[Tylko u nas] Budzisz: Oddajemy pole Putinowi – nie ma nas na Wschodzie z naszą opowieścią o historii
![[Tylko u nas] Budzisz: Oddajemy pole Putinowi – nie ma nas na Wschodzie z naszą opowieścią o historii](https://tysol.pl/storage/files/2026/3/1/b197fefa-e182-47bf-91b6-ce4c0bf7010f/42851.jpg?p=article_hero_mobile)
W swym jerozolimskim wystąpieniu Władimir Putin wspomniał o białoruskiej wsi Chatyń. Dało to niektórym polskim komentatorom asumpt do snucia przypuszczeń, że jedynym powodem dla którego rosyjski prezydent wplótł ten wątek do swego wystąpienia jest fonetyczne podobieństwo nazwy wioski do Katynia. W takiej interpretacji intencją Putina miałoby być sianie zamętu pojęciowego na użytek niedokształconej zachodniej publiczności. Zapewne wbrew intencjom, ci którzy tak twierdzili dali świadectwo własnej ignorancji, a przynajmniej braku wiedzy na temat toczącej się w tzw. przestrzeni poradzieckiej debacie historycznej.
Jest to o tyle istotne, że nieznajomość w tym względzie utrudnia zrozumienia nie tylko niuansów, ale wręcz celów jakie stawiają sobie autorzy rosyjskiej narracji historycznej w kwestii II wojny światowej, a raczej jak to się ujmuje w Federacji Rosyjskiej Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. A jeżeli nie będziemy rozumieli języka symboli, którymi posługuje się i do których odwołuje się Władimir Putin, to w jaki sposób chcemy przeciwdziałać antypolskiej propagandzie Moskwy?
Odwołanie się Putina do doświadczeń Chatynia ma związek z toczącą się w ubiegłych latach dyskusją między historykami białoruskimi a rosyjskimi na temat Wojny Ojczyźnianej. W największym skrócie rzecz ujmując dotyczyła ona odrębnego ujmowania wojny w podręcznikach obydwu krajów. Białorusini w swej narracji koncentrowali się na tym co działo się na obszarach dzisiejszej Białorusi, pomijając albo traktując dość powierzchownie inne wydarzenia wojny, w tym Stalingrad, blokadę Leningradu etc. Dla ich historycznej pamięci kluczowe były represje niemieckie, m.in. palenie wiosek przez oddziały niemieckie oddziały specjalne, zarówno w odwecie za wspieranie partyzantów jak i po to aby "oczyścić teren" dla planowanego przyszłego osadnictwa niemieckiego. Jedną z takich wsi, która urosła do miary symbolu był Chatyń, która została spalona a ludnośc bestialsko wymordowana. Rosjanie, w swych podręcznikach, byli skłonni doświadczenia białoruskiej "republiki partyzanckiej" ignorować, trochę wzorem Stalina, który traktował ją, delikatnie sprawę ujmując z dużą podejrzliwością. Ta różnica w polityce pamięci historycznej podkreślana była na najwyższym szczeblu. Sam Aleksandr Łukaszenka mówił publicznie o tym, że Białorusi wojna została narzucona przez obcych, a naród wiąże swą pamięć z doświadczeniami partyzanckimi, oporem miejscowej ludności przeciw najeźdźcom. Z rosyjskiego punktu widzenia to "rozjeżdżanie" się historycznych narracji jest zjawiskiem groźnym, bo utrudnia powstanie jednego korpusu pojęciowego, jednego mitu założycielskiego, a przez to, ujmując całą sprawę politycznie utrudnia powstanie jednego narodu złożonego z dwóch