Bracia Jóźwiakowie - kochanek krwawej Heleny Wolińskiej i bohater spod Monte Cassino

- Artykuł opisuje losy braci Jóźwiaków: Franciszka – działacza komunistycznego i wysokiego funkcjonariusza powojennej władzy – oraz Józefa – żołnierza armii Andersa, uczestnika walk pod Monte Cassino.
- W tekście przedstawiono relację Franciszka Jóźwiaka z Heleną Wolińską-Brus oraz jej działalność w aparacie bezpieczeństwa, w tym udział w ściganiu i skazywaniu członków podziemia niepodległościowego.
- Materiał zawiera wspomnienia i relacje dotyczące życia prywatnego obu braci, ich powojennych losów oraz różnic światopoglądowych i konfliktów rodzinnych.
Bracia Jóźwiak
Franciszek Jóźwiak zajmuje „zaszczytne” miejsce w historiografii, oczywiście tej zakłamanej, sprzed 1989 r. W III RP jest uznawany za jednego z głównych utrwalaczy powojennego komunizmu w Polsce, człowieka bierutowskiej wierchuszki. To człowiek odpowiedzialny za zło stalinizmu. W pewnym sensie był postacią wybitną (półanalfabeta na szczytach komunistycznej władzy). Jego stanowiska i „zasługi” zajęłyby całą stronę.
Wymieńmy te najważniejsze. Przed wojną członek WKP(b) i KPP, w czasie wojny - z ramienia Moskwy - szef sztabu komunistycznej partyzantki: Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Potem jeden z wpływowych działaczy PPR i PZPR (członek Biura Politycznego, przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, wiceprezes Rady Ministrów, poseł na Sejm). Przez ręce „Witolda” (bo taki miał pseudonim) przechodziło wiele spraw, istotnych dla kształtowania się nowego ustroju - zabójstwo pierwszego przywódcy PPR Marcelego Nowotki, współpraca z Gestapo, walka z niepodległościowym podziemiem, procesy polityczne, zwalczanie Władysława Gomułki.
O Józefie Jóźwiaku nie można przeczytać w żadnej encyklopedii. Od polityki zawsze trzymał się z daleka, zachował czyste ręce. Przed wojną pielęgniarz, po wojnie kierowca. Ale to nie wszystko. Jak wielu młodzieńców wychowanych w wolnej Polsce miał piękną kartę wojenną. Żołnierz września, więziony przez Sowietów w Kazachstanie, po wydostaniu się z niewoli „zdążył do Andersa”. Razem z II Korpusem przeszedł cały szlak bojowy w kampanii włoskiej, walczył pod Monte Cassino.
Franciszek w Moskwie, Józef w Lublinie
Urodzili się we wsi Huta Baranowska, powiatu puławskiego, w biednej rodzinie chłopskiej. Franciszek (rocznik 1895) wśród ośmiorga dzieci był najstarszy. Między nim a Józefem (rocznik 1912) było aż 17 lat różnicy. Ich ojciec, Ignacy Jóźwiak, aby utrzymać liczną rodzinę, musiał imać się różnych zajęć. Ponieważ był niepiśmienny, nie mógł nawet podpisać się pod aktem chrztu synów. Franciszek nawiązał do rodzinnej tradycji - skończył jedynie szkołę powszechną. Tacy ludzie rządzili Polską po wojnie. Józef nie chciał zaszczytów, wiedział, gdzie jest jego miejsce.
Franciszek Jóźwiak działał najpierw w PPS i POW, służył w Legionach. Nie przeszkadzało mu to później zwalczać tych, których marzeniem była niepodległa Polska. Wcześnie zaczął komunizować - w 1921 r. wstąpił do KPRP (Komunistyczna Partia Robotników Polskich), a potem do KPP.
- Franek znikał na całe dnie, w domu był gościem – mówił mi przed laty Józef Jóźwiak. - Chodził na jakieś spotkania, manifestacje. Mnie takie sprawy w ogóle nie interesowały.
Za działalność komunistyczną późniejszy „Witold” był więziony, m.in. w Berezie Kartuskiej. Po wojnie „ludowa” władza nazywała Berezę polskim obozem koncentracyjnym. W 1928 r. Franciszek pojechał na przeszkolenie do Moskwy. Józef w 1930 r., kiedy skończył 18 lat, rozpoczął pracę w szpitalu w Lublinie, jako pielęgniarz.
Czarną Wołgą z „Leną”
We wrześniu 1939 r. Franciszek Jóźwiak ponownie wyjechał na Wschód, tym razem do Kowla. Tam, w następnym roku, wziął ślub z młodą komunistką - Fridą Szpringer. Potem, przez Kijów, przedostał się do Lublina, a następnie do Warszawy. Tak przynajmniej głosi jego oficjalny życiorys. Do dziś historycy spierają się, kiedy sowieccy mocodawcy zrzucili go do Polski. Na pewno stało się to przed kwietniem 1942 r., bo wtedy został szefem Sztabu Głównego GL. Z żoną nigdy więcej się nie zobaczył.
