Szukaj
Konto

Historyczna rozmowa z płk. Ryszardem Kuklińskim z 1993 roku

Historyczna rozmowa z płk. Ryszardem Kuklińskim z 1993 roku
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Tygodnik Solidarność | Licencja: Tygodnik Solidarność | Gazeta
Pułkownik Ryszard Kukliński odegrał jedną z kluczowych ról w historii zimnej wojny. W rozmowie z Józefem Szaniawskim, opublikowanej w numerze 37 (260) „Tygodnika Solidarność” z 1993 roku, opowiadał o motywach swojej współpracy z wywiadem USA oraz kulisach jednej z najbardziej ryzykownych operacji tego okresu. Wspominał także grożącą mu karę śmierci, życie na emigracji i niemożność powrotu do wolnej już Polski. Z okazji 45-lecia „Tygodnika Solidarność” przypominamy tę historyczną rozmowę.
Co musisz wiedzieć:
  • Płk Ryszard Kukliński przedstawia swoją współpracę z USA jako wypełnienie żołnierskiej przysięgi.
  • Kukliński twierdzi, że przekazywał Amerykanom informacje o sowieckich planach wojskowych, aby zmniejszyć ryzyko wojny.
  • Po przecieku dotyczącym jego działalności w 1981 r. uciekł z Polski, unikając aresztowania i prawdopodobnej śmierci.

Józef Szaniawski: Od 12 lat jest Pan emigrantem politycznym. Jak się Pan czuje w Ameryce?

Płk Ryszard Kukliński: Czuję się małą cząstką Polonii amerykańskiej. Sądzę, że podobnie jak wszyscy Polacy znalazłem się w Stanach zmuszony do emigracji jakimiś okolicznościami. Oczywiście, mój przypadek był wyjątkowy, ale tak samo tęsknię za Polską jak wszyscy, chociaż żyję tutaj w dość dobrych warunkach, otoczony szacunkiem i autentyczną ludzką przyjaźnią.

 

– Jednak istnieje zasadnicza różnica pomiędzy Panem a innymi Polakami w Ameryce: ciąży na Panu wyrok śmierci ogłoszony, co prawda, w Warszawie, ale faktycznie wydany w Moskwie. Ten komunistyczny wyrok uniemożliwia Panu jakiekolwiek wizyty w Ojczyźnie, którą Pan miał zdradzić...

– Nigdy nie zdradziłem Ojczyzny, dochowałem żołnierskiej przysięgi, jaką składałem na wierność narodowi polskiemu. Wstąpiłem do Wojska Polskiego jako 17-letni chłopak w roku 1947. Wtedy jeszcze śpiewaliśmy „Rotę”, chodziliśmy do kościoła. Nigdy nie byłem zbyt pobożny, ale pamiętam, że wtedy modliliśmy się w wojsku. 
Przysięga wojskowa, którą składałem po wstąpieniu do Wojska Polskiego, nie brzmiała tak, jak to miało miejsce już w kilka lat później. Nie była to przysięga, która tak jasno formułowała poddańczy stosunek do Związku Sowieckiego i Armii Czerwonej. Po roku 1948 wszystko się zmieniło. I potem to nie ja się zmieniłem, tylko przysięgi się zmieniały. Co jakiś czas coś tam dawali nam do podpisywania, ale były to tylko papierki.

 

– Nie był Pan jedynym wyższym oficerem Wojska Polskiego skazanym przez polski sąd na karę śmierci, który musiał emigrować do Ameryki. Ponad 200 lat temu generał Kazimierz Pułaski również został skazany zaocznie na karę śmierci za to, że walczył o suwerenność Rzeczypospolitej z Rosjanami oraz wysługującymi się im zdradzieckimi Polakami. Ówczesne państwo polskie, podobnie jak PRL, też formalnie było niepodległe, a w rzeczywistości podporządkowane Rosji.

 

– Nigdy nie zdradziłem Polski! Nigdy nie zdradziłem narodu polskiego i mojej Ojczyzny. Wiem, że w latach 1945–1989 istniały stale tajne kontakty pomiędzy Wojskiem Polskim a Armią Stanów Zjednoczonych. Nie byłem jedynym, który je podtrzymywał, ale przyszedł moment, że to ja musiałem przejąć tę sztafetę. Jestem z tego dumny. Stany Zjednoczone w okresie zimnej wojny przez 45 lat działały przeciwko Imperium Zła, przeciwko sowieckiemu militaryzmowi, a na korzyść Polski. Mam czyste sumienie. Zawsze działałem na korzyść Polski, a historia już przyznała mi rację.

 

Przekazałem 30 tysięcy dokumentów

– Zajmował Pan newralgiczne stanowisko w Sztabie Generalnym. Osobiście sądzę, że jako oficer musiał Pan mieć odwagę nie tylko wojskową, ale także cywilną. Czy naprawdę nie bał się Pan przez kilkanaście lat?

