Wykorzystać relację Nawrocki - Trump

- Donald Trump zapowiedział zwiększenie obecności wojsk amerykańskich w Polsce, wskazując wprost na dobre relacje z prezydentem Karolem Nawrockim jako jeden z powodów tej decyzji.
- Artykuł podkreśla, że relacje personalne między przywódcami mogą mieć realny wpływ na politykę bezpieczeństwa i współpracę wojskową między Polską a USA.
- Autor zwraca uwagę, że Polska powinna wykorzystać obecne relacje z administracją USA do budowy trwałych porozumień wojskowych, energetycznych i technologicznych wykraczających poza jedną kadencję prezydenta USA.
Rzeczywistość po raz kolejny udowodniła, że "Fakty" niewiele mają wspólnego z faktami. Donald Trump nie pozostawił najmniejszych wątpliwości, co nim kierowało. Napisał wprost i jednoznacznie: „W związku z sukcesem wyborczym obecnego prezydenta Polski Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem, oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski kolejnych 5000 żołnierzy.” Detale są na razie niejasne. Będzie ich tylu, ilu było, plus tysiąc, czy raczej dodatkowe 5 tysięcy poza czterema tysiącami, którzy powrócą? Tak, czy inaczej ma ich być więcej niż dotychczas, a to znakomita wiadomość.
Tusk i Czarzasty szkodzą
Wyobraźmy sobie, że prezydentem jest Rafał Trzaskowski, a nie Karol Nawrocki. Co prawda, sam Trzaskowski wyrażał się na temat Trumpa w sposób oględny, ale jego mentor i partyjny szef, Donald Tusk, wypowiadając publicznie brednie na temat rzekomego zwerbowania Trumpa przez służby rosyjskie, całkiem bezmyślnie skompromitował się wobec amerykańskiego prezydenta. Dlaczego to zrobił? Co tym zyskał? Była to erupcja nieodpowiedzialności i pychy.
Politycznie Tuskowi i rządzącej koalicji bliżej do Kamali Harris i lewicowych demokratów niż do republikanów i Trumpa. Nikt nie wyrządził tyle szkód w relacji Polska-USA, co Tusk i jego koalicjant - marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, jadowicie komentujący odmowę nominacji Trumpa do Pokojowego Nobla. Dlatego bardzo łatwo wyobrazić sobie, że gdyby rok temu polscy wyborcy nie wykazali się rozsądkiem i wybrali Trzaskowskiego, Trump nie miałby żadnej osobistej motywacji do zwiększania liczby żołnierzy w Polsce.
"Chemia" ma znaczenie
A ta osobista motywacja jest kluczowa. Pora pogodzić się z faktem, że geopolityka rzadko powstaje w gabinetach analityków – częściej wykuwa się podczas wspólnych spotkań, gdy politycy nadają na tych samych falach zarówno w sensie ideowym jak i na poziomie czysto towarzyskim. Jest oczywiste, nawet dla nieszczególnie wnikliwych obserwatorów, że Trump świat polityki dzieli na "lojalnych partnerów" i "darmowych pasażerów". Lojalnych partnerów ma mało, więc tym bardziej ich ceni. Pasażerami na gapę są państwa Zachodu, które zawiodły Trumpa swoją reakcją na wojnę z Iranem.
Karol Nawrocki – z profilem polityka z silnym, konserwatywnym rysem – znakomicie wpisuje się w estetykę, którą Trump rozumie i szanuje. Samiec alfa, o którego image dba Trump, szczególnie ceni życzliwość i zarazem uległość ze strony innych polityków o profilu samców alfa, a takim jest Nawrocki. Ta „chemia” otwiera Nawrockiemu drzwi do Białego Domu.
