Szukaj
Konto

Anna Grażyna Kister: Historia żołnierzy wyklętych wciąż bywa zakłamywana

Żołnierze niepodległościowej partyzantki antykomunistycznej
Źródło: Wikipedia | Autor: Solidarność Walcząca | Licencja: Domena Publiczna | Żołnierze niepodległościowej partyzantki antykomunistycznej
Anna Grażyna Kister to ceniona autorka książek historycznych, była działaczka opozycji antykomunistycznej. Jako autorka fundamentalnych prac, m.in. monografii "Studium zniewolenia:, od lat bada powojenne losy żołnierzy wyklętych i brutalne metody aparatu bezpieczeństwa na Lubelszczyźnie. W dzisiejszej rozmowie przybliża realia walki z komunistycznym reżimem oraz odkrywa nieznane fakty z historii lubelskiego podziemia niepodległościowego przykrywane przez lata warstwą komunistycznej manipulacji wygodnej dla niektórych środowisk i w dzisiejszych sporach politycznych.

Mariusz Patey: Co sprawiło, że zainteresowała się Pani historią powojennego podziemia niepodległościowego i podjęła Pani badania nad środowiskiem określanym dziś jako „żołnierze wyklęci”?

Anna Grażyna Kister: Skończyłam filologię polską, ale jako osoba pochodząca z rodziny zaangażowanej w walkę w niepodległościowym podziemiu i mająca „niewłaściwe” poglądy nie miałam szans na rozwijanie swoich zainteresowań w tym kierunku. Kiedy w 1989 roku skończył się komunizm – a przynajmniej tak wówczas mówiono – w przestrzeni publicznej zaczęto poruszać temat losów tych, którzy po wojnie walczyli przeciwko komunistom. Wcześniej nie można było o tym mówić. Pojawiały się jedynie pojedyncze wzmianki, odpryski tych historii obecne w literaturze bezdebitowej.Już jako małe dziecko wiedziałam, że mój ojciec służył podczas okupacji w Armii Krajowej. Gdy byłam w piątej klasie szkoły podstawowej, przeczytałam „Kamienie na szaniec” i „Zośkę i Parasol”, bo akurat takie książki były w domu, i dowiedziałam się, czym była AK. Mniej więcej w tym samym czasie – chyba jak każde dziecko – bardzo lubiłam zostawać sama w domu i przeglądać szuflady rodziców, zwłaszcza te pełne zdjęć i rodzinnych pamiątek. W ten sposób znalazłam dokument z maja lub czerwca 1945 roku zawierający decyzję o zwolnieniu mojego ojca z więzienia na Zamku Lubelskim. Wynikało z niego, że był więziony za przynależność do Armii Krajowej. Już wtedy rozumiałam, że AK było czymś dobrym i że mój ojciec był po właściwej stronie. Skoro siedział w więzieniu, to znaczyło, że uwięzili go bandyci.
Ta tematyka pojawiała się w naszym domu, choć były to jedynie okruchy wspomnień. Nigdy nie było u nas żadnej indoktrynacji, ale czasami wybrzmiewała w nocnych rozmowach ojca z jego kolegami. Nie były to otwarte rozmowy o komunizmie, lecz raczej wspomnienia z czasów wojny, opowieści o wywózkach, aresztowaniach czy zatrzymaniach. Podsłuchiwałam je przez drzwi.
Miałam też babcię, która przed wojną była harcerką i prowadziła swoje „Radio Babcia”. Zawsze słuchała Programu Pierwszego Polskiego Radia, a kiedy pojawiały się tam oficjalne audycje historyczne, nie mogła się powstrzymać od własnych komentarzy. Dzięki niej bardzo wcześnie wiedziałam, co wydarzyło się 17 września 1939 roku, znałam historię obrony Lwowa w 1918 roku i śpiewałam zakazaną pieśń o Jurku Bitschanie.
Ojciec nigdy nie chciał opowiadać o tym, co robił w czasie wojny. Moje dziecięce pytania, w rodzaju: „Ilu Niemców zabiłeś?”, kwitował śmiechem. Kiedy pytałam o coś bardziej konkretnego, udawał, że nie rozumie, i zawsze zmieniał temat. O swojej rodzinie mówił jedynie: „Pochodzimy ze wsi”.
Dopiero po 1989 roku, kiedy miałam już za sobą trudne doświadczenia życiowe i marginalizację z powodu swoich poglądów w czasach PRL, ojciec uznał, że powinnam dowiedzieć się czegoś więcej. Wyjaśnił, że jego pradziadkowie rzeczywiście mieszkali na wsi, ale już jego ojciec i rodzeństwo prowadzili zupełnie inne życie. Rodzeństwa było chyba dwanaścioro i w rzeczywistości niemal wszyscy trafili do służb państwowych II Rzeczypospolitej – ci po służbie wojskowej do Oddziału II Sztabu Generalnego, czyli „Dwójki”, a ci, którzy wybrali policję, do defensywy. Wszystko organizował najstarszy brat jego ojca, który najpierw służył w Korpusie Ochrony Pogranicza, a później pracował w wywiadzie.
Mimo to nadal brakowało mi odpowiedzi na najbardziej konkretne pytania. Ojciec wciąż nie chciał opowiadać o sobie.
W 1990 roku wybrałam się z notatnikiem do powstającego właśnie Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Okazało się, że samo moje nazwisko wystarczyło, by poznać wielu niezwykle interesujących ludzi.
Z czasem te kontakty się rozwijały i słyszałam coraz ciekawsze historie. Schemat tych spotkań był niemal zawsze taki sam. Na początku pokazywałam zdjęcie dziadków i ich dzieci z okresu tuż po wojnie, wyjaśniając, że próbuję odtworzyć historię swojej rodziny. Rozmówca zazwyczaj odpowiadał, że nic nie pamięta, nikogo nie zna albo już słabo widzi zdjęcia. Jednak na wszystkie pozostałe pytania odpowiadał bardzo szczegółowo.
Rodzinna zagadka wyjaśniła się dopiero na początku lat dwutysięcznych, kiedy informacje o mojej rodzinie znalazłam w teczkach udostępnianych przez Instytut Pamięci Narodowej. W tamtym czasie rozmawiałam jednak przede wszystkim z ludźmi, którzy od zakończenia okupacji praktycznie nikomu nie opowiadali o swojej przeszłości.
Temat całkowicie mnie pochłonął. Po studiach na KUL miałam bardzo dobre przygotowanie metodologiczne – zdawałam egzaminy u księdza profesora Stanisława Kamińskiego – dlatego praca badawcza zaczęła mi iść coraz sprawniej.
Byli żołnierze Armii Krajowej nie tylko przekazywali mi niezwykle cenne informacje, ale także mobilizowali do poszukiwania dokumentów. I muszę przyznać, że zdarzały się sytuacje wręcz nieprawdopodobne. Słyszałam od nich opowieści, których w danym momencie nie byłam w stanie zweryfikować. Potem jednak – czasem od razu, a czasem dopiero po trzech czy czterech latach – trafiałam na dokumenty, które potwierdzały ich relacje.
To wszystko stało się w końcu ważną częścią mojego życia. Dzięki tym spotkaniom naprawdę bardzo dużo dowiedziałam się o realiach tamtych czasów. Poznałam ogromną liczbę ludzi, a skontaktowali się ze mną nawet wszyscy żyjący wówczas oficerowie Komendy Okręgu Lublin Armii Krajowej. Myślę, że było to dla mnie niezwykle ważne – dodawało mi poczucia sensu i motywowało do dalszej pracy.