W tym czasie jego drugi brat Leon tworzył w podlubelskim Lubartowie Tymczasowy Komitet Powiatowy PPR. Wkrótce został sekretarzem partii w mieście i otworzył kuźnię. Po wojnie Franciszek Jóźwiak kilka razy odwiedził Lubartów. Przez kilkanaście lat był patronem miejscowego liceum. Teraz szkoła nosi imię Pawła Karola Sanguszki, wielkiego księcia litewskiego, który w XVIII wieku miał tu rozległe włości. Jednak do dziś Lubartowianie opowiadają, jak „Witold” przyjeżdżał do miasta czarną wołgą, razem z obstawą i towarzyszką życia - Heleną Wolińską (Fajgą Mindlą Danielak). Początkowo „Lena” była jego podwładną w sztabie GL-AL, potem zawdzięczała mu wysokie stanowiska w stalinowskim aparacie władzy - milicji i Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Jako prokurator, w randze pułkownika, w latach 1950-1953 pozbawiała wolności polskich patriotów. Jednym z nich był szef „Kedywu” Komendy Głównej Armii Krajowej gen. August Emil Fieldorf „Nil”, który po ciężkim śledztwie został skazany i zamordowany. Wolińska swoje decyzje o tymczasowym aresztowaniu wydawała w ścisłej współpracy z bezpieką, łamiąc nawet stalinowskie prawo.
Józef Jóźwiak o roli Wolińskiej w sprawie Fieldorfa i innych AK-owców usłyszał po 1989 r., z gazet. Żona Józefa Jóźwiaka, Wanda: - „Lena” po domu chodziła w mundurze, była butna i do wszystkich odnosiła się z wyższością. Przez całe życie zamieniłam z nią tylko kilka zdań.
Rozmowa z Sikorskim
Wracając do chronologii. We wrześniu 1939 r. Józef Jóźwiak dostał wezwanie do Kowla, nie jako komunistyczny aparatczyk - jak Franciszek, tylko polski żołnierz:
- Gdy tam dotarłem, nikogo z mojej jednostki już nie było. Miasto zajęli czerwonoarmiści, którzy aresztowali mnie i wywieźli w głąb Rosji – opowiadał mi dalej Józef Jóźwiak. - Przez dwa lata pracowałem w Hucie Szkła w Orłowskiej Obłasti. Gdy Niemcy uderzyli na ZSRS, przedostałem się do Kujbyszewa, a potem do polskiego wojska w Kazachstanie.
Do końca życia wspominał rozmowę z Władysławem Sikorskim na jednej z ulic Kujbyszewa:
- Generał przechodził tuż obok mnie. Natychmiast zameldowałem się. Sikorski zapytał, w jaki sposób trafiłem do swojej jednostki i jak mi się tam układa. Na koniec życzył szczęścia.
Był listopad 1941 r. W lutym 1942 r. Józef Jóźwiak był już razem z armią Andersa na Bliskim Wschodzie.
Jak chcesz, to strzelaj
- Pod Monte Cassino służyłem w grupie zwiadowców. Mieliśmy chevroleta i radiostację. Podczas jednego z wypadów zostałem ranny - wspominał Józef Jóźwiak.
Takich jak on tępił po wojnie pierwszy „obywatelski” milicjant Franciszek Jóźwiak i jego ludzie. To, że Józef nie trafił do ubeckiego więzienia, przypisuje Franciszkowi, ale nie czuje wdzięczności:
- Któregoś dnia pokłóciłem się z Frankiem. Opowiadałem mu o swoim pobycie we Włoszech, że to piękny kraj, a ludzie są tam szczęśliwi. Wtedy brat wyciągnął pistolet i przystawił mi go do skroni. Zachowałem zimną krew i odparłem: „Jak chcesz, to strzelaj”. Na froncie nie zginąłem, to teraz zginę, z ręki brata.
Dodać warto, że niektórzy komunistyczni notable (vide Stalin) nie oszczędzali nawet swojej rodziny. Józef Jóźwiak, mimo ciężkiej sytuacji materialnej, nigdy nie poprosił brata o pomoc. A przecież wystarczyło, aby szepnął słówko wpływowemu komuniście. Po latach załatwił sobie pracę jako kierowca.
"Ty wierzysz w Stalina, a ja w Boga"
Wiosną 1944 r. Franciszek Jóźwiak i Helena Wolińska przenieśli się do Świdrów Wielkich koło Otwocka. Czekali na „wyzwolicielską” Armię Czerwoną. Za sąsiadów mieli Władysława Gomułkę (którego potem „Witold” i „Lena” będą zwalczać). Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, razem z innymi PPR-owcami, przedostali się do zajętego przez Sowietów Lublina. Do ruin Warszawy wrócili po styczniowej ofensywie. Zamieszkali w ocalałej kamienicy przy ul. Jaworzyńskiej 7 m. 10.
W 1947 r. Józef Jóźwiak wrócił z emigracji:
- Może to zabrzmi śmiesznie, ale do Polski ściągnął mnie Franek, który odnalazł mnie przez Czerwony Krzyż.
