Radość w smutnych czasach
19.07.2017 20:15

Komentarzy: 0
Udostępnij:
35 lat temu Polska była smutnym szarym krajem stanu wojennego. A jednak właśnie wtedy piłkarscy kibice nad Wisłą przeżywali niezwykle radosne chwile – nasza reprezentacja piłkarska sięgnęła po trzecie miejsce na świecie. Po raz drugi,i jak na razie ostatni, wspięliśmy się na podium największej futbolowej imprezy.
Już same kwalifikacje przebiegały w sposób dla dzisiejszych kibiców niespotykany. Polacy trafili bowiem po losowaniu do grupy, w której rywalizowały zaledwie trzy drużyny - a tak naprawdę liczyły się zaledwie dwie, bowiem reprezentację Malty oceniano jako zdecydowanego słabeusza. Głównym rywalem Polaków była więc ekipa NRD - zespół, który zaledwie kilkanaście miesięcy wcześniej zabrał "biało-czerwonym" awans do turnieju finałowego mistrzostw Europy. Eliminacje rozpoczęły się od niespodziewanego akcentu - w wyniku tak zwanej " Afery na Okęciu" posadę selekcjonera stracił Ryszard Kulesza, zdyskwalifikowano czterech graczy pierwszej jedenastki (Józefa Młynarczyka, Władysława Żmudę, Zbigniewa Bońka i Stanisława Terleckiego). Pierwszy mecz - z Maltą, w La Valetta , też miał nietypowy przebieg. W 77 minucie spotkania, po zdobyciu przez Polaków drugiego gola, na boisko i ławkę rezerwowych posypał się z trybun grad kamieni. Ostatecznie sędzia zakończył przedwcześnie spotkanie, a FIFA uznała rezultat z boiska - czyli 2:0 dla Polski. Ale najważniejsze były mecze z NRD. Nowy selekcjoner Antoni Piechniczek miał zaledwie cztery miesiące na przygotowania Na Stadionie Śląskim Polska pokonała Niemców 1:0, ale do historii przeszedł przede wszystkim rewanż w Lipsku, w którym już po 6 minutach nasi prowadzili 2:0, aby ostatecznie wygrać 3:2. Ostatnie spotkanie z Maltą było już jedynie formalnością - zwyciężyliśmy wysoko, bo aż 6:0. Warto też wspomnieć, że owej jesieni 1981 roku po raz pierwszy w historii nasz zespół wygrał z aktualnym mistrzem świata na jego terenie - w październiku po golach Andrzeja Buncola i przywróconego do kadry Zbigniewa Bońka pokonaliśmy w Buenos Aires Argentynę 2:1.
Przygotowania do Mundialu w Hiszpanii też przebiegały w sposób mocno nietypowy. Po wprowadzeniu stanu wojennego Polska stała się pariasem Europy - nie było chętnych do rozegrania z Polakami choćby jednego meczu towarzyskiego. Kadra szykowała się do mistrzostw na dwóch długich zgrupowaniach, podczas których rozegrała jedynie kilka sparringów z zespołami klubowymi. Selekcja również nie przebiegała bezproblemowo - podczas ostatniego zgrupowania w Niemczech "wybrał wolność" bramkarz Jacek Jarecki, zaś w ostatniej chwili selekcjoner zrezygnował z usług mającego za sobą znakomity sezon w Anderlechcie Bruksela Antoniego Szymanowskiego. Pojechał natomiast do Hiszpanii inny obrońca - Piotr Skrobowski, choć ze względu na ciężką kontuzję nie miał szans na występ na mistrzostwach…
W pierwszym meczu grupowym Polacy zmierzyli się z reprezentacją Włoch, jednym z faworytów turnieju. Mecz nie był porywającym widowiskiem. Obie ekipy starały się przede wszystkim zabezpieczyć własną bramkę, bezbramkowy remis nie zdziwił więc nikogo. Ale po kolejnym meczu mówiono już nie tylko o niespodziance, lecz o sensacji, bo za taką uznano remis 0:0 z Kamerunem. Dziś nie dziwi już nikogo dobra postawa na mistrzowskich turniejach ekip z Afryki lecz na początku lat 80 ubiegłego wieku futbolistów z Czarnego Lądu uznawano za "kelnerów", choć przecież Kamerun miał już wówczas w swoim składzie takich znakomitych graczy jak bramkarz Thomas N’Kono, czy napastnik Roger Milla. O wszystkim miał decydować ostatni grupowy mecz z Peru. Do awansu nasi potrzebowali zwycięstwa. Antoni Piechniczek zdecydował się więc na roszady w składzie - na środku pomocy pojawił się Janusz Kupcewicz, zastępując Zbigniewa Bońka, którego przesunięto do ataku. Pierwsza połowa spotkania z Peruwiańczykami również była bezbramkowa, ale drugie 45 minut to już był prawdziwy koncert Polaków. Zdobyli aż pięć goli, tracąc w końcówce zaledwie jedną bramkę i w imponującym stylu zapewnili sobie awans.
