Szukaj
Konto

„Masz z nią spać!” Tak działała sekta Niebo

„Masz z nią spać!” Tak działała sekta Niebo
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Tygodnik Solidarność | Licencja: Tygodnik Solidarność | Bogdan Kacmajor, dziecko
W latach 90. sekty budziły w Polsce jednocześnie grozę i ogromne zainteresowanie. Były zjawiskiem wciąż słabo rozpoznanym, a wokół ich działalności narosło wiele mitów. Jedną z najbardziej ekstremalnych była sekta „Niebo”, założona i kierowana przez Bogdana Kacmajora, z siedzibą w Majdanie Kozłowieckim. W 2000 roku wspólnota chyliła się już ku upadkowi, ale wcześniej zdążyła zrujnować życie wielu swoim członkom. Jej działalność opisał w reportażu opublikowanym w nr. 27 (616) 7 lipca 2000 roku na łamach „Tygodnika Solidarność” Maciej Piotrowski. Przypominamy ten tekst z okazji 45-lecia naszego pisma.
Co musisz wiedzieć:
  • Sekta „Niebo” Bogdana Kacmajora przez lata niszczyła życie swoich członków.
  • Reportaż pokazuje skalę dramatów związanych z działalnością Kacmajora.
  • Mimo licznych tragedii Kacmajor do końca przedstawiał siebie jako uzdrowiciela i ofiarę nieporozumień.

Zwłoki zostały odkryte przypadkowo przez robotników leśnych, daleko od szosy. Zmarły był mężczyzną w średnim wieku, o długich, ciemnych włosach. Przed śmiercią nosił brodę, co dodatkowo utrudniało identyfikację. Nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów, natomiast w zasięgu ręki znajdował się nóż z wysuwanym ostrzem, w rodzaju tych, jakich używa się do cięcia wykładzin podłogowych. Nóż był bardzo ostry: tętnica szyjna zmarłego została przecięta jednym długim, zdecydowanym cięciem. Zgon musiał nastąpić w ciągu kilkudziesięciu sekund.

Przez ponad miesiąc wszystko wskazywało na to, że zmarłym, znalezionym w lesie koło Lubartowa, mógł być Zbigniew Sajnóg, znany gdański poeta, który kilka lat temu związał się z sektą „Niebo” Bogdana Kacmajora. Dwukrotne badania daktyloskopijne wykluczyły jednak tę możliwość: samobójcą okazał się Bogusław Popławski, 36-letni członek tej samej sekty.

 

To były trudne akcje

Bogusław Popławski, członek „Nieba” od samego początku istnienia sekty, był jednym z najwierniejszych wyznawców Kacmajora. Czy to możliwe, że guru wyrzucił go z domu jak psa, gdy 18 maja Popławski wyszedł bez środków do życia z aresztu?
Dom sekty w Majdanie Kozłowieckim nie zmienił się ani trochę w ciągu dziesięciu lat. Za to zmieniło się otoczenie: duży dwupiętrowy budynek tonie w zieleni drzew. Działka nie jest ogrodzona, co zawsze myliło obcych. Gdy byłem tu po raz pierwszy, kilka lat temu, jedyne słowa, jakie wówczas usłyszałem, brzmiały:

– To jest prywatny teren – spier…!

Trzej młodzi mężczyźni wyglądali naprawdę groźnie. Z budynku wyskakiwali już następni. A przecież na szosie, tuż koło domu, stał oznakowany policyjny radiowóz. Dwaj policjanci, z którymi przyjechałem,wyglądali na zdenerwowanych. W razie czego nie daliby rady kilkunastu zdesperowanym, gotowym na wszystko mężczyznom. Wycofaliśmy się.

Dziś, jeśli policjanci się nie mylą, mieszka w tym domu już tylko sam guru z żoną i dziećmi. Czy w ogóle zechce rozmawiać z dziennikarzem, który śledzi jego losy od tylu lat? Przez kilka minut pukam do drzwi, stukam w szyby, w końcu walę metalowym garnkiem o parapet. Hałas słychać chyba na kilkaset metrów. Żadnej reakcji. Ale tak było zawsze: gdy nadjeżdżali obcy, mieszkańcy tego domu zamykali na klucz wszystkie drzwi, chowali się na piętrze i czekali, aż nieproszeni goście zmęczą się kołataniem i odjadą. W ten sposób postępowano z listonoszami, którzy przywozili wezwania do sądu, z urzędniczkami kuratorium domagającymi się, aby dzieci chodziły do szkoły, z pielęgniarkami, które chciały wykonać obowiązkowe szczepienia. Kilka razy trzeba było te drzwi wyłamywać siłą. Policjanci wkraczali, gdy na mieszkańcach zaczęły ciążyć wyroki za kradzież drewna z lasu, za włamania do sklepów, za uchylanie się od służby wojskowej.

