W PiS już nie chodzi o ucho prezesa

- Autor twierdzi, że PiS przestało być partią całkowicie zależną od Jarosława Kaczyńskiego.
- Konflikty wewnątrz PiS dotyczą nie tylko ambicji personalnych, ale także sporów o kwestie strategiczne.
- Zdaniem autora PiS przechodzi transformację w nowoczesną partię polityczną.
Podczas zakończonego niedawno Europejskiego Kongresu Gospodarczego najwięcej uwagi przedsiębiorców, ekspertów i komentatorów wzbudził były szef rządu Mateusz Morawiecki. Po dwóch i pół roku sprawowania władzy przez Donalda Tuska biznes zaczyna poważnie dostrzegać różnicę w priorytetach byłego i obecnego premiera. Rozmach, ambicje, modernizacja kontra zadłużenie, stagnacja i brak wiary we własne siły. Z jednej strony rozwój, z drugiej – coraz bardziej widoczny kryzys.
Osłabienie przywódcy, wzmocnienie PiS
PiS nie jest już postrzegane jako partia protestu, która dąży do wywrócenia stolika. Osiem lat rządów kompletnie zmieniło jej oblicze. Pozytywnie i negatywnie. Nadużycia i nepotyzm, ale także zmasowana kampania pseudorozliczeń ekipy Tuska, odebrały formacji Kaczyńskiego nimb ideowości i bezwarunkowej uczciwości. Dla wielu wyborców był to bardzo ważny element tożsamości i nie mogą pogodzić się z zawiedzionymi nadziejami. Nawet jeśli w dużej mierze oczekiwania były nieco naiwne i oderwane od realizmu techniki rządzenia, której nieodłącznym elementem jest transakcyjność, to jednak zaufanie zostało mocno zachwiane.
Z drugiej jednak strony Prawo i Sprawiedliwość stało się formacją, która jest realną alternatywną dla partii tworzących elity III RP, czyli liberalno-postkomunistycznego układu. Stworzyło własną elitę złożoną z polityków, którzy nie tylko pełnili najważniejsze funkcje w państwie, ale zyskali także silną pozycję międzynarodową. Co ważniejsze, za obecną opozycją stoją także eksperci, związkowcy, urzędnicy, menedżerowie, media, biznes, całkiem spora grupa naukowców czy wreszcie różne lobby, które w modelu rozwoju zaproponowanym przez rząd PiS widziały szansę na robienie poważnych interesów.
Ich poparcie nie jest jednak bezwarunkowe. Dlatego w podejmowaniu kluczowych decyzji – na przykład o ewentualnym wykluczeniu z partii poważnego polityka – te wszystkie grupy nacisku mają swój udział. To one w dużej mierze kształtują nie tylko kierunki rozwoju PiS, ale także jego obecny wizerunek. Choć oznacza to realnie osłabienie siły przywódczej Jarosława Kaczyńskiego, to w rzeczywistości powoduje wzmocnienie tego ugrupowania. Pokazuje, że jest ono zdolne do rozwiązywania konfliktów bez secesji. Siły wiążące całe środowisko są silniejsze niż ruchy odśrodkowe.
Skok w nowoczesność
Próba sił w Prawie i Sprawiedliwości pokazała, że konieczne staje się godzenie odmiennych interesów, emocji i wrażliwości. To nie tylko powoduje demokratyzację ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego, ale również jego transformację. PiS ma szansę stać się pierwszą nowoczesną partią w Polsce. Taką, która łączy różne nurty polityczne nie tylko z powodu walki ze wspólnym, personalnym wrogiem, zagrażającym nabytym przywilejom – tak jak to jest w przypadku Koalicji Obywatelskiej, PSL czy Lewicy – ale raczej jako rzeczywista perspektywa rozwoju i budowania podmiotowości państwa.
To zasadnicza cecha, która odróżnia największą partię opozycyjną od rządzącej koalicji. Partia Tuska nawet nie zaprząta sobie głowy tworzeniem jakiegoś modelu modernizacji kraju. Istota rządzenia polega na ugruntowaniu władzy w celu czerpania korzyści z państwa przez uprzywilejowane grupy – byłych funkcjonariuszy służb specjalnych (komunistycznych i postkomunistycznych), salonu III RP, zaprzyjaźnionego z nim biznesu, mediów czy usłużnych wobec władzy ekspertów. Widać to szczególnie jaskrawo po dwóch i pół roku rządów obecnej ekipy. W dużej mierze polegają one na przywracaniu przerwanych przez rządy PiS kanałów dystrybucji dóbr i przywilejów (grantów, wysokich emerytur, kontraktów itp.) wynikających z rządzenia. To zapewnia poparcie wpływowych środowisk, które uważają, że władza należy im się niejako z nadania historii. To oni – osobiście i jako środowiska – tworzyli zasady funkcjonowania III RP i nikt nie ma prawa im tego odbierać.
Ten model uprawiania polityki, czy może raczej funkcjonowania partii, jest jednak skrajnie archaiczny. Oparty na powiązaniach, kontaktach i interesach grup starych towarzyszy, zmierza raczej do zamykania możliwości rozwojowych. Jego celem jest pilnowanie, by nie powstała żadna nowa elita – choćby biznesowa – roszcząca sobie prawa do wpływu na politykę.
Inna perspektywa
Konflikt w PiS pokazał, że formacja ta przechodzi zupełnie odwrotną przemianę. Spór – choć w znacznej mierze personalny, oparty na niechęci środowiska Solidarnej Polski do Mateusza Morawieckiego – dotyczył jednak w dużej mierze kwestii fundamentalnych: relacji z Unią Europejską, odpowiedzialności za wdrożenie polityki klimatycznej czy reformy wymiaru sprawiedliwości. Nie można tego nazwać dyskusją programową, ale widoczne linie podziału wyodrębniają kilka środowisk, które odpowiadają na potrzeby i emocje sporej części prawicowego elektoratu.