#NOWA_STRONA#
Regulamin hiszpańskich mistrzostw był zupełnie inny od dzisiejszego. Dwanaście zespołów, które awansowały z pierwszej fazy, podzielono na cztery trzyzespołowe grupy, grające każdy z każdym. Do półfinału awansowali jedynie zwycięzcy każdej z grup. Pierwsze spotkanie tej fazy przeciwko Belgii do dziś zaliczane jest do najpiękniejszych w całej historii naszej piłki - głównie za sprawą fenomenalnej postawy Zbigniewa Bońka. Polacy nie dali żadnych szans ówczesnym wicemistrzom Europy wygrywając 3:0, a wszystkie bramki (jedną ładniejszą od drugiej) zdobył właśnie dzisiejszy prezes PZPN. Do awansu do strefy medalowej Polacy potrzebowali remisu z drużyną ZSRR, I ten mecz przeszedł do legendy. Nie tylko za sprawą doskonałej postawy Polaków, którzy z żelazną konsekwencją bronili swojej bramki, lecz i dzięki powiewającym na trybunach barcelońskiego Camp Nou wielkim transparentom z logo "Solidarności", które czujni cenzorzy Telewizji Polskiej starali się wykluczyć z transmisji telewizyjnej - bez wielkiego sukcesu.
Nie do końca przemyślany regulamin sprawił, że półfinałowym rywalem Polaków znów był zespół Włoch (wcześniej i później nie było możliwe, aby zespoły rywalizujące w fazie grupowej zmierzyły się ze sobą ponownie wcześniej niż w finale). To spotkanie też jest do dziś przedmiotem wielu analiz i sporów. Na skutek nieudolności działaczy Polacy mieszkali w hotelu pozbawionym klimatyzacji, co przy trzydziestostopniowych upałach (nawet nocą) było niezwykle uciążliwe. Kontrowersje dotyczą też składu, w którym wystąpił nasz zespół - wykluczony za kartki był Boniek, a Antoni Piechniczek nie zdecydował się na wystawienie Andrzeja Szarmacha. Dopiero po wielu latach szkoleniowiec przyznał, że był to jeden z jego największych błędów w całej jego karierze trenerskiej. Tymczasem Włosi mieli w ataku będącego w życiowej formie Paolo Rossiego. I to on strzelił nam dwa gole, zabierając Polsce finał. W spotkaniu o trzecie miejsce przyszło więc Polakom zagrać z Francją, ekipą zupełnie rozbitą po półfinałowej przegranej w dogrywce z RFN. Selekcjoner "Trójkolorowych" wystawił w tym meczu rezerwowy skład i Polacy wykorzystali szansę, choć od 13 minuty przegrywali 0:1. Wyrównał właśnie ów niedoceniony przez Piechniczka Szarmach, a kolejne dwa gole strzelili Stefan Majewski i Janusz Kupcewicz. Polska wygrała 3:2, ale na koniec spotkał naszych graczy kolejny despekt. Prezes FIFA Joao Havelange nie chciał dokonać ceremonii wręczenia medali zespołowi z kraju rządzonego przez juntę wojskową - przekazał jedynie tacę z medalami kapitanowi zespołu i dopiero Władysław Żmuda rozdawał krążki kolegom. Nie bez niespodzianek przebiegał również powrót naszej ekipy do kraju. Czarterowy samolot musiał zaraz po starcie awaryjnie lądować z powodu usterki, oczekiwanie na drugą maszynę potrwało wiele godzin. Zamiast w południe, polska ekipa pojawiła się na lotnisku na Okęciu dopiero po północy. A jednak oczekiwało na nią tysiące ludzi, nie zważających na godzinę milicyjną i zakaz zgromadzeń. To była najweselsza demonstracja w całym stanie wojennym...