– To były trudne akcje – wspomina podkom. Antoni Marczuk z Lubartowa. – Najpierw trzeba było obstawić tyralierą cały teren, bo podejrzani uciekali do tego lasu jak zające. Brało w tym udział 20–30 funkcjonariuszy, posiłki trzeba było sprowadzać aż z Lublina.

 

Antychryści

Nareszcie: w jednym z okien pojawia się czyjaś twarz, słychać głosy dzieci. Schodami z I piętra schodzi Bogdan Kacmajor, trzymając w ręku niedopitą szklankę herbaty. Herbata jest ciemnobrunatna, bardzo mocna. W zakładach karnych więźniowie oszałamiają się takim wywarem jak alkoholem.

Bogdan Kacmajor jest niewysokim, szczupłym mężczyzną. Ma 46 lat i na tyle wygląda: ciemna, krótka broda, krótko ostrzyżone, siwiejące na skroniach włosy. Gdy mówi, widać zniszczone, brązowe od papierosów zęby.

– Ale ja nie udzielam żadnych wywiadów – mówi od razu, gdy przedstawiam się.

– Przyjechałem specjalnie po to, aby poinformować pana o tym, że zidentyfikowano zwłoki Bogusława Popławskiego – mówię.

– Czy to już pewne? – pyta mimochodem, jakby ta wiadomość nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. A powinna.

– W gazecie podali, że był członkiem pańskiej sekty.

– Jakiej sekty? – protestuje – mieszkamy tu sobie spokojnie z żoną i dziećmi. Czy pan tu widzi jakąś sektę? Nie rozmawiałem z Popławskim od paru miesięcy. Nie wiem, co ostatnio robił, w ogóle nie miałem z nim żadnego kontaktu. – Bogdan Kacmajor prawdopodobnie kłamie w żywe oczy, tak jak kłamał od chwili rozpoczęcia swojej działalności kilkanaście lat temu. Ale przez cały ten czas bardzo trudno było mu to udowodnić.

W końcu lat 80. rozwiódł się z pierwszą żoną, sprzedał dom w Morągu i kupił ziemię pod Lubartowem, tuż koło lasu. Ponad 20 hektarów. Dom zbudowano w ciągu kilku miesięcy, a więc bardzo szybko jak na ówczesne warunki. Miejscowi urzędnicy załatwiali mu przydziały na materiały budowlane, a Kacmajor leczył ich za to „nakładaniem rąk”. Gdy dom był już gotowy i zaludnił się członkami sekty, przez dwa-trzy lata kontakty z mieszkańcami wsi układały się poprawnie. Niektórzy członkowie sekty, rolnicy po studiach, założyli inspekty, siali zboże, grykę, sadzili ziemniaki. Ale po kilku latach znudziłą się ta działalność, pole zarosło zielskiem. Mieszkańców wsi zaczęło denerwować to nieróbstwo, bo zimą ktoś podkradał kury z kurników, ginęły ziemniaki z kopców i warzywa przechowywane w piwniczkach. A Kacmajor, tak jak przedtem chętnie leczył, tak teraz chodził po wsi, strzelał palcami i groził:

– Ty masz chorobę – umrzesz na raka albo na marskość wątroby.

Rzucał uroki, zastraszał ludzi, którzy bali się zgłaszać na niego skargi policji.
Miarka przebrała się, gdy cztonkowie sekty zaczęli naigrawać się z religii. W dzień Matki Boskiej Zielnej szła przez wieś procesja na poświęcenie pól, a członkowie sekty wykrzykiwali wtedy nieprzyzwoitre słowa i beczeli jak barany. Gdy umarł jeden z gospodarzy, wystawili przy drodze podobną do niego kukłę z napisem: „On nie chciał się z nami bawić”. Wtedy taka złość wstąpiła w mieszkańców, że gotowi byli siłą wygonić sektę ze wsi. Ale tych „antychrystów” ciągle przybywało, a jednemu z gospodarzy grożono nawet podpaleniem domu, jeśli nie przestanie pisać skarg do urzędów. Co najmniej przez pięć-sześć lat trwał ten stan chwiejnej, nienawistnej równowagi.