 

M.P.: Czy uważa Pani, że po 1989 roku polska historiografia w sposób wystarczający oddzieliła badania naukowe od narracji politycznych w tym obszarze?

A.G.K.: Nie, nie zrobiła tego. Przede wszystkim nie uporządkowano chaosu, który istniał w tej tematyce. W 1989 r. obok siebie funkcjonowały publikacje prawdziwe i fałszywe lub takie trochę prawdziwe. Były te odzwierciedlające linię PZPR, prawie w całości zakłamane, istniało też dużo wcześniejszych publikacji bezdebitowych różnej wartości. Gdybym miała wskazać okres największej wiarygodności, byłyby to pierwsze pisma związkowe NSZZ „Solidarność” z jawnego okresu lat 1980–1981. Wtedy nagle odezwali się ludzie, którzy przez całe życie milczeli. Wcześniej zbyt duża wiedza była po prostu groźna. 

Znam historię partyzanta z Lubelszczyzny, który brał udział w akcji przeciwko UB, chyba z oddziału Bernaciaka „Orlika”. Po wojnie przeniósł się na Śląsk, tam się ukrył i wydawało się, że niewiele mu grozi. Okazało się jednak, że pisał dziennik. Przy jakiejś okazji przeprowadzono u niego przeszukanie. Ubecy znaleźli te zapiski, które stały się podstawą do wydania wyroku  śmierci.  W latach 1980–1981 ludzie się odblokowali; byli już pod koniec życia, pod koniec karier zawodowych. W prasie związkowej z tamtego okresu jest sporo prawdy. Później zaczęło się pisanie podziemne, w którym pojawiało się już wiele zafałszowań. Bardzo ceniłam panią profesor Kerstenową, ale ona, choć korzystała z olbrzymiej liczby dokumentów, nie pisała o wszystkim. Pisała o rzeczywistości, w którą wierzyła, na podstawie wybranych  źródeł. 

Było dużo takich zafałszowań, wynikających z braku dostępu do archiwów. Ktoś coś zasłyszał i opisywał. Już pod koniec lat osiemdziesiątych pojawiało się sporo bzdur i ataków na podziemie. Wynikały one z faktu, że w podziemiu opozycyjnym działało wielu agentów bezpieki, ale i dzieci funkcjonariuszy UB, które buntowały się i rozkręcały obieg wydawniczy, ale jednocześnie miały głęboko wpojony mit, że tymi dobrymi byli ich rodzice z KBW, którzy mordowali partyzantów, a nie partyzanci, którzy wykonywali wyroki na żołnierzach z KBW.

Zjawisko to mocno rzutowało na publikacje z końca lat 80. Jednym słowem każdy wierzył w to, w co chciał wierzyć. Później nadszedł moment, kiedy wolno już było mówić o wszystkim, ale z tego w pełni nie skorzystano. Struktury państwowe – Ministerstwo Kultury, archiwa, biblioteki – nie wykorzystały momentu, w którym po 1989 roku ludzie pragnęli dowiedzieć się wszystkiego, co wcześniej było zakazane. Pojawiło się mnóstwo przypadkowych publikacji. Pojawili się sprawni publicyści, którzy kosztem prawdy realizowali jakiś plan. To widać na przykładzie Lubelszczyzny. Np. byli współpracownicy SB, kandydujący do sejmu jako porządni ludzie. Funkcjonariusze przygotowywali im takie materiały „do ujawnienia”, nie koniecznie rzetelne.  Albo historycy dobrze widziani i wyznaczeni do tej roli jeszcze w PRL. Dorwali się oni do funduszy, m.in. Światowego Związku Żołnierzy AK, i utrwalali pewne popełnione już przez siebie błędy, bazując na niepełnych informacjach. Na zamówienie wpisywano osoby np. na listy uczestników jakiejś akcji bojowej.