– W Sztabie Generalnym Wojska Polskiego byłem szefem Oddziału Planowania Strategiczno-Obronnego, a zarazem zastępcą szefa Zarządu Operacyjnego. Tak się składało, że z okien swego gabinetu w Sztabie Generalnym przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie widziałem codziennie po drugiej stronie ulicy osławione więzienie mokotowskie, obserwowałem nawet więźniów wyprowadzanych na spacer. Było to dla mnie memento.  Zdawałem sobie sprawę, że gdyby wykryła mnie bezpieka lub informacja, dostałbym się do tego więzienia i żywy nigdy bym z niego nie wyszedł. Chyba że przekazano by mnie do KGB, do Moskwy na Łubiankę...

 

– Z jakich pobudek Pan działał, jak doszło do Pańskiej współpracy z wywiadem Stanów Zjednoczonych, kiedy to się stało i w jakich okolicznościach?

– Nie mam nic do ukrycia w moim życiu, mogę mówić o wielu sprawach, ale wiele jeszcze sekretnych informacji zobowiązany jestem zachować dla siebie. Brałem udział w wielu poważnych przedsięwzięciach przeciwko Związkowi Sowieckiemu, ale nie mogę jeszcze o tym opowiadać.

Polsce nie z własnego wyboru na 45 lat przypadł system komunistyczny i izolacja od Zachodu. W okresie zimnej wojny nie można było dopuścić, aby Wojsko Polskie było całkowicie odizolowane od NATO. W pozostałych sferach było lepiej – utrzymywano kontakty gospodarcze, kulturalne. Pozostawienie sfery militarnej w izolacji było zbyt ryzykowne dla Polski i Polaków.

Miałem zaszczyt i honor w latach 70. sprawić, by kontakty Wojska Polskiego ze strukturami militarnymi NATO, a zwłaszcza USA, stały się bardziej efektywne. Amerykanie po wojnach w Korei i Wietnamie tracili zaangażowanie do obrony Europy przed komunistycznym totalitaryzmem sowieckim. Ameryka była słaba i nie miała interesu bronić Europy. 

Chcę zwrócić uwagę na jedną niezmiernie ważną kwestię. Moje kontakty z USA rozpoczęły się od krytyki doktryny i polityki militarnej NATO i USA. Przyszedłem do Amerykanów z pewnymi koncepcjami. Zająłem się przedstawieniem sposobu uniknięcia najgorszego – chodziło o dozbrojenie i korektę doktryny obronnej NATO. Mógł Pan przeczytać w znanej publikacji o mnie w „Washington Post”, iż przekazałem Amerykanom 30 tysięcy dokumentów w języku rosyjskim, zresztą nigdy ich nie liczyłem. Moim głównym motywem było otwarcie Amerykanom oczu na istniejące zagrożenia sowieckie.

 

Polska w obliczu atomowej zagłady

– Jakie to były zagrożenia?

– Amerykanie, kraje NATO, musieli zrozumieć, że ich słabość prowokuje agresję sowiecką. Z perspektywy czasu na plus mogę zaliczyć próbę przekonania USA i NATO do zastosowania w Europie opcji konwencjonalnej. Brak z ich strony wystarczającego uzbrojenia konwencjonalnego, w obliczu ogromnej przewagi Armii Sowieckiej, niedostrzeganie tego faktu rodziło poważne niebezpieczeństwo dla całej Europy, a szczególnie dla Polski. 

Niedostatecznie uzbrojony Zachód, niedostatecznie uzbrojone NATO miały tylko jedną alternatywę w przypadku wojny – poddać się i przejść do radzieckiego „folwarku zwierzęcego” lub bronić się posiadanym potencjałem, czyli bronią nuklearną. Broni nuklearnej nie można było użyć na obszarach państw broniących się, bo nie było sensu zamieniać ich w popiół. Zbyt ryzykowne było więc użycie broni nuklearnej przeciwko Związkowi Sowieckiemu, aby powstrzymać Armię Czerwoną. 

 

– Armia ta musiała przejść najkrótszą drogą do Europy Zachodniej przez terytorium PRL? 

– Tak, i Zachód byłby wtedy zmuszony do użycia broni atomowej na naszym terytorium, na tzw. ziemi niczyjej. Przeciętny Polak nie zdawał sobie sprawy, że w okresie zimnej wojny, w fazach kryzysu Polska stała w obliczu totalnej, biologicznej zagłady, największej w całej swej tysiącletniej historii. Guziki do uruchomienia agresji znajdowały się w Moskwie. Polacy mieli jedynie wykonywać rozkazy z Kremla. 

 

Stąpanie po polu minowym

– Czy uważa Pan, że Pańska współpraca z wywiadem Stanów Zjednoczonych wpłynęła na zmniejszenie tego ryzyka dla Polski? 

