Piotr Skwieciński: W Rosji narasta fala pesymizmu i rozczarowania

- W Rosji narasta nowe zjawisko: wyraźne rozczarowanie i pesymizm wśród dotychczasowych zwolenników wojny, a nie jej przeciwników.
- Coraz więcej prorosyjskich komentatorów i uczestników wojny uważa, że konflikt jest nie do wygrania lub wymaga zakończenia ze względu na ograniczone zasoby i przewagę przeciwnika.
- W rosyjskich elitach i środowiskach prowojennych pojawia się podział co do dalszej strategii, co według autora świadczy o pogłębiającym się kryzysie i niepewności co do przyszłości wojny.
Przy czym nie chodzi tu o liberalnych przeciwników władz. Ci siedzą za granicą albo w więzieniu, albo jak myszy pod miotłą. Obecne rozczarowanie – tak duże, że aż przyjmujące formy manifestacji publicznej – jest udziałem ludzi, którzy zajmowali dotąd stanowisko niejako wręcz przeciwne. Zwolenników, często bardzo aktywnych, wojny z Ukrainą i reinkorporacji tego kraju – w tej czy innej formie – do odrodzonego imperium.
Trudno znaleźć jakiś wspólny mianownik tego rozczarowania. Przyjmuje ono różne formy. Dwie rzeczy można powiedzieć z pewnością. Po pierwsze – jest to zjawisko nowe, dotąd go nie było. I po drugie – po czterech latach przyjmowanej długo z entuzjazmem „specjalnej operacji wojskowej” coś się entuzjastom, jak to się mówi, zaczęło ulewać.
Byliśmy głupkami
Taki na przykład Paweł Gubariew. W 2014 r. jeden z najgłośniejszych przywódców prorosyjskich separatystów w Donbasie, ogłoszony wtedy „ludowym gubernatorem” tego obszaru, potem uczestnik (i entuzjasta) pełnoskalowej agresji. Wzywał do masowego zabijania Ukraińców.
Dziś (mieszkając w Rosji!) udziela wywiadu Jurijowi Dud´owi, głośnemu emigracyjnemu dziennikarzowi i dokumentaliście. I o swojej przeszłości mówi tak:
– Byliśmy naiwnymi głupkami, wierzyliśmy w to wszystko.
Stwierdza, że Putin to
„nie car, tylko przypadkowy człowiek”, „etykietka albo po prostu – program komputerowy”.
Program komputerowy zaś, zauważa Gubariew, ma to do siebie, że uruchamia go ktoś inny. Kto? Według byłego „ludowego gubernatora” współczesna Rosja to półkolonia zarządzana przez warstwę dawnej radzieckiej nomenklatury w interesie... międzynarodowej mafii, powiązanej z brytyjską arystokracją. Dlatego Putina należy nazywać nie prezydentem, tylko „generałem-rezydentem”.
Choć pewnie spisek rządzących i Moskwą, i Kijowem angielskich lordów nie jest jedynym wymiarem rzeczywistości, bo zarazem przyczynę takiego, a nie innego przebiegu ukraińskiej wojny Gubariew widzi w teorii „Nowego Izraela”. Oto temu pierwszemu Izraelowi grozi zagłada, gdzieś więc musi się podziać jego żydowska ludność. I właśnie dlatego trwa wojna – żeby oczyścić „Noworosję” z ludności słowiańskiej i zrobić miejsce dla Żydów. Nawiasem mówiąc, podobne koncepcje w różnych wariantach uporczywie krążą po przestrzeni poradzieckiej – w Armenii niejednokrotnie słyszałem, że odbite przez Azerbejdżan i oczyszczone z Ormian tereny Karabachu stoją puste nie dlatego, że Azerowie nie chcą się tam osiedlać, bo wolą żyć w Baku, tylko dlatego, iż rząd Azerbejdżanu celowo utrzymuje je w tym stanie, aby mogli tam zamieszkać jego sojusznicy – Izraelczycy po prawdopodobnym upadku swego państwa… Tak czy inaczej, Gubariew nie rozumie, dlaczego wojna idzie tak, jak idzie, i uważa, że jest to efekt jakiegoś skrytego porozumienia między Kremlem a Ukrainą.