Wtedy zaczął produkować swoje książki Henryk Pająk, który prawdopodobnie korzystał z dokumentów dostarczanych mu przez ubeków. Taka była zresztą sugestia jednej z osób, która z nim współpracowała, że on dostaje gotowy materiał do domu.  Jest też inny problem. Postkomunistyczni historycy mieli niby najlepsze archiwa, największe dotyczące podziemia Wszystko zaczęło się od działalności Zygmunta Mańkowskiego oraz Ireneusza Cabana, który przez część życia był funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, pracował na zmianę w Komitecie Wojewódzkim i Wojewódzkim Urzędzie, aż w końcu objął  dyrekcję największego wydawnictwa na Lubelszczyźnie – władze doskonale wiedziały, komu powierzają to stanowisko. Oni w latach sześćdziesiątych XX w. , za zgodą SB, zaczęli zbierać materiały do monografii o Armii Krajowej. Wtedy dawni żołnierze AK zawarli wewnętrzne porozumienie. Postanowili, że podczas rozmów będą zachowywać się jak na przesłuchaniu: mówić tylko to, co tamci już wiedzą, podawać jak najmniej informacji o ludziach oraz nie przekazywać żadnych prawdziwych dokumentów ani zdjęć. Osoby z niskiego szczebla konspiracji, które niewiele wiedziały, mogły opowiadać cokolwiek, ponieważ ich relacje miały niską szkodliwość. Zdarzały się osoby, które szły tam zapewne po to, by się dowartościować, i składały obszerne wyjaśnienia. Reszta jednak trzymała się umowy. I faktycznie -  prace tych historyków znajdowały się pod nieustanną kontrolą Służby Bezpieczeństwa. Funkcjonariusze SB pisali raporty i opinie na temat odnalezionych przez nich materiałów czy odkrytych struktur. Mało tego, monografia o Armii Krajowej, o której opowiadam, trafiła najpierw do Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych do akceptacji. Tam naniesiono uwagi. Ten egzemplarz, że tak powiem, cenzorski jest w archiwum IPN. Te wszystkie prace odcisnęły piętno na wszystkich późniejszych publikacjach, często potęgując chaos. Z tych prac należy korzystać niezwykle ostrożnie, wielokrotnie weryfikując podawane tam fakty z rzeczywistymi dokumentami i relacjami.

M.P: A jakie źródła uważa Pani za kluczowe w badaniach nad podziemiem? Dokumenty aparatu represji, relacje świadków, archiwa emigracyjne czy źródła lokalne? Jakie są Pani zdaniem największe błędy metodologiczne popełniane dziś w badaniach nad powojenną konspiracją?

A.G.K.: Wydaje mi się, że punktem wyjścia jest wiedza o zaistnieniu jakiegoś wydarzenia, a potem po prostu trzeba szukać dalej. Należy dążyć do odnalezienia spójności między wspomnieniami a dokumentami, pamiętając jednak, że oba te rodzaje źródeł mają swoją specyfikę.

Nigdy nie korzystałam z archiwów zachodnich, na przykład londyńskich, gdzie ta specyfika zapewne wygląda nieco inaczej. Natomiast w archiwach Milicji Obywatelskiej, Urzędu Bezpieczeństwa, Polskiej Partii Robotniczej, a później Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, znajduje się wiele informacji dotyczących wydarzeń związanych z podziemiem niepodległościowym.

Trzeba jednak pamiętać, że dokumenty te zostały wytworzone przez funkcjonariuszy posługujących się specyficznym językiem, dlatego wymagają szczególnego sposobu lektury – wręcz swoistego deszyfrowania. Przede wszystkim należy wiedzieć, w jakim celu i przez kogo informacje te były gromadzone. Dopiero wtedy można próbować odnaleźć w nich odpowiedzi na pytania postawione na początku badań.