Leszek Masierak
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (29/2017) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.
Przygotowania do Mundialu w Hiszpanii też przebiegały w sposób mocno nietypowy. Po wprowadzeniu stanu wojennego Polska stała się pariasem Europy - nie było chętnych do rozegrania z Polakami choćby jednego meczu towarzyskiego. Kadra szykowała się do mistrzostw na dwóch długich zgrupowaniach, podczas których rozegrała jedynie kilka sparringów z zespołami klubowymi. Selekcja również nie przebiegała bezproblemowo - podczas ostatniego zgrupowania w Niemczech "wybrał wolność" bramkarz Jacek Jarecki, zaś w ostatniej chwili selekcjoner zrezygnował z usług mającego za sobą znakomity sezon w Anderlechcie Bruksela Antoniego Szymanowskiego. Pojechał natomiast do Hiszpanii inny obrońca - Piotr Skrobowski, choć ze względu na ciężką kontuzję nie miał szans na występ na mistrzostwach…
W pierwszym meczu grupowym Polacy zmierzyli się z reprezentacją Włoch, jednym z faworytów turnieju. Mecz nie był porywającym widowiskiem. Obie ekipy starały się przede wszystkim zabezpieczyć własną bramkę, bezbramkowy remis nie zdziwił więc nikogo. Ale po kolejnym meczu mówiono już nie tylko o niespodziance, lecz o sensacji, bo za taką uznano remis 0:0 z Kamerunem. Dziś nie dziwi już nikogo dobra postawa na mistrzowskich turniejach ekip z Afryki lecz na początku lat 80 ubiegłego wieku futbolistów z Czarnego Lądu uznawano za "kelnerów", choć przecież Kamerun miał już wówczas w swoim składzie takich znakomitych graczy jak bramkarz Thomas N’Kono, czy napastnik Roger Milla. O wszystkim miał decydować ostatni grupowy mecz z Peru. Do awansu nasi potrzebowali zwycięstwa. Antoni Piechniczek zdecydował się więc na roszady w składzie - na środku pomocy pojawił się Janusz Kupcewicz, zastępując Zbigniewa Bońka, którego przesunięto do ataku. Pierwsza połowa spotkania z Peruwiańczykami również była bezbramkowa, ale drugie 45 minut to już był prawdziwy koncert Polaków. Zdobyli aż pięć goli, tracąc w końcówce zaledwie jedną bramkę i w imponującym stylu zapewnili sobie awans.
#NOWA_STRONA#
Regulamin hiszpańskich mistrzostw był zupełnie inny od dzisiejszego. Dwanaście zespołów, które awansowały z pierwszej fazy, podzielono na cztery trzyzespołowe grupy, grające każdy z każdym. Do półfinału awansowali jedynie zwycięzcy każdej z grup. Pierwsze spotkanie tej fazy przeciwko Belgii do dziś zaliczane jest do najpiękniejszych w całej historii naszej piłki - głównie za sprawą fenomenalnej postawy Zbigniewa Bońka. Polacy nie dali żadnych szans ówczesnym wicemistrzom Europy wygrywając 3:0, a wszystkie bramki (jedną ładniejszą od drugiej) zdobył właśnie dzisiejszy prezes PZPN. Do awansu do strefy medalowej Polacy potrzebowali remisu z drużyną ZSRR, I ten mecz przeszedł do legendy. Nie tylko za sprawą doskonałej postawy Polaków, którzy z żelazną konsekwencją bronili swojej bramki, lecz i dzięki powiewającym na trybunach barcelońskiego Camp Nou wielkim transparentom z logo "Solidarności", które czujni cenzorzy Telewizji Polskiej starali się wykluczyć z transmisji telewizyjnej - bez wielkiego sukcesu.