etnograficznie różniących się "szczepów", ale stanowiących w istocie gałęzie tego samego drzewa. Należałoby w tym kontekście dodać też do tej konstrukcji Ukraińców, bo Putin nie porzucił myślenia o trzech gałęziach współczesnego narodu rosyjskiego - białoruskiej, ukraińskiej i rosyjskiej. Jak to wszystko ma się do wzmianki na temat Chatynia? Otóż w wyniku dyskusji między historykami obydwu krajów informacje na temat spalenia wsi i wymordowania jej mieszkańców (nota bene przez ludzi Dirlewangera oraz 118 batalion pomocniczy złożony z byłych żołnierzy UPA - melnykowców) znalazły się w rosyjskich podręcznikach. A zatem wzmiankę Putina uznać trzeba za wystąpienie skierowane z jednej strony pod adresem Mińska, z drugiej zaś zarówno przeciw Kijowowi, jak i po to, aby bezpośrednio zwrócić się do tej części ukraińskiej opinii publicznej, która nie identyfikuje się z tradycją UPA. Jeśli dodamy do tego fakt, iż w swym jerozolimskim wystąpieniu Putin mówił również o wymordowaniu przy współudziale miejscowej ludności Żydów zamieszkujących na Ukrainie i w Państwach Bałtyckich, to będziemy mieli pełny przekaz którego istotą jest odwołanie się do pamięci historycznej zaszczepionej przez ZSRR, w takim kształcie, jak to miało miejsce za czasów komunistycznych. Jest to ten element moskiewskiej narracji na który winniśmy zwrócić uwagę, a tego nie robimy. Chodzi w nim o reaktywowanie sowieckiej wspólnoty pamięci, co ułatwić może reaktywowanie imperialnych planów politycznych (niekoniecznie w postaci prostego odtworzenia ZSRR). Nie bez przyczyny Putin, jeszcze w grudniu wystąpił z długim "historycznym" wykładem na odbywającym się w Petersburgu spotkaniu państw Wspólnoty Niepodległych Państw. Wprost mówił wówczas o tym, że "jest to nasza wspólna historia". Teraz, w Jerozolimie do tego w innej formule, ale powrócił.
Nie bez powodu też, bo w rosyjskiej dyplomacji niewiele, jeśli cokolwiek, dzieje się przypadkowo, rosyjska narracja historyczna koncentruje się raczej na końcu, niż początku II wojny światowej. Nie chodzi tylko o triumf ZSRR, choć to również ma znaczenie, ale przede wszystkim o zbudowanie ładu światowego, którego symbolem jest Rada Bezpieczeństwa ONZ i jej stali członkowie. W interpretacji rosyjskich politologów ład ten cechował się nie tylko trwałością, bo przez kilkadziesiąt lat nie dopuścił do wybuchu konfliktu zbrojnego. Nie mniej istotnymi jego elementami była zakorzeniona w świecie wartości prawomocność takiego porządku oraz faktyczne uznanie, że tworzące je mocarstwa (filary porządku światowego) mają swe interesy, strefy wpływów, wyłącznej dominacji. W przypadku ZSRR doskonale wiemy o jakich strefach jest mowa.
Wpisane w taki kontekst znaczeniowy jerozolimskie wystąpienie Putina nie jest wcale tak umiarkowane i niewinne jak niektórzy nasi komentatorzy po jego wysłuchaniu sądzili. Nasz problem polega wszakże na tym, że nie potrafimy prawidłowo odczytać kodów kulturowych i odwołań historycznych zawartych w wystąpieniach rosyjskich oficjeli i muszą oni powiedzieć coś "z grubej rury" albo otwartym tekstem, abyśmy to zauważyli.
