Szukaj
Konto

Człowiek, który drażni Tuska

Człowiek, który drażni Tuska
Źródło: Screenshot z YT | Autor: Sejm | Licencja: YT | Zbigniew Bogucki
Zbigniew Bogucki wydaje się dziś głównym kandydatem do objęcia funkcji szefa rządu, jeśli prawica przejmie władzę po przyszłorocznych wyborach. To polityk, który jest absolutnym przeciwieństwem obecnego premiera, dlatego tak bardzo budzi jego strach.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor uważa, że Przemysław Czarnek nie sprawdził się jako potencjalny kandydat PiS na premiera, a jego miejsce może zająć Zbigniew Bogucki.
  • Bogucki ma reprezentować inną strategię niż Czarnek: mniej radykalizmu i awantur, więcej spokoju, konkretów i konsekwencji.
  • Zdaniem autora prawica potrzebuje odejścia od wojny PiS–PO i wyścigu na radykalizm na rzecz poważniejszego stylu uprawiania polityki.

Choć oficjalnie w Prawie i Sprawiedliwości wszyscy temu zaprzeczają, to po cichu przyznają, że projekt o nazwie „kandydat na premiera Przemysław Czarnek” dobiega końca. Oczywiście niewielu w partii chciałoby poniżenia byłego ministra edukacji, więc zamiast nagłej rezygnacji z kandydata, następuje powolne wygaszanie. On sam jeszcze jeździ po kraju, wypowiada się, komentuje działania rządu z wielką żarliwością i zaangażowaniem, ale to już tylko pozory. A dokładniej element przedłużonej kampanii wyborczej, w której lubelski polityk odgrywa swoją rolę.

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

 

Wycofać się z honorem

W partii przyznają, że miał swoją szansę, ale jej nie wykorzystał. On i wspierający go politycy długo namawiali Jarosława Kaczyńskiego, by wysunął wyrazistego kandydata na premiera, który miałby powalczyć o wyborców Konfederacji. W rzeczywistości chodziło bardziej o jasne zakomunikowanie Mateuszowi Morawieckiemu, że nie jest faworytem w wyścigu na szefa przyszłego prawicowego rządu. Grupie „maślarzy” Czarnek posłużył więc jako taran do wypchnięcia byłego premiera z partii. Gdy operacja ostatecznie się powiodła, jego znaczenie znacznie spadło. Nie tylko przestał być potrzebny, ale uznano go za jednego z winowajców katastrofalnego dla PiS rozłamu.

Profesor z Lublina poniósł więc podwójną porażkę. Mimo radykalnych propozycji i ostrego języka nie odzyskał wyborców, którzy wyemigrowali do Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. Zamiast tego jego kandydatura osłabiła PiS, które w notowaniach systematycznie spada poniżej dwudziestu procent poparcia.
Innymi słowy – dostał od Jarosława Kaczyńskiego szansę, ale zadania nie wykonał. Teraz więc pozostaje już tylko kwestia sposobu wycofania się z honorem.

 

Wyścig na radykalizm

Ale misja profesora Czarnka nie powinna zostać uznana za czas stracony. Doświadczenia jego kilkumiesięcznej aktywności muszą dać do myślenia partyjnym strategom, którzy przygotowują się do przyszłorocznych wyborów. W wyścigu na radykalizm PiS jest niewiarygodne i nigdy nie wygra ze Sławomirem Mentzenem i Grzegorzem Braunem. Próbując ich naśladować, jedynie utwierdza swoich wyborców w przekonaniu, że nie ma sensu popierać PiS. Skoro partia Kaczyńskiego uznaje swój dotychczasowy kurs za błędny, a osiągnięcia za porażki, to znaczy, że próbuje zmienić tożsamość. Tym jest przecież wizerunkowa dominacja w PiS Patryka Jakiego, Dariusza Mateckiego, Jacka Ozdoby czy Tobiasza Bocheńskiego. Jednak tego rodzaju operacja jest dla każdej formacji wyjątkowo niebezpieczna, gdyż w ten sposób znacznie łatwiej wyborców stracić, niż zyskać.