Najważniejsze błędy popełniane przez badaczy to: po pierwsze – bezkrytyczne przyjmowanie ustaleń historyków związanych z aparatem naukowym PRL; po drugie – całkowite odrzucanie publikacji wydanych w okresie Polski Ludowej; po trzecie – dosłowne traktowanie dokumentów wytworzonych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa.Pierwszym błędem jest bezkrytyczne zaufanie do źródeł sprzed 1989 roku oraz do opracowań tworzonych po przełomie przez historyków wykształconych jeszcze w realiach PRL. Jak już mówiłam, ich wiedza była niepełna. Co więcej, dawni żołnierze Armii Krajowej bardzo często świadomie wprowadzali ich w błąd, aby chronić siebie lub swoich współtowarzyszy konspiracji. W rezultacie część ustaleń funkcjonujących w literaturze okazała się nieprawdziwa. Mogę podać bardzo dobry przykład. Weźmy Komendę Obwodu Lublin-Miasto Armii Krajowej z 1944 roku, już po jej wydzieleniu z Obwodu Lublin. Niedawno odnaleziono szczątki byłego komendanta Obwodu Lublin-Miasto AK, Stefana Dębickiego „Kmicica”, postaci niemal legendarnej. Nadal jednak nie mam całkowitej pewności, czy rzeczywiście są to jego szczątki, ponieważ nie wiem, czy wykonano badania genetyczne. Dopiero ich wynik pozwoliłby definitywnie potwierdzić jego tożsamość. Jeszcze w latach pięćdziesiątych XX w.  funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa prowadzili intensywne poszukiwania Dębickiego. Pojawiały się meldunki, że był widziany między innymi w Zakopanem. Bardzo chciałabym poznać prawdę. Pod tym względem jestem równie dociekliwa jak dawni funkcjonariusze UB. Tymczasem podwładni Dębickiego przekazali historykom Cabanowi i Mańkowskiemu rzekome zdjęcie komendanta, które później zostało opublikowane. W rzeczywistości fotografia przedstawia jednak zupełnie inną osobę. Sprawa jest o tyle interesująca, że kiedy rozpoczęłam własne badania, otrzymałam autentyczne zdjęcie „Kmicica” od brata oficera wywiadu służącego w komendzie Dębickiego. Był on już wówczas ciężko chory i nie opuszczał łóżka, ale poprosił brata, aby przekazał mi fotografię. Jest ona opatrzona datą, podpisem oraz własnoręczną dedykacją Stefana Dębickiego. Nie ulega wątpliwości, że przedstawia inną osobę niż fotografia funkcjonująca od lat w publikacjach. Zdjęcie zamieściłam w jednej ze swoich książek, jednak fakt ten przeszedł praktycznie bez echa. Niedawno ponownie przeanalizowałam skład osobowy Komendy Obwodu Lublin-Miasto AK z tamtego okresu i doszłam do wniosku, że w cytowanych publikacjach autentyczne jest prawdopodobnie jedynie nazwisko „Kmicica”.Dwaj jego podwładni – Zbigniew Flisowski, oficer wywiadu i szef komórki dywersyjnej, oraz Tadeusz Pojmański, adiutant komendanta – przez wiele lat robili kariery dziennikarskie w Polsce Ludowej. Ich wojennej działalności konspiracyjnej nigdy nie ujawniono. Choć organy bezpieczeństwa kilkakrotnie próbowały ustalić ich tożsamość, wzywały ich na przesłuchania, a jeden z nich spędził nawet pewien czas w areszcie, obaj konsekwentnie do niczego się nie przyznali.

Byli znakomitymi publicystami. Flisowski przez całe życie pracował w „Życiu Warszawy”, natomiast Pojmański został pisarzem i historykiem wojskowości, specjalizującym się przede wszystkim w działaniach wojennych na Pacyfiku. Przeglądając niedawno ich oficjalne biogramy, próbowałam odnaleźć informacje o ich służbie w Komendzie Obwodu Lublin-Miasto AK. Bezskutecznie. Następnie sprawdziłam, czy ich nazwiska pojawiają się w internecie w kontekście Armii Krajowej. Nie znalazłam praktycznie żadnego śladu. W oficjalnych życiorysach brakuje nawet wzmianki o działalności konspiracyjnej. Są to poważne rozbieżności, a nie drobne nieścisłości.

Drugim błędem jest całkowite odrzucanie publikacji wydanych w okresie PRL. Wśród nich znajdują się bowiem pozycje niezwykle wartościowe. Dobrym przykładem jest książka Mieczysława Jaworskiego poświęcona Korpusowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Miała być pomnikiem chwały tej formacji, jednak pierwsze wydanie niemal w całości wycofano i zniszczono, ponieważ zawierało pełną obsadę personalną oraz nazwiska dowódców jednostek. Paradoksalnie właśnie dlatego publikacja ta zawiera wiele wiarygodnych informacji – jej autorzy otwarcie opisywali i eksponowali własne działania. Podobnych pozycji jest więcej i warto je uwzględniać podczas badań.

Trzecim błędem jest dosłowne odczytywanie dokumentów wytworzonych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Nie można zapominać, że powstawały one w określonym celu i były sporządzane przez ludzi funkcjonujących w ramach narzuconego systemu pojęć oraz propagandowego języka obowiązującego w Polskiej Partii Robotniczej, a następnie w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dokumenty te nie są neutralnym opisem rzeczywistości, lecz świadectwem sposobu myślenia ich autorów oraz mechanizmów funkcjonowania państwa komunistycznego.

Jest jeszcze jeden problem, który dostrzegam u wielu młodych historyków – poszukiwanie prawdy przede wszystkim w internecie. Oczywiście warto z niego korzystać, ponieważ czasami można natrafić na bardzo ciekawe informacje. Sama w ten sposób odnalazłam wzmianki o byłych członkach Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, którzy po wojnie znaleźli się w Lublinie, a wiele lat później działali również w lubelskiej „Solidarności”. Wiedziałam, z jakiej miejscowości pochodzili, więc wpisałam jej nazwę do wyszukiwarki i trafiłam na lokalną kronikę internetową. Znalazłam tam informacje, że ich rodziny należały do środowisk związanych z KPZU, mimo że nosiły polskie nazwiska.

Internet może być pomocnym narzędziem, ale nie da się przeprowadzić rzetelnej kwerendy, opierając się wyłącznie na materiałach dostępnych w sieci. To samo dotyczy zasobu Instytutu Pamięci Narodowej. Nie wolno zakładać, że akta zachowane w IPN dają pełny obraz wydarzeń. Jest to materiał fragmentaryczny, bardzo specyficzny, a część dokumentacji została zniszczona lub nigdy nie trafiła do archiwów. Nie można twierdzić, że poznało się całą historię tylko dlatego, że spędziło się rok w archiwum i przeczytało kilkadziesiąt teczek. Badania nad tym okresem nadal wymagają pogłębienia.

Muszę przyznać, że już na początku działalności Instytut Pamięci Narodowej bardzo mnie rozczarował. Skoro przejął tak ważny zasób archiwalny, powinien od początku systematycznie publikować materiały źródłowe. Dzięki temu mogliby z nich korzystać nie tylko pracownicy Instytutu, lecz także niezależni badacze i pasjonaci historii. Niestety, tak się nie stało. Zamiast szerokiego udostępniania źródeł powstało wiele publikacji o charakterze przyczynkowym.