Polityka to nie matematyka. Decyduje "czynnik ludzki". Wszyscy widzą i wiedzą, że Trump jest szczególnie wrażliwy na swoim punkcie. Dlaczego? To kwestia charakteru, ale także reakcja na fakt, że media - zarówno amerykańskie jak i światowe - robią wszystko, co się tylko da, żeby przedstawiać go w jak najgorszym świetle. Uległy "Syndromowi zaburzeń na punkcie Trumpa" (Trump Derangement Syndrome"). Media zawzięcie prezentują Trumpa jako szaleńca i udało im się to skutecznie wmówić milionom, choć jego działania są jak najbardziej racjonalne. Zmanipulowana opinia publiczna wymusza na politykach opór wobec Trumpa. W reakcji, notowania jego nielicznych europejskich sojuszników automatycznie idą w Białym Domu w górę. Wysoko na tej liście jest Karol Nawrocki.
Najlepiej obroni ten, kto ma głowice nuklearne
Całe szczęście, w Polsce, mimo wzrostu nastrojów antyamerykańskich, nadal dominuje trzeźwe spojrzenie na kwestię narodowego bezpieczeństwa. Wszyscy liczący się polscy politycy zgadzają się w kwestii podstawowej: że obecność wojsk amerykańskich w Polsce jest jedyną sensowną metodą odstraszania Rosji. Gdyby miało dojść do ataku na Polskę, w ostatecznej kalkulacji sił liczy się broń nuklearna. I tu Ameryka okazuje się niezbędna. Właśnie jako "odstraszacz". Nikt w Europie - poza Rosją - nie ma porównywalnego z USA arsenału takich głowic. Obecność żołnierzy Stanów Zjednoczonych w Polsce to dowód, że artykuł 5 NATO może zaistnieć nie wyłącznie na papierze, ale w realnym świecie militarnej siły.
Jest to w dodatku niezwykle korzystne finansowo. Amerykański żołnierz kosztuje Polskę około 55 tysięcy złotych rocznie. To mniej niż pensja słabo wykwalifikowanego ochroniarza w Biedronce. Wychodzi 14 złotych rocznie na Polaka. Dostajemy najlepszą ochronę na kuli ziemskiej z najlepszym sprzętem - za marne grosze. Uważam, że to wręcz nie całkiem uczciwe z polskiej strony. Powinniśmy płacić więcej! Czy, gdyby nie obecność US Army, Rosja pogodziłaby się tak łatwo z faktem, że większość broni dla Ukrainy wędruje przez Polskę? Historia potoczyłaby się inaczej i losy wojny za polską granicą mogłyby być dramatycznie inne.
Trump przeminie, dlatego potrzebne są traktaty i kontrakty
Wiadomo, że Trump ma przed sobą jeszcze niecałe trzy lata w Białym Domu. Budowanie bezpieczeństwa nie może więc ograniczyć się do relacji z nim. Aby korzyści były trwałe, musi ona zostać przekuta w traktaty i długofalowe kontrakty wojskowe i energetyczne.
- Po pierwsze, dobre układy Karola Nawrockiego z Białym Domem powinny być wykorzystane do zakupów w USA najnowocześniejszych amerykańskich technologii. Niestety, lekkomyślne podpisanie pożyczki SAFE utrudni ten proces.
- Po drugie, celem powinno być przekształcenie amerykańskiej militarnej obecności w Polsce z rotacyjnej na stałą oraz zwiększenie liczby baz.
- Po trzecie, bardzo ważnym elementem jest realizacja strategicznych projektów gazowych LNG i nuklearnych.
To wszystko jest możliwe, jeśli ministrowie w rządzie Tuska nie będą przeszkadzać, ale wykazywać dobrą wolę we współpracy z prezydentem. Natomiast Donald Tusk, mimo że jest premierem, nie powinien się - w ciągu kilkunastu miesięcy, które mu pozostały - w ogóle w to angażować. Jest w kontaktach z USA trwale skompromitowany i nikt poza nim samym nie jest temu winien.
Komentarze
NATO w Ankarze. Szczyt przetrwania i stabilizacji

Burza w sieci po słowach lekarza. Poszło o zarobki medyków

"Drapieżna hegemonia" USA

Poruszające przemówienie prezydenta w Radrużu. "Nie mylmy pojednania z amnezją"

Karol Nawrocki złożył hołd zamordowanym przez UPA. Rozpoczęły się uroczystości w Radrużu