Proces rozpoczął się zresztą już wcześniej, gdy na kompletny margines zostali zepchnięci Ryszard Legutko, Zdzisław Krasnodębski czy Jacek Saryusz-Wolski. Ich miejsce mieli zająć młodsi politycy, którzy tchnąć mieli w formację nowe życie i dynamikę. Wiedzę i doświadczenie zastąpiły jednak efekciarstwo i kręcenie rolek. Efektywności od tego nie przybyło, ale za to odcięto się od prawicowej inteligencji, którą wcześniej do PiS zraził Jarosław Gowin jako wicepremier i minister nauki. 

Jeśli więc Przemysław Czarnek miał być odpowiedzią na nowe wyzwania, które stoją przed PiS, to podjął się misji straceńczej. Nie dlatego, że brak mu determinacji i wiedzy, ale po prostu postawiono błędną diagnozę i wyznaczono niewłaściwe cele. Zadania tego nie wykonałby zresztą także Mateusz Morawiecki, gdyż zbyt świeże są wspomnienia jego rządów. Nie chodzi nawet o to, że nie miał osiągnięć – tu akurat ma się czym pochwalić – ale po prostu nastąpiło przewartościowanie w polityce. Wyborcy chcą czegoś i kogoś innego.

 

Nowa twarz prawicy

Nie chodzi tu wcale o prosty radykalizm, którego egzemplifikacją mają być Grzegorz Braun czy Sławomir Mentzen. Celem sfrustrowanych prawicowych wyborców jest raczej chęć odzyskania własnego kraju i uwolnienie się od lewicowych szaleństw. Mają dość traktowania ich jako kolorytu polityki, gdyż uznają to za patologie, które zbyt daleko odbiegły od normy.

Kluczem do sukcesu nie jest więc prowadzenie krucjat skierowanych przeciw Ukraińcom, Unii Europejskiej, gejom nazywanym dla zaostrzenia przekazu „sodomitami”, ale odejście od poprawności politycznej i przywrócenie jasnych, tradycyjnych zasad, które zapewniały społeczeństwom spokojny byt i rozwój. To zasadnicza różnica w pojmowaniu polityki. Nie ma ona polegać na piętnowaniu kogokolwiek, ale na afirmacji normalności. Polityk wchodzący na tę ścieżkę nie musi wiecznie krzyczeć i być oburzony, ale powinien raczej ze spokojem, kulturą i konsekwencją obnażać idiotyzmy współczesnej lewicy. Tym właśnie Zbigniew Bogucki fundamentalnie różni się od Przemysława Czarnka.

Łączy kilka bezcennych dla polityka cech: wewnętrzną siłę, determinację, merytoryczne przygotowanie, ale także spokój, opanowanie i żelazną konsekwencję. Nie próbuje zabierać głosu w każdej sprawie, ale skupia się na tym, co najważniejsze. Jego przeciwnikiem jest głównie Donald Tusk. W zasadzie nie wchodzi w spory z jego ministrami, gdyż uznaje – słusznie zresztą – że to za niska dla niego szarża. Trzymając nerwy na wodzy i posługując się dobrze językiem polskim, doprowadza premiera do wrzenia. Drwi z niego bez obrażania go, punktuje bez podnoszenia głosu, pokazuje hipokryzję z uśmiechem na twarzy.

Kiedy Przemysław Czarnek wali cepem, Bogucki używa skalpela. Nie wdaje się w prymitywne pyskówki, które premier tak uwielbia. Nie daje się sprowadzić do poziomu prymitywnych oskarżeń, pogróżek czy insynuacji, które są PR-owskim orężem obecnej władzy.

 

Chodzi o coś więcej

Gdy politycy obu Konfederacji powtarzają, że PiS i PO to jedno zło, nie porównują dokonań obu partii. Mają raczej dość sporu między tymi formacjami, który przybrał formę patologiczną. Walka toczy się o wszystko: Trybunał Konstytucyjny, ambasadorów, cenę paliwa, telewizję, prokuraturę, winnych afery Zondacrypto, informacje o zagrożeniu Polski ze strony Rosji czy nawet procedury zestrzelenia rosyjskich dronów i rakiet.