 M.P.: Wydarzenia w Wierzchowinach pozostają jednym z najbardziej kontrowersyjnych epizodów powojennej historii. Co według Pani  rzeczywiście się tam wydarzyło?

A.G.K.: Już od dawna nie powinno być żadnych kontrowersji wokół tej sprawy, ponieważ podstawą opisu i oceny każdej zbrodni powinna być ekshumacja. Nie znam innego przypadku zbrodni – poza Wołyniem, gdzie przez dziesięciolecia z przyczyn politycznych było to niemożliwe – którego nie próbowano udokumentować w oparciu o badania ekshumacyjne. Tymczasem w Wierzchowinach ekshumacji nigdy nie przeprowadzono.

Słynny komitet, który przybył do Wierzchowin w czerwcu 1945 roku, bardzo niejasno tłumaczył powody zaniechania takich działań. Gdyby rzeczywiście zamierzano udokumentować skalę zbrodni, należało ekshumować ofiary, wykonać dokumentację fotograficzną i upublicznić wyniki – podobnie jak uczyniono to w Katyniu podczas ekshumacji polskich oficerów. Nigdy tego nie zrobiono.

Co więcej, jako rzekome fotografie ofiar z Wierzchowin wielokrotnie publikowano zdjęcia przedstawiające ofiary zbrodni wołyńskich. Tymczasem widziałam oryginalną rolkę filmu, która znajduje się obecnie w zasobie Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie. Są na niej zaledwie dwa zdjęcia wykonane w Wierzchowinach.

W lubelskim oddziale IPN zachował się negatyw filmu, który wcześniej znajdował się w dyspozycji Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Można przypuszczać, że urząd dysponował wówczas jednym aparatem fotograficznym, a wyznaczony funkcjonariusz dokumentował różne wydarzenia na terenie województwa.

Krótko przed wkroczeniem oddziałów zgrupowania mjr. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” do Wierzchowin partyzanci, maszerując z rejonu koncentracji na południe, zatrzymali samochód Komitetu Wojewódzkiego PPR. Zatrzymano podróżujące nim trzy lub cztery osoby, które następnie zostały rozstrzelane w Wierzchowinach. Na zachowanym filmie najpierw znajdują się zdjęcia tego samochodu i miejsca zdarzenia, następnie dwa zdjęcia wykonane już we wsi, a kolejne kadry dotyczą zupełnie innych wydarzeń.

Te dwie fotografie były później publikowane oddzielnie. Jedna z nich ukazała się w jednej z prac poświęconych walce z podziemiem niepodległościowym, natomiast miejsca publikacji drugiej w tej chwili nie potrafię już wskazać.

Na pierwszym zdjęciu widać rodzinę Tywoniuków – trzy lub cztery osoby zastrzelone we własnym domu. Drugie przedstawia podwórze Anny Święcickiej z ciałami kilkunastu osób, na których wykonano wyrok śmierci. Według mojej wiedzy jest to cały zachowany materiał fotograficzny dotyczący tej sprawy. Nie natrafiłam na żadne inne dowody potwierdzające istnienie większej liczby ofiar udokumentowanych w ten sposób. Uważam, że późniejsza narracja wokół wydarzeń w Wierzchowinach została w znacznym stopniu wykreowana.

Szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Chełmie był wówczas Feliks Olko – człowiek o niezwykle burzliwym życiorysie. Z dostępnych materiałów wynika, że przed wojną był wielokrotnie karany za przestępstwa pospolite. W czasie jednego z zatrzymań trafił do więzienia razem z działaczami komunistycznymi, którzy pozyskali go dla ruchu komunistycznego. Następnie skierowano go do szkoły Kominternu w Związku Sowieckim, jednak nie ukończył szkolenia. Według zachowanych relacji został z niego usunięty, pracował później w fabryce, odbył również karę więzienia. Dopiero około 1943 roku ponownie znalazł się w kręgu zainteresowania władz sowieckich, a po wejściu Armii Czerwonej do Polski został przyjęty do tworzonego aparatu bezpieczeństwa.

Olko uchodził za człowieka skutecznego i bezwzględnego. W czasie kampanii przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego w 1947 roku, już po przeniesieniu na Dolny Śląsk, brał udział w działaniach wymierzonych w Polskie Stronnictwo Ludowe. Zatrzymano wówczas osoby przygotowujące powitanie Stanisława Mikołajczyka, a ich miejsce zajęły grupy zorganizowane przez aparat bezpieczeństwa, które doprowadziły do pobicia uczestników zgromadzenia.

Moim zdaniem to właśnie Feliks Olko odegrał kluczową rolę w stworzeniu obowiązującej przez lata narracji o wydarzeniach w Wierzchowinach. Jako szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Chełmie należał do pierwszych osób, które otrzymały informacje o przebiegu wydarzeń.

Po wejściu partyzantów do Wierzchowin zatrzymano między innymi rodzinę Tywoniuków. Ich krewna pracowała jako sekretarka w urzędzie powiatowym, podległym Olce. Sama rodzina jeszcze przed wojną była związana z działalnością Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Najmłodsza córka miała wówczas około trzynastu lub czternastu lat. Partyzanci kazali jej uciekać. Dziewczynka dotarła do Chełma i powiadomiła swoją krewną o wejściu oddziałów do wsi. W tym czasie na jej rodzicach i bracie wykonano wyrok śmierci.

