywa, że nie wystarczy rzucić tekstem: „tak chce centrala, tak musi być”. Bo po drugiej stronie siedzą ludzie, którzy też potrafią liczyć, znają realia na rynku, a na dodatek mają mandat od załogi. Nagle okazuje się, że trzeba pokazać liczby, plany i porozmawiać o ryzykach. Słowem: wciągnąć pracowników w rozmowę o przyszłości firmy, a nie tylko o wysokości dodatku zmianowego.
Układ zbiorowy jest więc przeciwieństwem „zarządzania przez ogłoszenie”: nie ma tu miejsca na komunikaty w stylu „podjęto decyzję, dziękujemy za zrozumienie”. Jest za to mozolne dochodzenie do punktu, w którym obie strony mogą powiedzieć: „nie jest idealnie, ale jesteśmy w stanie to podpisać i wziąć za to odpowiedzialność”.
To już gdzieś działa i to całkiem nieźle
Jak pytasz związkowców z krajów nordyckich, po co im układy zbiorowe, to rzadko słyszysz: „żeby ktoś dostał o 300 koron więcej”. Częściej pada prosta odpowiedź: „bo tak u nas działa demokracja w pracy”.
W Szwecji, Danii czy Norwegii układ zbiorowy nie jest żadnym „ekstrasem”. Jest elementem infrastruktury, jak wodociąg czy kanalizacja po prostu ma być. Dzięki niemu ludzie uczą się, że o czasie pracy, grafiku zmian czy dodatkach nie decyduje samotny geniusz prezesa, tylko rozmowa dwóch stron, które mają swoje racje i swoje liczby.
I co ważne: ta rozmowa dzieje się regularnie. Nie tylko wtedy, gdy wybucha konflikt. Jeżeli raz na jakiś czas musisz spojrzeć w oczy człowiekowi po drugiej stronie stołu i wyjaśnić, dlaczego chcesz takich, a nie innych rozwiązań, to trudniej potem budować sobie wygodny obraz świata, w którym „oni” są albo tylko pazerni, albo tylko leniwi. Układ zbiorowy uczy obu stron czegoś, czego w Polsce dramatycznie nam brakuje: myślenia o pracy nie tylko w kategoriach: „mój folwark – ja tu rządzę”, „moja wypłata”, ale myślenia „nasz wspólny zakład”.
Partnerstwo, które jest robotą, a nie hasłem
W Niemczech czy Austrii dużo się mówi o „partnerstwie społecznym”. Tylko że tam to nie kończy się na ładnym haśle w rządowej strategii. Ktoś naprawdę liczy, gdzie zasięg układów zbiorowych spada, ktoś identyfikuje branże „białych plam”, ktoś organizuje wsparcie tam, gdzie i związki, i organizacje pracodawców są po prostu słabsze. Krótko mówiąc: nikt nie ma złudzeń, że same przepisy wystarczą. Potrzeba codziennej, żmudnej pracy nad tym, żeby układów było więcej, a nie tylko „ładniejszych” w teorii.
Piszę to także jako przedstawiciel NSZZ „Solidarność” w Zespole ds. Rozwoju Dialogu Społecznego Rady Dialogu Społecznego. Jeżeli ten zespół ma mieć jakikolwiek sens, to właśnie teraz. Jedno to porządkująca ustawa o układach i porozumieniach zbiorowych żaden przełom, ale ważny fundament, który już mamy. Drugie, dużo trudniejsze, to faktyczne oddziaływanie na zwiększenie liczby negocjacji układowych.
Naszą miarą nie powinno być to, ile razy w dokumentach użyjemy słów „dialog” i „partnerstwo”, tylko ile nowych stołów negocjacyjnych uda się postawić w realnych zakładach pracy.
Zespół, który ma robotę do zrobienia
Jeżeli Zespół ds. Rozwoju Dialogu ma pozostać tylko miejscem, gdzie strony raz na jakiś czas wymieniają się ogólnymi opiniami, to szkoda czasu wszystkich. Ten zespół powinien, mówiąc wprost, wziąć się ostro do pracy. Można zacząć od rzeczy bardzo podstawowych: najpierw wskazać branże i regiony, gdzie układów zbiorowych praktycznie nie ma, potem zastanowić się, jak wesprzeć związki tam, gdzie są słabe organizacyjnie, jednocześnie porozmawiać z organizacjami pracodawców o tym, co im realnie utrudnia wejście w negocjacje, a wreszcie przygotować materiały dla pracowników i pracodawców, które tłumaczą układ nie jako „sklep z przywilejami”, tylko jako narzędzie wspólnego ustalania zasad gry.
To nie jest zadanie na jedno posiedzenie i jedną uchwałę. To jest robota na lata. Ale jeśli my jako ludzie siedzący w dialogu społecznym tego nie zrobimy, to nikt tego za nas nie zrobi.
Marzenie bardzo przyziemne
Mam takie marzenie bardzo przyziemne jak na czasy wielkich narracji. Żeby za kilka lat można było wejść do losowo wybranej firmy w Polsce i zapytać pracowników: „Macie układ zbiorowy?”. I żeby odpowiedź nie brzmiała: „Nie wiem, muszę spytać kadrowej”, tylko: „Tak, mieliśmy w zeszłym roku negocjacje. Było ostro, nie wszystko poszło po naszej myśli, ale przynajmniej wiemy, na czym stoimy”.
Bo to jest ostateczny test demokracji w pracy. Nie to, ile ustaw uchwalono i ile razy w nich pada słowo „dialog”, tylko czy ludzie wiedzą, że ktoś ich reprezentuje przy stole i że reguły ich pracy są wynikiem rozmowy, a nie jednostronnego polecenia.
Ustawa o układach zbiorowych i porozumieniach zbiorowych porządkuje przepisy. Dobrze. Teraz czas na trudniejszą część: sprawić, żeby układ zbiorowy stał się w Polsce czymś równie oczywistym jak to, że co miesiąc przychodzi wypłata. A to już nie jest zadanie tylko dla ustawodawcy. To nasza wspólna odpowiedzialność związków, pracodawców i instytucji dialogu społecznego. Jeśli naprawdę chcemy demokracji w miejscu pracy, to właśnie tu się ona zaczyna.
Komentarze
Solidarność upamiętniła ofiary pogromu kieleckiego

"Warszawski ślad Solidarności". Za nami III Rajd rowerowy Regionu Mazowsze

Pracownicy Saxdor Shipyard dołączyli do Solidarności

Sukces Solidarności! Zarząd PKP PLK wycofał się z części niekorzystnych zmian

Piotr Ścieśko: Wyścig Solidarności i Olimpijczyków to święto całego Związku