Rozwiązaniem konfliktu ma być kooperacja i rywalizacja tych skonfliktowanych grup w ramach jednego ugrupowania czy – jakbyśmy to korporacyjnie nazwali – projektu.
Oczywiście w PiS zawsze były konkurujące frakcje, które skakały sobie do gardeł. Prezes Jarosław Kaczyński rządził partią, napuszczając jednych na drugich i przyglądając się, kto jest silniejszy. Gdy już wydawało się, że któreś skrzydło przegrywa, wzmacniał je, by zachować balans. Głos prezesa był zawsze ostateczny i niepodważalny.
To zmieniło się już po pierwszej kadencji rządów PiS. Oderwany od codziennego rządzenia i konieczności podejmowania trudnych decyzji Jarosław Kaczyński stawał się coraz bardziej zależny od emancypującej się elity władzy. Jego opinie można było otwarcie lub półotwarcie krytykować, a polecenia przestały być bezwzględnie wykonywane. Lewicowe media oczywiście stwierdziły, że Kaczyński traci wpływy w partii, bo nie domaga ze względu na wiek. Proces jest jednak znacznie głębszy. Jego rola z wodza zmieniła się w coś w rodzaju mediatora – choć nadal posiada w partii decydujący głos – którego głównym celem jest spajanie zwaśnionych grup.
Kaczyński musi rozmawiać
Stąd oczywiście wzięły się zdjęcia ze spotkań z Mateuszem Morawieckim i Adamem Bielanem czy Morawieckim oraz Przemysławem Czarnkiem. Jeszcze kilka lat temu wystarczyłoby dyscyplinujące spotkanie przy Nowogrodzkiej i sprawa byłaby załatwiona. Teraz musi rozmawiać z politykami, którzy w najważniejszych miejscach na świecie spierali się z politykami rządzącymi Francją, Niemcami, Holandią czy USA. I to w kwestiach tak fundamentalnych jak wojna na Ukrainie czy polityka klimatyczna UE.
Oni się już Kaczyńskiego nie przestraszą. Znają doskonale swoją wartość i są odporni na naciski. Dlatego im więcej zapewnień o zgodzie, „dwóch płucach” i pojednawczych gestów, tym bardziej wydaje się, że konflikt w Prawie i Sprawiedliwości był czy może nadal jest poważniejszy od wszystkich poprzednich. Toczą go przecież ludzie, którzy już zasmakowali władzy, więc wiedzą, o co się biją. Znają też skuteczne metody walki oraz własną siłę.
Kto kogo ograł
Sprowadzając konflikt do przepychanki dwóch czy trzech kogucików, liberalne media uznały, że Morawiecki ograł Kaczyńskiego. Postawił wszak na swoim, zachował stowarzyszenie, które miało być powodem spięcia, i nadal prowadzi własną grę. Trudno powiedzieć, czy tego rodzaju stwierdzenia wynikają z wąskich horyzontów, czy raczej z chęci podgrzewania konfliktu, jednak logika tego kompromisu jest kompletnie inna.
Jarosław Kaczyński oraz wszystkie inne strony sporu dostrzegły, że zachowanie integralności – nie mylić z bezwzględną jednością poglądów – środowiska jest warunkiem marzenia o przejęciu władzy za półtora roku. Każda z tych grup musi sobie teraz wywalczyć silną pozycję w szerokim ugrupowaniu nie poprzez zabieganie o przychylność prezesa partii, ale pozyskując nowe grupy wyborców. To w PiS nowość, gdyż wcześniej liczyły się jedynie rodowód i poparcie szefa partii.
Przemysław Czarnek, Mateusz Morawiecki, Patryk Jaki, Bartosz Bocheński czy Jacek Sasin konkurują więc nie o dostęp do ucha prezesa, ale o to, kto zbierze więcej wyborców na swoich wiecach i spotkaniach. Kogo zdołają pozyskać i przyciągnąć albo jak osłabią ekipę Tuska. Dlatego Morawiecki spotykał się z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, Krzysztof Szczucki z Szymonem Hołownią, a Patryk Jaki oraz Tobiasz Bocheński objeżdżają uczelnie (gdzie zresztą nie są wpuszczani) i przed nimi dyskutują ze studentami.
Konflikt będzie trwał
To oczywiście nie oznacza, że konflikt wygasł. Będzie trwał, gdyż młodsi chcą odsunąć starszych na boczny tor. Takie zjawisko jest w polityce codziennością, jednak do tej pory w polskich partiach podobne zwarcia kończyły się wyrzuceniem jednej z grup lub powolnym wycinaniem członków frakcji ze stanowisk kierowniczych, a następnie z list partyjnych.
Z powodu eliminacji politycznych rywali wewnątrz KO Tusk nie ma dziś realnej konkurencji. Usunął na boczny tor lub wyrzucił z partii wszystkich, którzy pomyśleli, że buławę przywódcy noszą w plecakach, i śmieli marzyć o wielkości. PiS – przynajmniej na razie – uniknęło tego scenariusza.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Tagi
Komentarze
Czarnek żąda dymisji rządu po słowach Szeptyckiego o UPA

Polacy wybrali zdecydowanego lidera prawicy [SONDAŻ]

Tusk zapowiada "marsz patriotów". Zwrócił się do Kaczyńskiego
Żurek poluje na Patryka Jakiego? Kuriozalne uzasadnienie

Żurek złożył do PE wniosek ws. zatrzymania Patryka Jakiego. Ekspert: To wywali skalę żenady