Na szczęście znacznie lepiej rozumieją to nasi sojusznicy w Wilnie i w Kijowie. Mają też znakomicie lepszą dyplomację "na kierunku wschodnim" i pozostaje żywić nadzieję, że Warszawa będzie skłonna wysłuchać co mają nam do powiedzenia. A komunikat jest w sumie dość prosty. Przesłanie Putina, adresowane do narodów i rządów byłego ZSRR nie zostało podchwycone. W Jerozolimie, na uroczystościach organizowanych przez Wiaczesława Kantora nie było reprezentantów Kazachstanu i Uzbekistanu, dwóch kluczowych państw Azji Środkowej wywodzących się z ZSRR. Nie było Bałtów, prezydent Nauseda, najprawdopodobniej wiedząc co ma zamiar mówić Putin odwołał swój wyjazd do Jerozolimy. Podobnie prezydent Zełenski, który w ostatniej chwili nie przyszedł na uroczystości i w gruncie rzeczy odwołał spotkanie z Putinem, które co prawda miało mieć charakter roboczy i nieoficjalny, ale od kilkunastu dni w mediach obydwu krajów uznawano je za właściwie pewne. Reprezentacja Białorusi była też na niskim poziomie - spikera izby niższej parlamentu, a białoruska prasa, nawet oficjalna, w gruncie rzeczy zignorowała putinowskie uroczystości w Jerozolimie.
Do działania przystąpiła natomiast dyplomacja ukraińska. Wiceminister spraw zagranicznych Wasyl Bodnar opublikował artykuł, w którym apelował do Polski o wspólną politykę historyczną, wspólną narrację, bo na podziałach i naszych wzajemnych konfliktach korzysta Rosja. Ta oczywista prawda, na granicy banału, nie jest, niestety znana naszemu ambasadorowi w Kijowie, ministrowi Cichockiemu, który podpisał w ostatnich czasie wspólną z ambasadorem Izraela deklarację wzywającą Kijów do zerwania z gloryfikowaniem Bandery, tak jakby w polityce historycznej Ukrainy nic nie zmieniło się po wyborczym zwycięstwie Zełenskiego. Co do istoty nie można mieć wątpliwości, że apel tego rodzaju jest słuszny, ale kontekst w jaki wydane zostało to oświadczenie wpływa na jego wymowę. Po pierwsze skala obchodów rocznicy urodzin przywódcy ukraińskich nacjonalistów była w tym roku niewielka. W demonstracjach w Kijowie, metropolii zamieszkiwanej przez 3 mln ludzi wzięło udział do 2 tys. osób. Po drugie podobne oświadczenie wydane zostało rok wcześniej, a zatem nie mieliśmy do czynienia z nowym działaniem, raczej już rutynowym, jednak w zasadniczo zmienionym kontekście. I po trzecie wreszcie, minister Cichocki wdał się (a nie zrobił tego np. współ-sygnatariusz oświadczenia, ambasador Izraela) w niefortunną i niepotrzebną polemikę z tweetem rzeczniczki ukraińskiego MSZ-u, która napisała, że ukraińskich bohaterów narodowych będą wybierać sami Ukraińcy. Jeśli tak ma wyglądać nasza dyplomacja w Kijowie, to trzeba zadać pytanie pod adresem naszego MSZ-u, co chcemy w ten sposób osiągnąć?
Obecna wizyta prezydenta Zełenskiego jest nie tylko okazją do przezwyciężenia wzajemnych problemów natury historycznej, ale jest też możliwością rozpoczęcia wspólnej ofensywy narracyjnej, również dotykającej problemów II wojny światowej i doświadczeń dwóch totalitaryzmów. Na Wschodzie jesteśmy nieobecni z opowieścią o naszej historii, dbając niemal wyłącznie o to aby Zachód pisał o nas dobrze. To poważny błąd, bo jeśli gdzieś jest słaby punkt propagandy Putina, to właśnie wśród narodów państw powstałych po upadku ZSRR, które doskonale zdają sobie sprawę z tego co oznacza "wspólna pamięć" o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
Marek Budzisz