Nie do końca przemyślany regulamin sprawił, że półfinałowym rywalem Polaków znów był zespół Włoch (wcześniej i później nie było możliwe, aby zespoły rywalizujące w fazie grupowej zmierzyły się ze sobą ponownie wcześniej niż w finale). To spotkanie też jest do dziś przedmiotem wielu analiz i sporów. Na skutek nieudolności działaczy Polacy mieszkali w hotelu pozbawionym klimatyzacji, co przy trzydziestostopniowych upałach (nawet nocą) było niezwykle uciążliwe. Kontrowersje dotyczą też składu, w którym wystąpił nasz zespół - wykluczony za kartki był Boniek, a Antoni Piechniczek nie zdecydował się na wystawienie Andrzeja Szarmacha. Dopiero po wielu latach szkoleniowiec przyznał, że był to jeden z jego największych błędów w całej jego karierze trenerskiej. Tymczasem Włosi mieli w ataku będącego w życiowej formie Paolo Rossiego. I to on strzelił nam dwa gole, zabierając Polsce finał. W spotkaniu o trzecie miejsce przyszło więc Polakom zagrać z Francją, ekipą zupełnie rozbitą po półfinałowej przegranej w dogrywce z RFN. Selekcjoner "Trójkolorowych" wystawił w tym meczu rezerwowy skład i Polacy wykorzystali szansę, choć od 13 minuty przegrywali 0:1. Wyrównał właśnie ów niedoceniony przez Piechniczka Szarmach, a kolejne dwa gole strzelili Stefan Majewski i Janusz Kupcewicz. Polska wygrała 3:2, ale na koniec spotkał naszych graczy kolejny despekt. Prezes FIFA Joao Havelange nie chciał dokonać ceremonii wręczenia medali zespołowi z kraju rządzonego przez juntę wojskową - przekazał jedynie tacę z medalami kapitanowi zespołu i dopiero Władysław Żmuda rozdawał krążki kolegom. Nie bez niespodzianek przebiegał również powrót naszej ekipy do kraju. Czarterowy samolot musiał zaraz po starcie awaryjnie lądować z powodu usterki, oczekiwanie na drugą maszynę potrwało wiele godzin. Zamiast w południe, polska ekipa pojawiła się na lotnisku na Okęciu dopiero po północy. A jednak oczekiwało na nią tysiące ludzi, nie zważających na godzinę milicyjną i zakaz zgromadzeń. To była najweselsza demonstracja w całym stanie wojennym...
Leszek Masierak
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (29/2017) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 19.07.2017 20:15
Dramat Lewandowskiego po meczu. Diagnoza jest poważna
01.03.2026 17:46

Komentarzy: 0
Choć FC Barcelona świętowała kolejne ligowe zwycięstwo, dla Roberta Lewandowskiego sobotni wieczór zakończył się bardzo źle. Klub potwierdził, że napastnik doznał złamania lewego oczodołu. „Nie zagra w spotkaniu z Atletico Madryt” - czytamy wpis na platformie X.
Czytaj więcej
Co dalej z Lewandowskim? Hiszpański dziennikarz zabrał głos
21.02.2026 17:23
Lewandowski na liście do rozstania z Barceloną. Klub analizuje kandydatów
19.02.2026 17:37

Komentarzy: 0
Robert Lewandowski po ostatnich występach w Barcelonie znalazł się pod ostrzałem krytyki, a jego przyszłość w klubie staje pod znakiem zapytania. Decyzja w sprawie przedłużenia umowy Polaka wciąż nie zapadła, a coraz więcej wskazuje na to, że Barcelona skupi się na znalezieniu jego następcy.
Czytaj więcej
Amerykanie ruszyli po Lewandowskiego. Konkretna oferta na stole
14.02.2026 19:07

Komentarzy: 0
Amerykański Chicago Fire złożył konkretną ofertę Robertowi Lewandowskiemu. Trener Gregg Berhalter poleciał do Barcelony, by osobiście spotkać się z napastnikiem, jego żoną i agentem. Klub z MLS ma też pierwszeństwo w rozmowach - dopóki negocjacje trwają, inne zespoły ligi nie mogą rozpocząć starań o transfer.
Czytaj więcej
Awantura po meczu w Radomiu. Potrzebna była interwencja medyków
14.02.2026 15:17

Komentarzy: 0
Mecz 21. kolejki Ekstraklasy w Radomiu zakończył się poważnym skandalem. Korona Kielce wygrała na wyjeździe z Radomiak Radom 2:0, ale po ostatnim gwizdku na murawie wybuchła bójka. W jej trakcie dyrektor marketingu Korony, Michał Siejak, został uderzony butelką w głowę i trafił do szpitala.
Czytaj więcej