Byle się skończyło
Jednak nie tylko Gubariew zdradza rozczarowanie i pesymizm. Robi to na przykład Anna Dolgareva, znana poetka i „Z-blogerka”, skądinąd urodzona i wychowana na Ukrainie. W 2022 r. pisała, że „denazyfikacja” tego kraju jest możliwa –
„po prostu trzeba zabić tych, którzy z nami walczą, i wychować ich dzieci w rosyjskim duchu”,
i generalnie była optymistką co do możliwości zwycięstwa. Dziś zaś stwierdza (publicznie!), że
„z denazyfikacją i demilitaryzacją Ukrainy nie bardzo się powiodły”,
że najważniejsze cele „specjalnej operacji” są nieosiągalne, gdyż Rosja nie ma pozwalających na to zasobów. Lepiej więc zakończyć wojnę już teraz, na obecnej linii frontu (czyli nawet bez zajęcia kontrolowanej dotąd przez Kijów części Donbasu), by przygotować się do następnej wojny – z całym NATO. Bo ono przecież na pewno na Rosję napadnie.
Dolgarevej wtóruje, czy nawet ją przebija, Daniił Tulenkow. Pisarz (skądinąd zdolny) i weteran „specjalnej operacji” na front trafił jako ochotnik z łagru, gdzie odbywał karę siedmiu lat za korupcję. Dziś przewiduje, że do jesieni większość opinii w Rosji może przesunąć się w stronę zgody na pokój na każdych warunkach (nawet na powrót do granic z 2014 r.),
„byle to wszystko się skończyło”.
Tulenkow przeprowadza analogię z obu wojnami światowymi i obsadza Rosję w roli Niemiec, którym „nie udał się blitzkrieg”, i w tym momencie ich klęska stała się już tylko kwestią czasu.
„Jesteśmy jak Niemcy skazani na klęskę przez samą matematykę, ile byśmy jeszcze nie zestrzelili wrogich samolotów”,
więc
„jeśli wojna nie może być wygrana, powinna zostać zakończona jak najszybciej”.
Bowiem musimy przyznać sami przed sobą, że
„nie dajemy już rady ciągnąć tego wózka”.
Już teraz bowiem
„przegrywamy z powodu technicznej wyższości zjednoczonych sił wrogów, błędów kierownictwa politycznego, nędzy i zacofania”,
dlatego w końcu
„może technicznie przegramy tę wojnę, kończąc ją w warunkach znacznie gorszych, niż ją zaczynaliśmy. Nie wykluczam tego, jestem na to moralnie przygotowany od czasu, kiedy w niej bezpośrednio uczestniczyłem – nie widzę w tym nic super katastroficznego ani nieodwracalnego”
– pisze Tulenkow, który nie omieszka podkreślać wrogości wobec Ukraińców.
Igor Dmitriew, Z-bloger i konsultant polityczny (skądinąd – podobnie jak Dolgareva – prorosyjski uciekinier z Ukrainy), który w lutym 2024 r. wyrażał przekonanie, że Rosja w zasadzie wygrała i niedługo zajmie Kijów, dziś przekonuje, iż nawet obecnej linii frontu Rosjanie mogą nie utrzymać, bo do tego stopnia wzrasta ukraińska przewaga, jeśli chodzi o dronizację wojny i o rozmach strategiczny (bazy w Libii, aktywność w Zatoce Perskiej i Birmie, uderzenia na rosyjski przemysł naftowy i w energetykę).
Żeby na poważnie zmienić tę sytuację, trzeba by zacząć nacierać na znacznie większą niż obecnie skalę. Jednak do tego konieczna byłaby powszechna mobilizacja, która jest niemożliwa lub bardzo ryzykowna (tak, w tej czy innej formie, i o konieczności, i o niemożliwości mobilizacji piszą w zasadzie wszyscy „rozczarowani”). Tymczasem zaś
„Federacja Rosyjska marnuje swoje zasoby na próby przebicia się do Słowiańska, podczas gdy nie posiada jasnej strategii obrony własnej infrastruktury eksportowej i energetyki”.
Y i X?