Niebawem Józef poznał swoją przyszłą żonę Wandę. Nie mieli gdzie mieszkać i na kilka miesięcy zatrzymali się u „Witolda” i „Leny”. Franciszek Jóźwiak od dwóch lat był Komendantem Głównym MO, a Helena Wolińska szefem Wydziału Ogólnoorganizacyjnego KG MO.
Józef Jóźwiak:
- Kontakt między nami był minimalny, tak jak przed wojną. Często na Jaworzyńską przychodzili jacyś dziwni ludzie i pytali Franka, co tu robimy. Odpowiadał, że jesteśmy jego rodziną.
Wanda Jóźwiak: - Mieszkaliśmy razem, ale właściwie obok siebie. Wszystko nas różniło. Oni zajmowali ważne stanowiska i byli dobrze sytuowani, my nie mieliśmy nic, szukaliśmy pracy. Najbardziej dzieliły nas przekonania. Oni byli zdeklarowanymi komunistami, my z komuną nie mieliśmy nic wspólnego, jesteśmy katolikami. Franciszek często robił mi z tego powodu uwagi. Odpowiadałam mu wtedy: „Ty wierzysz w Stalina, a ja w Boga”. Gdy wyprowadziliśmy się, w ogóle zerwaliśmy z nimi kontakty.
Wielokrotne naświetlania
W 1956 r. Franciszek Jóźwiak został wyrzucony z partii i odsunięty od stanowisk (karierę kończył jako prezes Najwyższej Izby Kontroli). Wcześniej Wolińska zostawiła go dla swojego męża - Włodzimierza Brusa (właściwie Beniamina Zylberberga), z którym ślub wzięła jeszcze w 1940 r., ale potem rozdzieliła ich wojna (razem z Brusem - najpierw oficerem polityczno-wychowawczym (l)WP, potem profesorem marksistowskiej ekonomii, a w końcu rewizjonistą - wyjechała po 1968 r. do Oksfordu, gdzie Brus wykładał na kilku uczelniach).
„Witold”, który według zgodnych relacji, był pod pantoflem „Leny” (potrafiła wyzywać go od najgorszych, publicznie wykrzykiwać: „Franek, ty sk**wysynie!”, a on przyjmował to z pokorą i nazywał swoją „laleczką”), ciężko przeżył „kosza”. Kiedy w 1953 r. Wolińska aresztowała AK-owca Juliusza Sobolewskiego, którego bezpieka skazała na śmierć, jego żona Krystyna uzyskała audiencję u „pani prokurator”:
- Pytałam, jak to możliwe, że bohater, patriota ginie niewinnie. Wolińskiej nie wzruszyły moje słowa, nawet nie raczyła na mnie spojrzeć. Wyrzuciła mnie z gabinetu, twierdząc, że to najgorszy dzień w jej życiu, bo umarł Stalin.
Sobolewska poszła następnie do szefa NIK Franciszka Jóźwiaka:
- Nic go nie obchodziło, dopóki przypadkiem nie powiedziałam, że oskarżająca męża prokurator Lena Wolińska to nie kobieta, lecz potwór w mundurze pułkownika.
Jóźwiak spowodował złagodzenie wyroku i Juliusz Sobolewski, po dwóch latach więzienia, odzyskał wolność.
Janusz Kozłowski, podkomendny Sobolewskiego, tak to skomentował:
- Nie była to łaskawość czy obudzenie się sumienia generała. Po prostu chciał zrobić na złość kobiecie, która zrobiła dzięki niemu karierę, a w końcu go zostawiła.
Wkrótce Juliusz Sobolewski zmarł. Rentgenowskie prześwietlenia płuc, jakim go poddano go w więzieniu na Rakowieckiej, były w praktyce wielokrotnymi naświetleniami.
Groby kolegów pod Monte Cassino
Już w wolnej Polsce, kiedy organa sprawiedliwości zaczęły ścigać Wolińską - wydały nakaz jej tymczasowego aresztowania, a do władz Wielkiej Brytanii skierowały wniosek o jej ekstradycję, Krystyna Sobolewska powiedziała mi:
- Nie życzę Wolińskiej więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko, żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego i przestała żyć w chwale żony profesora Oksfordu.
Helena Wolińska zmarła w listopadzie 2008 r. – nie osądzona (Brytyjczycy odmówili Polsce jej wydania), ale napiętnowana. Swojego męża – Włodzimierza Brusa przeżyła o rok, a wcześniejszego partnera o prawie pół wieku. Franciszek Jóźwiak zmarł w 1966 r.
Józef Jóźwiak, mimo upływu lat, nie zmienił zdania o bracie. Razem z żoną Wandą mieszkał na warszawskim Żoliborzu. Kiedy było już można, chodzili na spotkania andersowców. Mimo zaawansowanego wieku pojechali też pod Monte Cassino, tam, gdzie Józef został ranny. Na cmentarzu odnalazł groby kolegów.

Rząd na szóstkę

Czas przywrócić suwerenność narodom Europy

Gdynio, sto lat!

Ekonomia, która służy społeczeństwu. Droga do wolności według Stiglitza.

Profesor Boštjan M. Turk: Bitwa o duszę Europy wchodzi w kluczową fazę