– Doświadczenie historyczne uczy, że satelici opuszczają potęgi pod wpływem strat i klęsk. Tak było w czasie II wojny światowej z Hitlerem i jego sojusznikami. Tak samo mogło być podczas niedoszłej wojny ze Związkiem Sowieckim i państwami Układu Warszawskiego. Trzeba było zapobiec stratom i katastrofie, trzeba było coś zrobić, trzeba było znaleźć sposoby uniknięcia najgorszego. Trzeba było tak działać, żeby tym razem Polak był mądry przed szkodą. Jako oficer, jako sztabowiec, jako Polak miałem obowiązek to zrobić. Uważam, że udało mi się to w znacznym stopniu.

 

– Panie Pułkowniku, działał Pan zupełnie bezimiennie, nikt w Polsce o tym nie wiedział. Nawet Pańską ewakuację z kraju władze komunistyczne utrzymywały przez wiele lat w tajemnicy. Jak to było?

– Decydując się na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi, nigdy nie podpisałem żadnej deklaracji, niezbędnej przy podejmowaniu współpracy szpiegowskiej. Nigdy też nie pobierałem od Amerykanów żadnego wynagrodzenia. Moje życie codzienne przypominało stąpanie po polu minowym – jeden nierozważny krok mógł skończyć się dla mnie katastrofą.

Szczegółowe plany na temat wprowadzenia w 1981 roku stanu wojennego przekazałem Amerykanom. We wrześniu 1981 roku nastąpił przeciek i zdałem sobie sprawę, że mogę zostać zdekonspirowany przez bezpiekę. Zdawałem sobie też sprawę, że moje aresztowanie może być wykorzystane jako dowód propagandowy na współpracę Solidarności ze służbami specjalnymi USA. 

Nigdy w życiu nie myślałem, że będę musiał zamieszkać poza granicami Polski. Miałem do wyboru: albo samobójstwo, albo więzienie i wyrok śmierci, albo wyjazd.

 

Haniebny wyrok

– Jak to się stało, że opuścił Pan Polskę w 1981 roku, natomiast wyrok śmierci wydano na Pana dopiero w trzy lata później, w 1984 roku, w zaocznym kapturowym procesie? Dlaczego tak późno doszło do tego procesu i czy próbowano wykonać na Panu ten wyrok?

– Są dowody na to, iż co najmniej dwukrotnie były podejmowane próby porwania mnie z terytorium Stanów Zjednoczonych i sprowadzenia do PRL. Istnieją nawet poszlaki, iż celem tego porwania miała być Moskwa, aby tam postawić mnie przed plutonem egzekucyjnym. Służby specjalne posiadają pewne dowody na to, że uprowadzenie mnie lub zabicie było wspólną operacją planowaną przez polską bezpiekę i sowieckie KGB.

 

– Od 12 lat musi się Pan ukrywać, nawet w USA, przed zemstą SB i KGB, a w kraju, w suwerennej III Rzeczypospolitej, władze nie podjęły żadnej decyzji w sprawie zdjęcia z Pana haniebnego komunistycznego wyroku. Czy czuje się Pan rozgoryczony?

– Wiem, dlaczego zapytał Pan o to i chciałbym, aby Pan wiedział, że to nas bardzo łączy. Przez długie lata był Pan represjonowany za działalność polityczną, a w ciągu naszych amerykańskich spotkań poznaliśmy się na tyle, że zrozumiem, iż łatwiej było Panu zapomnieć długie lata peerelowskiej więziennej poniewierki, niż niecały rok oczekiwania w tym samym więzieniu na wolność i rehabilitację w warunkach, kiedy Polska odzyskała wolność, do czego w jakimś stopniu i Pan się przyczynił. To musiało być coś gorszego od rozgoryczenia. 

Co do mnie, to wiem, że wiele osób w Polsce czeka, żebym sam poprosił o łaskę lub o przebaczenie. NIGDY TEGO NIE ZROBIĘ! Byłoby to poniżej mojej godności. Nie jestem winny. Nie czuję wyrzutów sumienia. Wszystko, co robiłem – robiłem z myślą o Polsce.


Wywiad przeprowadzono w lipcu i sierpniu 1993 r. w USA [przyp. redakcji]. 

 

***

O płk. Ryszardzie Kuklińskim: 

„Nikt na świecie w ciągu ostatnich 40 lat nie zaszkodził komunizmowi tak jak ten Polak. Narażając się na wielkie niebezpieczeństwo, Kukliński konsekwentnie dostarczał niezwykle cennych, wysoce tajnych informacji na temat Armii Sowieckiej, planów operacyjnych i zamierzeń Związku Sowieckiego, przez co przyczynił się w bezprecedensowy sposób do utrzymania pokoju. Ci, którzy znają Kuklińskiego osobiście, widzą w nim człowieka wielkiego charakteru, odwagi, polskiego
patriotę i bohatera”.

William Casey – dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej USA

[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 13.08.2026 09:23
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 31/2026, oprac. Ludwik Pęzioł