„Nie widzę możliwości złamania przeciwnika”
– pisze inny znany „Z-bloger” Jurij Podolaka. Podobne treści publikują obecnie najpoważniejsze, obserwowane przez miliony użytkowników „Telegramu”, mastodonty Z-blogerstwa. W tym na przykład największy chyba tego rodzaju kanał „Rybar” konstatujący, że przerwanie frontu w sposób podobny jak w czasie II wojny światowej jest po prostu niewykonalne. Przełom jest niemożliwy, bo front jest wyjałowiony z ludzi – kto się pojawi w strefie bezpośrednio przylegającej do tego, co kiedyś nazywano pierwszą linią, po prostu ginie, i nawet 400 tysięcy nowych rekrutów tego nie zmieni – twierdzi znany korespondent wojenny Aleksandr Charczenko. Bo – jak ukonkretnia pierwszoligowy, podobnie jak „Rybar”, powiązany z ministerstwem obrony kanał „Wojenkor Kotionok” – 89% strat armia rosyjska ponosi obecnie nie na pierwszej linii, tylko po drodze na nią.
Powszechna świadomość, że z powodu dronów wojna znalazła się w ślepym zaułku, źle wpływa na morale żołnierzy. Bo coraz więcej spośród nich spodziewa się teraz, że w tych warunkach szybko nastąpi zawieszenie broni, więc ich skłonność do ryzykowania życiem się zmniejsza – martwi się Aleksandr Chodakowskij (niegdyś jeden z przywódców donbaskich separatystów, potem i aż do teraz walczący przeciw Ukrainie).
Co więc robić?
„Władze podzielone są na dwie grupy”
– twierdzi pozycjonujący się jako związany z biznesem IT „Kanał Antonow” zajmujący stanowisko antyukraińskie i aż do teraz prowojenne. Grupa Y zarabia na wojnie, chce więc ją kontynuować do czasu zdobycia Kijowa. Natomiast grupa X zauważa, że gospodarka nie jest z gumy, i dochodzi do wniosku, że zanim się załamie, trzeba skończyć wojnę.
„Ba, tylko że skończenie wojny będzie oznaczać, że nie zdołaliśmy pokonać Bandery. Jednak aby ją kontynuować, niezbędna byłaby mobilizacja, która niosłaby za sobą ogromne zagrożenia”
– konstatuje Maksym Kałasznikow, prowadzący na YouTubie kanał „Roj TV”. I stwierdza, że rząd Rosji ma obecnie wybór między wariantem złym i bardzo złym.
***
Jedni mówią po prostu o zakończeniu wojny. Inni – o przejściu do strategicznej obrony, przerwaniu aktywnych działań po to, żeby za jakiś czas uderzyć znowu i tym razem już na pewno zwyciężyć. Zgody w sensie planu pozytywnego między nimi nie ma.
Trzeba jednak stwierdzić jedno – w Rosji zauważalna jest obecnie fala pesymizmu. Przy czym ważny jest właśnie fakt tej zauważalności. Można oczywiście interpretować ją tak, że rządzący chcą delikatnie przygotować naród do… właśnie, do czego? Do wyjścia z wojny czy też odwrotnie – zaostrzenia jej, eskalowania? Można też uważać, że władze, które nigdy nie kontrolowały w pełni „patriotycznej” opinii, teraz, kiedy jest ona dodatkowo zantagonizowana próbami narzucenia ograniczeń w internecie, utraciły tę kontrolę już całkowicie.
Nie wiem, jaka jest prawda. Ale bezprecedensowy wylew pesymizmu i rozczarowania, jakiego jesteśmy świadkami, jest najwyraźniej autentyczny. I dużo mówi o prawdziwej sytuacji Rosji wiosną 2026 roku.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Tragiczna noc na Ukrainie. 12 osób nie żyje, wśród ofiar dziecko

Polskie wojsko poderwało myśliwce. Zamknięte dwa lotniska

Węgry nie oderwą się od Rosji? Magyar: "Nie zmienimy geografii"

13 kwietnia 1943 r. świat usłyszał o Katyniu. Prawda, którą próbowano ukryć
Rosyjski statek zatrzymany u wybrzeży Szwecji. Trwa śledztwo w sprawie zrzutu odpadów