Po otrzymaniu informacji Olko natychmiast zmobilizował podległe siły. Do Wierzchowin skierowano funkcjonariuszy UB, Milicji Obywatelskiej, żołnierzy ze Szkoły Artylerii oraz – najprawdopodobniej – również oddziały NKWD. Ich zadaniem było ustalenie przebiegu wydarzeń.

Z zachowanych zeznań Anny Święcickiej wynika, że wyroki wykonano w dwóch miejscach: w domu Tywoniuków oraz na jej podwórzu. Jej rodzina również była związana z ruchem komunistycznym. Partyzanci przyprowadzali do jej gospodarstwa osoby przeznaczone do likwidacji, natomiast osoby postronne kierowali do drugiego pomieszczenia.

Skazanych wyprowadzano na podwórze i tam rozstrzeliwano. Wszystko wskazuje na to, że sama Anna Święcicka również znajdowała się na liście osób przeznaczonych do likwidacji. Jej mąż, służący wcześniej w wojsku lub Milicji Obywatelskiej, zginął jednak krótko przed tymi wydarzeniami i kobieta samotnie wychowywała dwoje małych dzieci. Partyzanci zażądali od niej okazania dokumentu tożsamości, w którym wpisana była narodowość ukraińska. Zapytała wtedy, czy także ma wyjść na podwórze, czy może najpierw odprowadzić dzieci do drugiego pokoju. Polecono jej odejść razem z dziećmi.

Podczas późniejszych przesłuchań sądowych Święcicka zeznała, że na jej podwórzu wykonano wyroki na kilkunastu osobach, natomiast jej samej pozwolono schronić się z dziećmi w drugim pomieszczeniu.

M.P.: A czy te stenogramy się zachowały?

A.G.K.: To bardzo ciekawa historia. Całkiem niedawno skontaktował się ze mną prokurator z pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, który prowadził postępowanie dotyczące wydarzeń w Wierzchowinach. Zapytał, na jakiej podstawie opisałam pewne fakty, ponieważ w aktach, którymi dysponował, nie było zeznań, na które się powoływałam.

W trakcie rozmowy odkryliśmy rzecz bardzo interesującą. Prokurator pracował na zupełnie innym komplecie dokumentów niż ja. W jego zbiorze znajdowały się wyłącznie maszynopisy, natomiast w aktach, które udostępniono mi w lubelskim oddziale IPN, zachowały się również odręczne notatki oraz oryginalne stenogramy z rozprawy.

Okazało się więc, że pod tą samą sygnaturą archiwalną funkcjonowały dwa odrębne komplety akt dotyczących sprawy Wierzchowin. Rodzi to oczywiste pytanie, od czego zależało, który z tych zestawów był udostępniany badaczom.

Z podobną sytuacją zetknęłam się podczas pracy nad aktami śledztwa przeciwko Marianowi Spychalskiemu. Tam również występują dwa odrębne komplety dokumentów. W jednym zachowały się protokoły zawierające jego oryginalne wypowiedzi, natomiast drugi – w mojej ocenie – został przygotowany przez aparat partyjny jako oficjalna wersja wydarzeń, mająca wyjaśnić całą sprawę.

Podobne wątpliwości mam również w odniesieniu do relacji Wandy Górskiej dotyczącej okoliczności śmierci Bolesława Bieruta.

 

M.P.: I te dwa komplety są w IPN?

A.G.K.: Tak. Na akta dotyczące Mariana Spychalskiego natrafiłam jeszcze przed powstaniem Instytutu Pamięci Narodowej, kiedy prowadziłam kwerendę w archiwum Urzędu Ochrony Państwa.

Kiedy zaczęłam publicznie przywoływać informacje zawarte w tych dokumentach, historyk Aleksander Kochański zapytał mnie, skąd je znam. Pracował wówczas w archiwum Komitetu Centralnego PZPR i powiedział, że doskonale zna tę sprawę, jednak w zasobach, z których korzystał, znajdowały się inne wersje dokumentów.

Wyjaśniłam mu, że zapoznałam się z oryginalnymi aktami procesowymi. Nasza rozmowa skłoniła mnie do przypuszczenia, że podobny mechanizm mógł funkcjonować także w innych archiwach komunistycznych – równolegle mogły istnieć różne wersje dokumentacji dotyczącej tych samych spraw.

Najbardziej zaskakujące jest dla mnie to, że część pierwotnych dokumentów w ogóle przetrwała. Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało. Możliwe, że ktoś świadomie je ukrył lub zabezpieczył z myślą o przyszłości. Nie można też wykluczyć innych okoliczności, które sprawiły, że zachowały się do naszych czasów.

 

M.P.: To zdaniem Pani ofiary w Wierzchowinach nie były przypadkowe?

A.G.K.: W mojej ocenie nie doszło tam do masowego mordu ludności cywilnej. Wykonano jedynie wyroki śmierci orzeczone przez struktury podziemia wobec osób uznanych za winne współpracy z władzami komunistycznymi. Z całą pewnością nie mogło to być sto, a tym bardziej blisko dwieście osób. Jest to po prostu niewykonalne z punktu widzenia przebiegu samej akcji.

Oddziały partyzanckie przebywały w Wierzchowinach bardzo krótko. W tym czasie nie byłyby w stanie przeszukać wszystkich gospodarstw i zabić 196 czy 197 osób. Nawet podczas okupacji niemieckiej masowe egzekucje tego rodzaju były przeprowadzane przy użyciu znacznie większych sił oraz odpowiednich środków technicznych, między innymi ciężkich karabinów maszynowych.