Podgrzewanie tego konfliktu jest elementem strategii obu partii na zajmowanie uwagi możliwie największej liczby wyborców. Tylko w ten sposób obie formacje utrzymują dominujące pozycje. Przemysław Czarnek idealnie wpasował się w ten scenariusz, atakując Tuska na wszystkich możliwych polach. Radykalizując przekaz, miał nadzieję, że przeciągnie na swoją stronę sympatyków Brauna, Mentzena i Bosaka.

Nic takiego się jednak nie wydarzyło, bo tu właśnie tkwi fundamentalny błąd. Wyborcy obu Konfederacji mają już dość tego duopolu i dążą raczej do przeniesienia sporu na inny poziom. Do odejścia od osobistych animozji i zwierzęcej niechęci, a skupienia się na rzeczywistych problemach. Ta strategia przyniosła sukces Karolowi Nawrockiemu, a Zbigniew Bogucki stara się kontynuować tę linię. Nie bierze udziału w wyścigu na wyzwiska i inwektywy, ale trzyma się konkretów, które są dla Donalda Tuska wyjątkowo niekorzystne.

 

Przywrócić powagę

W polskim życiu publicznym, które w dużej mierze opiera się na ujadaniu, puszeniu się, wieszczeniu końca świata i oskarżaniu o zdradę, Zbigniew Bogucki emanuje powagą i zawsze dba o styl, co jest w naszej rzeczywistości cechą rzadką. Jako jednego z niewielu polityków można by go zaprosić do domu bez obaw, że wybuchnie gorsząca kłótnia. Nawet osoby o odmiennych przekonaniach zdają sobie sprawę, że spór z Boguckim nie przerodzi się w szermierkę wyzwisk. Jest typem mężczyzny, którego wiele matek widziałoby jako męża dla swoich córek, a to w polityce jest kapitałem wyjątkowo rzadkim, gdyż przyciąga ogromną grupę wyborców. Podobne zaufanie przez dłuższy czas budził Mateusz Morawiecki, co także zapewniało mu ogromne poparcie.

To zresztą bardzo charakterystyczne, że wśród głównych działaczy Koalicji Obywatelskiej nie ma ani jednego polityka, który posiadałby takie cechy. Adam Szłapka, Cezary Tomczyk, Marcin Kierwiński czy Arkadiusz Myrcha to raczej typy cwanych politycznych karierowiczów, którzy nie przejawiają żadnych cech charakteru poza służalczością. Radosław Sikorski to bufon o wiecznie niespełnionych ambicjach, Rafał Trzaskowski zaś to ciągle przegrywający leń, który mimo blisko pięćdziesięciu pięciu lat nadal udaje młodziaka. Wobec nich Bogucki znajduje się na przeciwnym biegunie.

Dużym atutem szefa Kancelarii Prezydenta jest zdystansowanie się od PiS. Jako frontman Karola Nawrockiego reprezentuje obóz zwycięzców, który uczestniczy w grze o najwyższe stawki. PiS pogrążyło się zaś w wewnętrznych sporach, które odbijają się na mobilizacji i zdolności do reagowania na zmieniającą się dynamicznie sytuację w Polsce.

 

Jedyny akceptowalny

Gdy Przemysław Czarnek zmaga się z Mateuszem Morawieckim, prezydencki minister toczy spór z Donaldem Tuskiem czy Włodzimierzem Czarzastym. Bogucki ma świadomość, że ma za sobą najsilniejszego polityka w kraju, który całą koalicję przyprawia o zawrót głowy – nie tylko rosnącym poparciem, ale także odmiennym, poważniejszym sposobem uprawiania polityki oraz inną perspektywą czasową. Gdy koalicja wchodzi w kampanię wyborczą, Karol Nawrocki ma jeszcze cztery lata spokojnego rządzenia w pierwszej kadencji.

Wydaje się także, że jako przedstawiciel głowy państwa Bogucki będzie jedynym politykiem, którego na szefa rządu może zaakceptować cały obóz prawicy.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.09.2026 06:00
Źródło: Tygodnik Solidarność 38/2026, oprac. Ludwik Pęzioł