Byłem ukrainofilem

- Autor opisuje, dlaczego po wybuchu wojny stał się zdecydowanym zwolennikiem Ukrainy.
- Punktem zwrotnym była dla niego decyzja władz Ukrainy o uhonorowaniu jednostki wojskowej patronatem "bohaterów UPA", którą uznał za przekreślającą możliwość prawdziwej polsko-ukraińskiej przyjaźni.
- Mimo odejścia od ukrainofilii autor podtrzymuje ocenę, że niepodległa Ukraina i osłabienie Rosji pozostają korzystne dla Polski.
- Podkreśla jednak, że metafizyczne zobowiązania wobec polskich ofiar Wołynia ma wyższy wymiar nawet niż względy geopolityczne.
To będzie moje „świadectwo”. Nie chodzi w nim jednak o dzielenie się własnym "życiem wewnętrznym" ani w ogóle o osobę narratora. Po prostu ktoś musi opowiedzieć o drodze, która stała się udziałem bardzo wielu ludzi niemających, jak i gdzie jej wysłowić.
Wężowe ruchy
Rosyjskie ludobójstwa, gwałty, kompromitujące zdobycze wojenne i brudne buciory imperialnych najeźdźców – to rzeczy zakodowane jako zagrożenie w polskim DNA. Działają niemal jak dostrzeżony kątem oka wężowy ruch w trawie: zignorowanie go może oznaczać śmierć. Mogliśmy te rosyjskie „wężowe ruchy” zobaczyć na Ukrainie i to wystarczyło, by uruchomić odruch obronny. Niezależnie od tego, czy ktoś podchodził do sprawy pragmatycznie (Ukraina jako „bufor”), czy kierował się wrażliwością i współczuciem dla ofiar, wsparcie Ukrainy wydawało się czymś oczywistym. Wielu mogło się wręcz dziwić, że ktoś powtarza oczywistość, iż istnienie niepodległej Ukrainy i osłabienie Rosji są elementami polskiej racji stanu. Po co w ogóle o tym dyskutować?
Bańki tzw. skrajnej prawicy (z częścią jej postulatów zresztą sam się utożsamiam) czy antyamerykańskich lewicowych „tanków” patrzyły jednak na tę sprawę inaczej. Ci, którzy nie mieli z nimi styczności, mogli później dziwić się gorliwości, z jaką osoby mojego pokroju głosiły tezy proukraińskie. Jednak ludzie obserwujący, co dzieje się w tych środowiskach, i dostrzegający „potencjał zakaźny” rodzących się tam idei, uznawali, że trzeba działać, bo bez oporu infekcja będzie się rozprzestrzeniać.
Bakcyle
Co więc głosiła część „skrajnej prawicy”, której sytuację znam najlepiej? Oczywiście musiała mówić coś przeciwnego niż „mainstream”, bo „mainstream” był złem samym w sobie. Skoro więc w tzw. „mediach głównego ścieku” Ukraina była przedstawiana jako ofiara, nie mogło to być prawdą. Ta odruchowa przekora raziła swoim prymitywizmem. Dla złudzenia niezależnego myślenia wystarczyło odwrócić każdą głównonurtową tezę, choćby świadczyła o instynkcie samozachowawczym. Jest to czynność na tyle mechaniczna, że poradziłaby sobie z nią nawet średnio rozgarnięta małpa. Daje ona jednak coś niezwykle cennego: poczucie wyższości nad tłumem pożerającym główny przekaz. Cóż, gdyby tylko więcej ludzi dowiedziało się, jak niskim kosztem można nakarmić własne ego, zapewne również nie oparliby się tej pokusie.
Dochodziły do tego inne bakcyle, na przykład archaiczne wyobrażenie przeciętnego Ukraińca jako człowieka trzymającego widły w szafie i czekającego tylko na dogodny moment, by nadziać na nie jakiegoś „Lacha”. Prowadziło to z kolei do absurdalnego zrównywania zagrożenia płynącego ze strony Rosji i Ukrainy, które (gdyby przesiąknęło do myślenia władzy), doprowadziłoby do niebezpiecznych dla Polski decyzji.
Bakcyle szczególnie groźne