Przeciwko tezie o masowym mordzie przemawiają również zeznania Anny Święcickiej, jednej z osób, które miały zostać stracone, lecz ostatecznie ocalały. Zeznała ona, że zniszczenia we wsi, później przypisywane partyzantom, powstały w wyniku ostrzału prowadzonego przez zbliżające się oddziały komunistyczne. Siły interwencyjne nie wiedziały, czy partyzanci nadal znajdują się we wsi, dlatego rozpoczęły ostrzał. To właśnie on miał spowodować zniszczenia zabudowy oraz wywołać panikę wśród mieszkańców.

Większość osób, które przeżyły, zapakowała swój dobytek na wozy i wyjechała za pobliską granicę do Związku Sowieckiego. Tylko niewielka część mieszkańców pozostała na miejscu.

Interesujący jest również inny szczegół. Dwie osoby figurujące na oficjalnej liście ofiar wydarzeń w Wierzchowinach mieszkały później w domu Feliksa Olki aż do końca jego kariery zawodowej. Byli to jego teściowie. W pierwszych ankietach personalnych Olko podawał, że zginęli oni w Wierzchowinach. Natomiast w późniejszych dokumentach wpisywał już, że pozostają na jego utrzymaniu w Warszawie. Ta rozbieżność wymaga wyjaśnienia.

Moim zdaniem manipulowano również samą listą ofiar. Umieszczano na niej osoby, które nie zawsze były rodowitymi mieszkańcami Wierzchowin, a część nazwisk zmieniano lub polonizowano. Przykładowo ukraińskie nazwisko Wołk występowało w dokumentach jako Wilk.

Po rozbiciu zgrupowania mjr. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” w rejonie Huty mieszkańcy Chełmszczyzny opowiadali, że funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa przewozili ciężarówkami do Wierzchowin ciała poległych. W walkach tych zginęli funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, żołnierze wojsk wewnętrznych podporządkowanych władzom komunistycznym, a także żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych. Do dziś nie wskazano jednoznacznie miejsca pochówku wszystkich poległych.

Od wielu lat rozważam hipotezę, że część tych ciał mogła zostać potajemnie przewieziona do Wierzchowin i złożona we wspólnej mogile, którą następnie przedstawiono jako grób ofiar wydarzeń z 6 czerwca 1945 roku. Gdyby rzeczywiście tak było, mogłoby to wyjaśniać, dlaczego komisja powołana w czerwcu 1945 roku przez Komitet Wojewódzki PPR nie zdecydowała się na przeprowadzenie ekshumacji. Jest to jednak hipoteza badawcza, której nie udało się dotąd ostatecznie zweryfikować.

Niezależnie od tego uważam, że brak ekshumacji był podstawowym błędem i do dziś uniemożliwia definitywne wyjaśnienie przebiegu wydarzeń. Oficjalne wyjaśnienia przedstawiane w tej sprawie nie przekonują mnie.

Jest jeszcze jeden element, którego nie można całkowicie pominąć. Mieszkańcy okolicznych wsi do dziś wspominają, że w dniu wydarzeń z Wierzchowin dochodziło jedynie kilkanaście strzałów. Oczywiście sama pamięć świadków nie może rozstrzygać sprawy, ale również ten przekaz warto uwzględnić przy rekonstrukcji przebiegu wydarzeń.

M.P.: To dlaczego dziś nie zdecydowano się na ekshumację?

A.G.K.: Nie rozumiem takiego podejścia. Badanie każdej zbrodni powinno w pierwszej kolejności opierać się na przeprowadzeniu ekshumacji – niezależnie od tego, ile czasu upłynęło od samego wydarzenia. To właśnie wyniki badań ekshumacyjnych pozwalają ustalić rzeczywisty przebieg zdarzeń, liczbę ofiar oraz charakter ich śmierci.

Z mojego punktu widzenia rezygnacja z przeprowadzenia ekshumacji oznacza, że nadal nie wykorzystuje się najważniejszego narzędzia służącego do zweryfikowania faktów. W konsekwencji pozostaje przestrzeń dla różnych interpretacji i hipotez, a tym samym także możliwość dalszego manipulowania obrazem tych wydarzeń.

 

M.P.: Na ile wiarygodne są materiały śledcze i sądowe wytworzone przez aparat komunistyczny w sprawie Wierzchowin?

A.G.K.: O aktach sądowych już mówiłam i o tym, w jaki sposób – moim zdaniem – zostały zmanipulowane. Natomiast materiał dowodowy zgromadzony na etapie śledztwa uważam za całkowicie niewiarygodny. W mojej ocenie został on w znacznym stopniu sfałszowany. Dotyczy to przede wszystkim dokumentów przypisywanych podziemiu niepodległościowemu. Wszystkie znalazły się w rękach komunistycznego aparatu bezpieczeństwa i, moim zdaniem, zostały następnie przerobione lub uzupełnione zgodnie z potrzebami śledztwa.

Władze komunistyczne przez wiele lat konsekwentnie kontrolowały narrację dotyczącą Wierzchowin. Uczestnicy wydarzeń i ich świadkowie bali się mówić prawdę. Zdarzało się również, że osoby więzione sporządzały lub podpisywały relacje zgodne z oczekiwaniami śledczych, licząc na złagodzenie warunków odbywania kary albo wcześniejsze zwolnienie.

Z moich badań wynika, że dla wielu uwięzionych dowódców Narodowych Sił Zbrojnych związanych z Lubelszczyzną – a niekiedy także osób niezwiązanych bezpośrednio z tym regionem – podpisanie podsuniętych im wspomnień lub oświadczeń, zawierających tezę o planowanym masowym mordzie w Wierzchowinach, było warunkiem ocalenia życia lub odzyskania wolności. Tak przynajmniej przedstawiali to sami uczestnicy tamtych wydarzeń.