 

Dużo strzał w kołczanie

W 1995 w sekcie nastąpił rozłam. Andrzej Ilski, jeden z najwcześniejszych wyznawców „Nieba”, przekonał się, że Bogdan Kacmajor zużywa na własne potrzeby pieniądze wnoszone do Wspólnoty przez jej członków. Zabrał z sekty żonę Bożenę, dwu adoptowanych synów i jeszcze kilka osób i przeniósł się z nimi do wsi Jakubowskie, koło Bielska Podlaskiego. Żyją tam do dzisiaj w wynajętej chałupie, nie kontaktując się w ogóle z sąsiadami. Podobno przymierają głodem, chorują. Wszystko wskazuje na to, że także i ten odłam sekty niebawem przestanie istnieć.
Ewa W., siostra Andrzeja Ilskiego, została 5 lat temu przy Kacmajorze. Gdy parę lat wcześniej porzuciła męża, mieszkańca Opola, uciekła do sekty wraz z dwojgiem dzieci. W Majdanie Kozłowieckim urodziła jeszcze trzecie dziecko, którego ojcem był 14-letni chłopiec. Tak kazał Kacmajor. Gdy tylko w sekcie pojawiał się młody chłopak, przydzielał mu starszą kobietę i mówił:

– Masz z nią spać!

A do kobiety:

– Ten będzie twoim mężem!

Dzięki takiej polityce w sekcie urodziło się co najmniej kilkanaście dzieci. Ile dokładnie – nie wie nikt. Nawet Urząd Stanu Cywilnego w Lubartowie. Urodzenia dzieci zgłaszano przecież z wieloletnim nieraz opóźnieniem, a i to tylko wtedy, gdy za niedopełnienie obowiązku meldunkowego rodzicom groziła odsiadka w areszcie.
Gdy Henryk W. wystąpił do sądu o pozbawienie byłej żony władzy rodzicielskiej, Ewa W. przez kilka lat ukrywa synów. To w Jakubowskiem, to w Majdanie Kozłowieckim w specjalnie zbudowanym schowku, to u znajomych w centralnej Polsce. Henryk W. wyjechał do Niemiec, żeby, jak mówił, zarobić na adwokata. Po paru latach tej szarpaniny nie wytrzymał jednak psychicznie i rzucił się z balkonu. Zginął na miejscu.

Po schodach zbiega z góry wysoki, szczupły dziesięciolatek, podobny do ojca jak dwie krople wody. Nazywa się „Do” i jeszcze nie rozumie, że takie imię będzie go ośmieszało do końca życia. Za nim następne dzieci, wszystkie urodzone już tutaj, w Majdanie Kozłowieckim, i wszystkie obdarzone podobnie cudacznymi imionami. Porody odbierał osobiście Bogdan Kacmajor. Przez wszystkie te lata ani razu nie zgodził się na przyjazd lekarza czy choćby położnej. Gdy kobiety bardzo krzyczały, mówił, że przejmuje ich ból na siebie. Gdy dzieci chorowały, twierdził, że to ich wina, że muszą cierpieć.

Przez parę lat w „Niebie” rodzili się sami niemal chłopcy, aż mieszkańcy wsi zaczęli podejrzewać, że nowo narodzone dziewczynki sprzedawane są gdzieś za granicę. Ale to się nie potwierdziło. Podobnie, jak nie potwierdziły się pogłoski, że kilku członków sekty zmarło w tym domu i zostało potajemnie pochowanych gdzieś na terenie gospodarstwa. Aby to sprawdzić, policja sprowadziła kamerę termowizyjną. Nic nie wykryto.

– Ile pan w końcu ma dzieci – pytam – bo urzędnicy w Lubartowie wiedzą tylko o czworgu?

– Siedem – odpowiada Bogdan Kacmajor – ósme jest w drodze, a razem będzie dziewięć. I jeszcze dużo strzał mam w kołczanie.

Jest na luzie, gestykuluje obiema rękami, przestępuje z nogi na nogę, akcentując niektóre słowa. Zupełnie nie widać, aby ciążyły mu na sumieniu ludzkie dramaty, jakie rozgrywały się w tym domu. Przecież nawet rodzice Bogusława Popławskiego przyjechali tu kiedyś ze swojej wsi, aby walczyć o syna jedynaka. Nic nie zdziałali.