Odwołanie się Putina do doświadczeń Chatynia ma związek z toczącą się w ubiegłych latach dyskusją między historykami białoruskimi a rosyjskimi na temat Wojny Ojczyźnianej. W największym skrócie rzecz ujmując dotyczyła ona odrębnego ujmowania wojny w podręcznikach obydwu krajów. Białorusini w swej narracji koncentrowali się na tym co działo się na obszarach dzisiejszej Białorusi, pomijając albo traktując dość powierzchownie inne wydarzenia wojny, w tym Stalingrad, blokadę Leningradu etc. Dla ich historycznej pamięci kluczowe były represje niemieckie, m.in. palenie wiosek przez oddziały niemieckie oddziały specjalne, zarówno w odwecie za wspieranie partyzantów jak i po to aby "oczyścić teren" dla planowanego przyszłego osadnictwa niemieckiego. Jedną z takich wsi, która urosła do miary symbolu był Chatyń, która została spalona a ludnośc bestialsko wymordowana. Rosjanie, w swych podręcznikach, byli skłonni doświadczenia białoruskiej "republiki partyzanckiej" ignorować, trochę wzorem Stalina, który traktował ją, delikatnie sprawę ujmując z dużą podejrzliwością. Ta różnica w polityce pamięci historycznej podkreślana była na najwyższym szczeblu. Sam Aleksandr Łukaszenka mówił publicznie o tym, że Białorusi wojna została narzucona przez obcych, a naród wiąże swą pamięć z doświadczeniami partyzanckimi, oporem miejscowej ludności przeciw najeźdźcom. Z rosyjskiego punktu widzenia to "rozjeżdżanie" się historycznych narracji jest zjawiskiem groźnym, bo utrudnia powstanie jednego korpusu pojęciowego, jednego mitu założycielskiego, a przez to, ujmując całą sprawę politycznie utrudnia powstanie jednego narodu złożonego z dwóch etnograficznie różniących się "szczepów", ale stanowiących w istocie gałęzie tego samego drzewa. Należałoby w tym kontekście dodać też do tej konstrukcji Ukraińców, bo Putin nie porzucił myślenia o trzech gałęziach współczesnego narodu rosyjskiego - białoruskiej, ukraińskiej i rosyjskiej. Jak to wszystko ma się do wzmianki na temat Chatynia? Otóż w wyniku dyskusji między historykami obydwu krajów informacje na temat spalenia wsi i wymordowania jej mieszkańców (nota bene przez ludzi Dirlewangera oraz 118 batalion pomocniczy złożony z byłych żołnierzy UPA - melnykowców) znalazły się w rosyjskich podręcznikach. A zatem wzmiankę Putina uznać trzeba za wystąpienie skierowane z jednej strony pod adresem Mińska, z drugiej zaś zarówno przeciw Kijowowi, jak i po to, aby bezpośrednio zwrócić się do tej części ukraińskiej opinii publicznej, która nie identyfikuje się z tradycją UPA. Jeśli dodamy do tego fakt, iż w swym jerozolimskim wystąpieniu Putin mówił również o wymordowaniu przy współudziale miejscowej ludności Żydów zamieszkujących na Ukrainie i w Państwach Bałtyckich, to będziemy mieli pełny przekaz którego istotą jest odwołanie się do pamięci historycznej zaszczepionej przez ZSRR, w takim kształcie, jak to miało miejsce za czasów komunistycznych. Jest to ten element moskiewskiej narracji na który winniśmy zwrócić uwagę, a tego nie robimy. Chodzi w nim o reaktywowanie sowieckiej wspólnoty pamięci, co ułatwić może reaktywowanie imperialnych planów politycznych (niekoniecznie w postaci prostego odtworzenia ZSRR). Nie bez przyczyny Putin, jeszcze w grudniu wystąpił z długim "historycznym" wykładem na odbywającym się w Petersburgu spotkaniu państw Wspólnoty Niepodległych Państw. Wprost mówił wówczas o tym, że "jest to nasza wspólna historia". Teraz, w Jerozolimie do tego w innej formule, ale powrócił.
