Marcin Bąk: No kto wygra mecz?

Sympatycy i fanatycy
Bóg jest po stroni silniejszych batalionów. To powiedzenie, przypisywane Napoleonowi, można zastosować nie tylko do wojny w czystej postaci ale także do namiastki wojny, jaka jest z jednej strony sport a z drugiej walka polityczna w tak zwanej demokracji przedstawicielskiej. Tyle tylko, że w moim przekonaniu zmagania partii politycznych bardziej przypominają starcia ligowe niż mistrzostwa świata. Kluby mają swoich silniejszych i słabszych zawodników, maja rezerwę, kupują najlepszych trenerów na jakich ich stać, podkupują sobie nawzajem zawodników. Przede wszystkim jednak, mają swoich wiernych kibiców. Proszę spojrzeć na nasze podwórko polityczne. Prawie każda partia ma taką swoją żelazną brygadę, taka „Żyletę”, grono najwierniejszych wyborców, których nikt i nic nie odwiedzie od wspierania ugrupowania politycznego, któremu oddali swoje serce. Czy też może ściślej mówiąc, od wspierania własnej partii może ich odwieść tylko śmierć. Politolodzy różnie określają w procentach ten „żelazny” czy tez „pancerny” elektorat. Czasem stanowi on ponad połowę wszystkich wyborców danej partii, częściej jednak ten odsetek jest niższy. Ci ludzie niczego nie zmienią w swoich przekonaniach, nie mają na nich wpływu żadne argumenty, nawet gdyby sami, na własnej skórze doświadczyli niegodziwości ze strony przywódcy swojej ukochanej partii, to i tak nic to nie zmieni w ich politycznych preferencjach. Walka pomiędzy wyborami toczy się nie o nich, lecz o tych którzy udzielają poparcia warunkowo. Głosują zawsze z pewnymi zastrzeżeniami o ile w ogóle głosują. Działania zmierzające do zniechęcenia części elektoratu przeciwnika do pójścia na wybory to też jedna z żelaznych reguł walki politycznej. Nie muszą zagłosować na nas, wystarczy, że pozostaną w domach i nie zagłosują na naszych przeciwników.
Do przerwy – 0:0
Jak wygląda stan meczu pomiędzy siłami, które samozwańczo nazywają się Stroną Demokratyczną a i opozycją, złożoną w większości z partii prawicowych? No bardzo ciekawie, na chwilę obecną. Po wyborach w 2023 roku wydawało się, że „demokraci” mają w rękach wszystkie narzędzia oraz przyzwolenie od władz Unii Europejskiej, by cytując klasyka – dorżnąć watahę. Zabrali się do roboty ostro i od razu, partacko, niemniej parę akcji typu przejęcie z buta TVP, Prokuratury Krajowej, parę spektakularnych aresztowań udało im się przeprowadzić. Potem ten pęd zaczął wyraźnie wyhamowywać. Nie udało się metodami administracyjnymi i sądowymi sparaliżować działania opozycji, tak by trwale wyeliminować ją z przestrzeni publicznej i „rządzić już wiecznie”. Niezwykle ważnym dla stanu rozgrywki był wybór na funkcje Prezydenta RP Karola Nawrockiego. Mechanizm dorzynania watahy wyraźnie się w tym momencie zaciął. Mylili się jednak wszyscy ci, którzy niesieni euforią sukcesu na prawicy, wieszczyli rychły koniec koalicji rządzącej, rozpad i przyspieszone wybory. Nic takiego nie nastąpiło, premier Donald Tusk kolejny raz przypomniał tak swoim zwolennikom, jak i przeciwnikom, że jest wciąż groźnym graczem gdy chodzi o krajową politykę. Udało mu się skonsolidować zaplecze polityczne, wyeliminować próby frondy i zmarginalizować rolę koalicjantów, pozbawiając ich resztek samodzielności. Wybory parlamentarne, które będą podsumowaniem trwającego meczu politycznego, odbędą się za półtora roku. To tak naprawdę bardzo niewiele czasu. Być może procesy, które zadecydują o składzie przyszłego parlamentu, o tym kto będzie rządził Polską, już się toczą na naszych oczach. Strona rządowa zalicza w ostatnich dniach i tygodniach serię mniejszych i większych porażek wizerunkowych. Do najpoważniejszy można zaliczyć sprawę umorzenia postępowania w kwestii tzw. afery dwóch wież, skandale z lokalnymi działaczami KO ale przede wszystkim – aferę z młodym, obrotnym politykiem KO w kitlu pracującym w szpitalu Południowym w Warszawie. Z ta afera jest trochę tak, jak z wizytą starym autem w zakładzie mechanicznym. Przyjechaliśmy wymienić tłumik, a jak mechanicy wzięli wóz na podnośnik i zaczęli pracę, to okazało się że wypadają kolejne elementy. Tutaj jest podobnie, afera rozlewa się i wychodzą nowe wątki, związane z prosektorium, z biznesem pogrzebowym i tego rodzaju sprawami.
Karny czy tylko rzut wolny?
To jest dość potężny kryzys wizerunkowy, jak potężny, to przekonamy się zapewne za parę tygodni, może nawet miesięcy, bo zmiany w poparciu wyborczym nie zachodzą tak prosto, jak sobie większość ludzi wyobraża. Znów jednak mogą się bardzo mylić wszyscy ci, którzy wieszczą, że afera szpitalna na pewno pozbawi władzy Donalda Tuska. Bardzo ciekawie wyjaśniał to kilka dni temu w rozmowie z Łukaszem Jankowskim w Radio Wnet prezes OGB Łukasz Pawłowski. Jego zdaniem nie należy się spodziewać jakiś bardzo gwałtownych zmian w poparciu partii politycznych. Znaczna większość naszych rodaków ma ugruntowane sympatie i antypatie polityczne. W przypadku wyborcy lewicowo – liberalnego nie należy się spodziewać, by pod wpływem afery szpitalnej nagle porzucił on KO, głównie dlatego, że nie ma żadnej alternatywy, nie ma po prostu dokąd pójść. Zaciśnie zęby i zagłosuje kolejny raz na Tuska, byle tylko nie rządził PiS z Konfederacją. Jakaś część wyborców, tych mniej sfanatyzowanych, może zostać w domu ale jak wielu – tego nie wiemy. Podobnie jak nie wiemy, jaki będzie końcowy wynik meczu o władze w 2027 roku.
Komentarze
Nie żyje znany dziennikarz sportowy
Ne żyje były piłkarz i prezes Jagiellonii
Nie żyje legendarny trener

Ryszard Petru zakłada nową partię polityczną

Potężna sensacja na mundialu