W jeszcze bardziej skrajnych przypadkach pojawiało się postrzeganie rosyjskiej strefy wpływów jako schronienia przed zepsutym Zachodem. Wynikało to prawdopodobnie z prostego mechanizmu psychologicznego: medialnymi obrazkami zachodniego zepsucia epatuje się prawicę codziennie, podczas gdy rosyjskie patologie – epidemia dziecięcej prostytucji, skala aborcji, podporządkowanie cerkwi służbom specjalnym, brak szacunku dla ludzkiego życia i wiele innych – przebijają się do świadomości znacznie rzadziej. Asymetria w ekspozycji musiała prowadzić więc do emocjonalnego złudzenia, że Zachód jest czymś moralnie gorszym.
No i wreszcie pojawiały się „odlotowe” teorie o wpychaniu nas do wojny przez złowieszcze siły anglosaskie. Teorie kretyńskie, ale również zdolne zarażać część ludzi. Ci, którzy to wszystko widzieli, walczyli z nimi. I choć wcześniej często nie żywili szczególnej sympatii do ukraińskiej kultury czy historii, stopniowo przechodzili na pozycje ukrainofilskie. I tu trzeba uczciwie przyznać: gdyby nie wspomniany prymitywizm, pycha i głupota części „skrajniaków”, nasza ukrainofilia prawdopodobnie nie byłaby aż tak silna. Działał jednak pewien automatyzm. Skoro tak zdemoralizowane, demagogiczne łotry (co piszę na chłodno i z pełnym przekonaniem, i którą to opinię podtrzymuję do dziś) jak Grzegorz Braun, prof. Adam Wielomski czy Leszek Miller – a także cała rzesza ludzi podżegających przeciw Ukrainie dla internetowych zasięgów albo sondażowych procentów – nienawidzą Ukraińców, to Ukraina musi stanowić ich przeciwieństwo.
I okazało się, że... niekoniecznie.
Okoliczności łagodzące
Oczywiście najlepsze kłamstwo to takie, które zawiera w sobie część prawdy. Dlatego też to, co mówili rozmaici cynicy, koniunkturaliści, wariaci i (nie boję się tego określenia) zdrajcy polskiej racji stanu, nie było całkowicie pozbawione sensu. Brak chęci rozliczenia się z rzezią wołyńską, przymykanie oczu na kult UPA czy brutalność ukraińskiej polityki zagranicznej nie były przecież całkowicie zmyślone. Były „jedynie” rozdmuchiwane, instrumentalizowane i podporządkowywane określonej narracji. Większość ludzi walczących ze środowiskami prorosyjskimi w Polsce również zdawała sobie sprawę z istnienia tych problemów. Za intelektualnie uczciwe i pożyteczne dla samej Polski uważała jednak dostrzeżenie pewnych dodatkowych okoliczności.
Cześć oddawana symbolom UPA i postaci Bandery w większości przypadków nie wynikała przecież z niechęci do Polski. Brała się raczej z potrzeby posiadania symboli, wokół których wspólnota może się mobilizować, by zgromadzić moc w chwili zagrożenia własnego istnienia. Nie jest to drobny niuans, lecz kwestia fundamentalna dla oceny postawy zwykłych Ukraińców, co oczywiście nie zmienia celów polskiej polityki historycznej ani naszego prawa do domagania się prawdy.
Podobnie było z rzezią wołyńską. Problem polegał na tym, że część osób przypomniała sobie o niej właśnie wtedy, gdy nadarzyła się okazja do dołączenia do kopania ofiar rosyjskiej agresji. W ten sposób pamięć o Wołyniu została zamieniona w kolejny ruski bucior.
I wreszcie polityka międzynarodowa Ukrainy. Nie, nie było w niej szczególnej „lojalności” wobec Polski. Tylko czy w hierarchii priorytetów człowieka walczącego o życie najwyżej stoi wdzięczność wobec tych, którzy pomogli mu jako pierwsi? Czy może jednak najważniejsze staje się ocalenie własnej skóry i życia swoich dzieci, a dobre samopoczucie sojuszników schodzi na dalszy plan? Smutne, ale prawdziwe.
Wszystkie te zadry i (nie ma co ukrywać) draństwa ze strony Ukrainy nie były jednak w tamtym momencie najważniejsze z punktu widzenia polskiego interesu strategicznego. Ktoś mógłby więc zapytać: skoro tak było, to co właściwie się zmieniło? Dlaczego z ukrainofilów staliście się eksukrainofilami?