Nie bez powodu też, bo w rosyjskiej dyplomacji niewiele, jeśli cokolwiek, dzieje się przypadkowo, rosyjska narracja historyczna koncentruje się raczej na końcu, niż początku II wojny światowej. Nie chodzi tylko o triumf ZSRR, choć to również ma znaczenie, ale przede wszystkim o zbudowanie ładu światowego, którego symbolem jest Rada Bezpieczeństwa ONZ i jej stali członkowie. W interpretacji rosyjskich politologów ład ten cechował się nie tylko trwałością, bo przez kilkadziesiąt lat nie dopuścił do wybuchu konfliktu zbrojnego. Nie mniej istotnymi jego elementami była zakorzeniona w świecie wartości prawomocność takiego porządku oraz faktyczne uznanie, że tworzące je mocarstwa (filary porządku światowego) mają swe interesy, strefy wpływów, wyłącznej dominacji. W przypadku ZSRR doskonale wiemy o jakich strefach jest mowa.
Wpisane w taki kontekst znaczeniowy jerozolimskie wystąpienie Putina nie jest wcale tak umiarkowane i niewinne jak niektórzy nasi komentatorzy po jego wysłuchaniu sądzili. Nasz problem polega wszakże na tym, że nie potrafimy prawidłowo odczytać kodów kulturowych i odwołań historycznych zawartych w wystąpieniach rosyjskich oficjeli i muszą oni powiedzieć coś "z grubej rury" albo otwartym tekstem, abyśmy to zauważyli.
Na szczęście znacznie lepiej rozumieją to nasi sojusznicy w Wilnie i w Kijowie. Mają też znakomicie lepszą dyplomację "na kierunku wschodnim" i pozostaje żywić nadzieję, że Warszawa będzie skłonna wysłuchać co mają nam do powiedzenia. A komunikat jest w sumie dość prosty. Przesłanie Putina, adresowane do narodów i rządów byłego ZSRR nie zostało podchwycone. W Jerozolimie, na uroczystościach organizowanych przez Wiaczesława Kantora nie było reprezentantów Kazachstanu i Uzbekistanu, dwóch kluczowych państw Azji Środkowej wywodzących się z ZSRR. Nie było Bałtów, prezydent Nauseda, najprawdopodobniej wiedząc co ma zamiar mówić Putin odwołał swój wyjazd do Jerozolimy. Podobnie prezydent Zełenski, który w ostatniej chwili nie przyszedł na uroczystości i w gruncie rzeczy odwołał spotkanie z Putinem, które co prawda miało mieć charakter roboczy i nieoficjalny, ale od kilkunastu dni w mediach obydwu krajów uznawano je za właściwie pewne. Reprezentacja Białorusi była też na niskim poziomie - spikera izby niższej parlamentu, a białoruska prasa, nawet oficjalna, w gruncie rzeczy zignorowała putinowskie uroczystości w Jerozolimie.
Do działania przystąpiła natomiast dyplomacja ukraińska. Wiceminister spraw zagranicznych Wasyl Bodnar opublikował artykuł, w którym apelował do Polski o wspólną politykę historyczną, wspólną narrację, bo na podziałach i naszych wzajemnych konfliktach korzysta Rosja. Ta oczywista prawda, na granicy banału, nie jest, niestety znana naszemu ambasadorowi w Kijowie, ministrowi Cichockiemu, który podpisał w ostatnich czasie wspólną z ambasadorem Izraela deklarację wzywającą Kijów do zerwania z gloryfikowaniem Bandery, tak jakby w polityce historycznej Ukrainy nic nie zmieniło się po wyborczym zwycięstwie Zełenskiego. Co do istoty nie można mieć wątpliwości, że apel tego rodzaju jest słuszny, ale kontekst w jaki wydane zostało to oświadczenie wpływa na jego wymowę. Po pierwsze skala obchodów rocznicy urodzin przywódcy ukraińskich nacjonalistów była w tym roku niewielka. W demonstracjach w Kijowie, metropolii zamieszkiwanej przez 3 mln ludzi wzięło udział do 2 tys. osób. Po drugie podobne oświadczenie wydane zostało rok wcześniej, a zatem nie mieliśmy do czynienia z nowym działaniem, raczej już rutynowym, jednak w zasadniczo zmienionym kontekście. I po trzecie wreszcie, minister Cichocki wdał się (a nie zrobił tego np. współ-sygnatariusz oświadczenia, ambasador Izraela) w niefortunną i niepotrzebną polemikę z tweetem rzeczniczki ukraińskiego MSZ-u, która napisała, że ukraińskich bohaterów narodowych będą wybierać sami Ukraińcy. Jeśli tak ma wyglądać nasza dyplomacja w Kijowie, to trzeba zadać pytanie pod adresem naszego MSZ-u, co chcemy w ten sposób osiągnąć?