Nie wszyscy uczestnicy walk zginęli również w bitwie pod Hutą. Z moich ustaleń wynika, że znaczna część zgrupowania, w tym cały oddział por. Eugeniusza Walewskiego „Zemsty”, zdołała wycofać się z obozowiska przed uderzeniem sił komunistycznych.

Przez wiele lat żaden z uczestników tych wydarzeń praktycznie o nich nie mówił, ponieważ groziły za to represje ze strony aparatu bezpieczeństwa. Eugeniusz Walewski ujawnił się jeszcze w 1945 roku. Jak wynika z relacji, uczynił to w zamian za uwolnienie swojej żony oraz zastępcy. Mimo to, kiedy znalazł się już w rękach władz komunistycznych, został zastrzelony w biały dzień.

Strach paraliżował ludzi przez całe dziesięciolecia. Sama doświadczyłam tego pośrednio. W czasie studiów byłam w jednej grupie z dziewczyną pochodzącą z rodziny Szołochów. Wówczas żadna z nas nie miała pojęcia, że losy naszych rodzin splotły się podczas wydarzeń w Wierzchowinach. Zastępcą „Zemsty” był brat mojego dziadka, który w czasie akcji przebywał w areszcie razem z żoną Walewskiego, natomiast dziadek mojej koleżanki uczestniczył w działaniach prowadzonych przez oddział. Ani ona, ani ja nic o tym nie wiedziałyśmy. W naszych rodzinach o tych wydarzeniach po prostu się nie mówiło.

Za każdym razem, gdy pojawiał się temat Wierzchowin, rozmowa natychmiast się urywała. Ludzie przez wiele lat bali się wracać do tych wydarzeń.

Najbardziej zdumiewająca jest dla mnie historia z początku XXI wieku. Pod koniec życia do poznańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej zgłosił się były żołnierz oddziału „Zemsty”, prawdopodobnie noszący nazwisko Keller. Pełnił funkcję w ubezpieczeniu akcji i złożył obszerne zeznania, w których zakwestionował komunistyczną wersję wydarzeń. Tymczasem autor późniejszej publikacji poświęconej Wierzchowinom skupił się przede wszystkim na podważeniu właśnie tej relacji. Do dziś trudno mi to zrozumieć, ponieważ świadek ten jednoznacznie twierdził, że do masowego mordu w Wierzchowinach nie doszło.

 

 M.P.: Czy Pani zdaniem możliwe jest dziś wypracowanie historycznego konsensusu wokół tej sprawy? Czy też pozostanie ona trwale sporna?

A.G.K.: Jedynym prawdziwym konsensusem jest prawda. Nie da się jej osiągnąć poprzez sztuczne uzgadnianie stanowisk – trzeba do niej po prostu dotrzeć. Niestety, przez lata zrobiono bardzo wiele, aby skutecznie ją ukryć lub utrudnić jej poznanie. Dlatego punktem wyjścia do rzetelnego wyjaśnienia tej sprawy powinno być przeprowadzenie ekshumacji.

 

 M.P.: Jaką rolę w interpretacji wydarzeń w Wierzchowinach odgrywa kontekst walki ideologicznej z podziemiem niepodległościowym? Czy w Pani ocenie współczesne debaty wokół Wierzchowin są bardziej próbą zrozumienia historii, czy też raczej jej instrumentalizacji?

A.G.K.: Kontekst walki ideologicznej w dalszym ciągu odgrywa współcześnie ogromną rolę. Wydarzenia te rozegrały się tuż przed powrotem Stanisława Mikołajczyka do Polski. W mojej ocenie komunistom zależało na przekonaniu zachodniej opinii publicznej, że w Polsce nie istnieje żadna legalna, demokratyczna opozycja, a zbrojne podziemie tworzą jedynie bandyci, którzy utrzymują się z rabunków i mordów. Narrację dotyczącą wydarzeń w Wierzchowinach natychmiast wykorzystano propagandowo i szeroko nagłośniono w prasie oraz innych środkach przekazu kontrolowanych przez władze komunistyczne. Skala tej kampanii była tak duża, że – jak wynika z relacji – nawet jeden z więzionych wówczas dowódców podziemia uwierzył w rozpowszechnianą wersję wydarzeń i zaczął odczuwać wstyd z powodu działań swoich towarzyszy broni.

Moim zdaniem współczesne próby odtworzenia przebiegu tych wydarzeń są w dużej mierze motywowane względami politycznymi. W ukraińskiej pamięci historycznej Wierzchowiny urosły do rangi symbolu i są przedstawiane jako dowód rzekomego, systemowego antyukrainizmu Polaków oraz celowo przeprowadzonej czystki etnicznej. Nie podzielam tej interpretacji.

W mojej ocenie wydarzenia te nie były konsekwencją narodowości mieszkańców wsi. Wierzchowiny już przed wojną stanowiły ważny ośrodek działalności Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. W czasie okupacji niemieckiej część mieszkańców współpracowała z partyzantką sowiecką. Natomiast po wkroczeniu Armii Czerwonej i utworzeniu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego Wierzchowiny należały do tych ukraińskich miejscowości we wschodniej części Lubelszczyzny, których mieszkańcy oficjalnie domagali się przyłączenia tego obszaru do Związku Sowieckiego. W moim przekonaniu właśnie ten kontekst polityczny i działalność części mieszkańców, a nie ich narodowość, stanowiły zasadnicze tło wydarzeń z czerwca 1945 roku.



Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.07.2026 17:34
Źródło: Tysol.pl