 

Praca rąk

Pierwsza żona Kacmajora, Małgorzata, przez sześć lat nie widziała ich pierworodnego syna Daniela, który był ukrywany w sekcie. Wynajęła nawet prywatnego detektywa, który po kilku tygodniach pracy rozłożył ręce:

– Tam nikt nie ma dokumentów, dzieci są uczone od najmłodszych lat, jak zacierać tożsamość, a wszyscy dorośli zgodnie twierdzą, że nie wiedzą, kto jest matką, kto ojcem.

Katarzyna spod Opola odeszła z sekty z czwórką dzieci, każde od innego ojca. Nie ma zawodu, mieszka z rodzicami, w telewizyjnej audycji skarżyła się, że sekta zabrała jej najlepsze lata życia.

Dziewczyna z Jeleniej Góry o rzadkim imieniu Lutona, bardzo ładna, z niemal ukończonym doktoratem, znalazła się w sekcie z powodu męża. Musiała go bardzo kochać, skoro wytrzymała kilka lat takiego życia. W 1998 roku napisała list pożegnalny, spakowała swój plecaczek i pojechała autobusem do Lublina. Rzuciła się z XII piętra wieżowca koło KUL-u, chyba najwyższego w mieście. Przez długi czas figurowała w kartotekach jako NN. Jej mąż pod wpływem Kacmajora przez kilka tygodni nie zgłaszał jej zaginięcia .

Janusz Ochnik, zabójca czterech żołnierzy z jednostki wojskowej w Zegrzu, z trudem uniknął śmierci. Sądowy psychiatra skierował go na obserwację do szpitala w Abramowicach pod Lublinem. Tam poznał Kacmajora, również przebywającego na obserwacji. Po paru tygodniach Ochnik uciekł ze szpitala i ukrywał się w „Niebie” przez kilka miesięcy. Kacmajor polecił wybudować dla niego specjalny schowek ze ślepą ścianą, do którego Ochnik chował się za każdym razem, gdy przyjeżdżała policja. Ale przechowywanie zbiega z zakładu psychiatrycznego, w dodatku poszukiwanego listem gończym, to nie był dobry interes. Wprost przeciwnie: trzeba go było karmić i ubierać, bo nie miał przecież żadnych własnych pieniędzy. Zimą 1994 Bogdan Kacmajor pokazał mu drzwi. Ochnik błąkał się przez dwie doby, zanim zdecydował się poprosić o pomoc w sąsiedniej wsi. Gdy dostał coś ciepłego do picia, zemdlał z wyczerpania.

– Z czego pan teraz żyje? – pytam Kacmajora na pożegnanie.

– Z pracy rąk – uśmiecha się szeroko, jakby powiedział najlepszy dowcip. Podobno jeździ gdzieś na Ukrainę, podobno leczy tam ludzi przez „nakładanie rąk”, podobno otrzymuje z zagranicy paczki z żywnością.

– Już niebawem, zapowiada, sprzedamy ten dom i przeniesiemy się gdzieś w góry – mówi. – I wtedy jeśli pan chce do nas przyjechać prywatnie, nie jako dziennikarz – zapraszam. Porozmawiamy o życiu. Może zajmiemy się pańskim sercem? Albo wątrobą? A nie ma pan przypadkiem kłopotów z nogami?

 

Gdzie jest Sajnóg?

Jeśli chodzi o Zbigniewa Sajnóga, Bogdan Kacmajor oczywiście od dawna o nim nie słyszał. Nawet nie wiedział, że wiosną tego roku siedział z powodu drobnej kradzieży przez kilka tygodni w areszcie razem z Popławskim.

– Pewnie krąży gdzieś po Polsce, jak to miał w zwyczaju przez tyle lat. Albo siedzi gdzieś za granicą. Przecież tu, w Majdanie, on bywał tylko przejazdem – mówi z naciskiem Kacmajor.

Obaj wiemy, że to nieprawda. I obaj wiemy, że po rozwiązaniu sekty Sajnóg pozostał właściwie bez środków do życia. Jeżeli jeszcze żyje, może odezwie się po przeczytaniu tego artykułu. Może odezwą się jego znajomi. Przecież nie można dłużej przemilczać faktu, że zaginął jeden z najwybitniejszych poetów swojego pokolenia.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 31.08.2026 15:19
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 34/2026, oprac. Ludwik Pęzioł