Obecna wizyta prezydenta Zełenskiego jest nie tylko okazją do przezwyciężenia wzajemnych problemów natury historycznej, ale jest też możliwością rozpoczęcia wspólnej ofensywy narracyjnej, również dotykającej problemów II wojny światowej i doświadczeń dwóch totalitaryzmów. Na Wschodzie jesteśmy nieobecni z opowieścią o naszej historii, dbając niemal wyłącznie o to aby Zachód pisał o nas dobrze. To poważny błąd, bo jeśli gdzieś jest słaby punkt propagandy Putina, to właśnie wśród narodów państw powstałych po upadku ZSRR, które doskonale zdają sobie sprawę z tego co oznacza "wspólna pamięć" o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
Marek Budzisz

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Data publikacji: 28.01.2020 22:39
Komentarze
Były doradca Trumpa ostrzega przed III wojną światową. Porównał Putina do Hitlera
26.08.2026 14:19

Komentarzy: 0
Były doradca Donalda Trumpa Keith Kellogg porównał Władimira Putina do Adolfa Hitlera i ostrzegł, że ustępstwa wobec Rosji mogą zwiększyć ryzyko szerszego konfliktu. Odwołał się przy tym do układu monachijskiego z 1938 r.
Czytaj więcej
Putin zrobił to w dniu wizyty szefa CIA w Moskwie
26.08.2026 10:47

Komentarzy: 0
Według rosyjskich mediów Władimir Putin podpisał 25 sierpnia trzy nieopublikowane dekrety. W publicznym rejestrze brakuje dokumentów o numerach 605, 606 i 607. Stało się to w dniu niespodziewanej wizyty dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie. Treść dokumentów pozostaje nieznana i nie ma potwierdzenia, że mają one związek z wizytą szefa CIA.
Czytaj więcej
Szef CIA miał przylecieć do Moskwy. Cel rozmów pozostaje nieznany
26.08.2026 08:19

Komentarzy: 0
Dyrektor CIA John Ratcliffe miał we wtorek przybyć do Moskwy na niezapowiedziane rozmowy – podała stacja CBS. Ani władze USA, ani Rosji nie potwierdziły wizyty ani jej celu. Dane z systemów śledzenia lotów wskazują, że tego dnia do Rosji przyleciał amerykański samolot wojskowy.
Czytaj więcej
Główny cel rosyjskiej armii. Walka toczy się o „pas twierdz”
25.08.2026 21:49

Komentarzy: 0
Rosja zwiększa nacisk na ukraińskie pozycje w obwodzie donieckim. Jednym z najważniejszych celów rosyjskiej armii pozostają Słowiańsk, Kramatorsk i pozostałe miasta tworzące ukraiński „pas twierdz”. Rosyjskie wojska poprawiły pozycje na wschód od Słowiańska i nasilają ataki na ukraińską logistykę, choć analitycy nie spodziewają się szybkiego przełamania tego odcinka frontu.
Czytaj więcej
Zełenski o wyborach podczas wojny: Tsunami, które zniszczyłoby kraj
23.08.2026 18:00

Komentarzy: 0
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ostrzegł, że przeprowadzenie wyborów podczas trwającej wojny z Rosją mogłoby głęboko podzielić kraj. Nazwał taki scenariusz „tsunami”. Jego wypowiedź pojawiła się po tym, jak zdymisjonowany minister obrony Mychajło Fedorow wezwał do znalezienia sposobu na przeprowadzenie głosowania.
Czytaj więcej