Zmiana jakościowa
Odpowiedź jest prosta. Wraz z nadaniem jednostce ukraińskiej imienia bohaterów UPA sytuacja zmieniła się nie ilościowo, lecz jakościowo. Czym innym jest bowiem przymykanie oczu na już istniejące lub spontanicznie rozprzestrzeniające się symbole UPA w sytuacji, gdy państwo walczy o przetrwanie, a czym innym ich aktywna legitymizacja przez najwyższe władze Ukrainy. Czym innym jest tolerowanie pewnego problemu w wyższym celu, a czym innym świadome uczynienie z niego wzorca. A imiona patronów są przecież właśnie wzorcami. Państwo wskazuje poprzez nie, jakie postawy uważa za godne naśladowania i jaki ideał chce przekazać własnemu narodowi.
Co więcej, nawet jeśli założymy wcześniejszą ignorancję ukraińskich elit, to dziś zarówno władze, jak i znaczna część ukraińskiej opinii publicznej doskonale zna polskie stanowisko w tej sprawie. Oznacza to, że dokonano wyboru: albo pomiędzy polską przyjaźnią a symboliczną mocą UPA wybrano to drugie, albo uznano, że Polacy i tak wszystko przełkną ze strachu przed Rosją, nawet jeśli oznaczałoby to odmowę należnego szacunku własnym ofiarom. Innymi słowy – że porzucą to, co uważają za święte. Obie możliwości prowadzą do podobnego wniosku. Nie może być mowy o prawdziwej przyjaźni między nami a narodem, którego nie szanujemy, albo z którym dobre relacje nie są dla nas zbyt wiele warte. W najlepszym razie pozostają chłodne interesy.
Prosty wybór
Nie mają więc racji ci, którzy dziś będą triumfalnie obwieszczać: „A nie mówiliśmy?”. Nie mają racji dlatego, że diabelski w swojej symbolice (jak nazwać inaczej czczenie ludobójców?) czyn Wołodymyra Zełenskiego nie zmienia geopolitycznej oceny wojny. Utrzymanie niepodległej Ukrainy i osłabienie Rosji nadal pozostają korzystne z punktu widzenia Polski.
To, co się zmieniło, dotyczy zupełnie innego wymiaru. Gest Zełenskiego zabija polsko-ukraińską przyjaźń właśnie dlatego, że jest „symboliczny”. Nie "tylko" symboliczny, ale "aż" symboliczny. Bo choć może to się niektórym wydawać trudne do zrozumienia, dla mnie i wielu innych symbole bywają nawet ważniejsze od wielu spraw praktycznych. Jakie to nie w stylu w naszej epoki, prawda? A jednak właśnie to rozstrzygnęło. Dla wielu ludzi to właśnie rozmaite działania Ukrainy i Ukraińców godzące w polskie interesy (konflikty gospodarcze, nieuczciwość części uchodźców etc.) należą do tego, co można nazwać „zwykłym złem” polityki i wojny. Są przykre i oburzające, ale mieszczą się w materialistycznej logice walki o własny interes.
Co innego jednak sytuacja, w której zostaję postawiony przed wyborem między przyjaźnią z Ukrainą (a nawet nieco wyższym poziomem bezpieczeństwa Polski!) a świętością śmierci polskich ofiar i zobowiązań wobec nich. Tutaj nie waham się ani przez chwilę. Wybieram przekonanie, że istnieją rzeczy święte, których nie wolno porzucać nawet w imię policzalnych interesów, nawet jeśli rodzi to niebezpieczeństwo natury materialnej. Metafizyka grobu znaczy dla mnie więcej niż sprawy doczesne. Więcej nawet niż argumenty geopolityczne, które jeszcze niedawno wydawały się rozstrzygające.
Dlatego nie jestem już ukrainofilem.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Konferencja w Gdańsku. „Słowa Tuska brzmią jak nacisk na Ukrainę, by myślała o resecie z Rosją”

Antybanderowska manifestacja w Gdańsku z boku konferencji o odbudowie Ukrainy

Jarosław Kaczyński: Zwrócę przyznany mi ukraiński Order Księcia Jarosława Mądrego

Czy Ukraina powinna wejść do UE? Polacy zabrali głos [SONDAŻ]

Węgry zablokowały przyspieszoną akcesję Ukrainy do UE






