Sławomir Jastrzębowski: Uwaga! Uwaga! Łapanki!

- Po zamieszaniu wokół przesłuchania Tomasza Sakiewicza powstał zespół prokuratorski kierowany przez Ewę Wrzosek.
- Do niemal rozpadającego się zespołu zaskakująco trafiła prokurator Ariadna Rużewicz-Zielińska, wobec której toczy się postępowanie dyscyplinarne.
- Autor pyta, czy w jej delegowaniu pomógł były mąż, a zarazem doradca ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka.
Sytuacja wydaje się nadzwyczajna, stąd adekwatna, nadzwyczajna, ostrzegająca przed nadciągającymi zagrożeniami trawestacja wiersza Antoniego Słonimskiego. Udało się nam bowiem nie potwierdzić w kilku źródłach zbliżonych do czystej wody, iż władza nasza (no akurat moja to nie) przed końcem swoich rządów może sięgać po środki tak drastyczne, jak łapanki. Tak, tak, łapanki, łapanki, dobrze Państwo czytają. Piszę to z pełnym przekonaniem, ponieważ wiele wskazuje na to, że trudno powiedzieć. Zaczęło się od prokuratorów!
Pierwszą ofiarą łapanki zdaje się być Ariadna Rużewicz-Zielińska z Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Śródmieście, owszem, została schwytana, ale czyż mogła się spodziewać? Wszakże mieli chwytać najpierw w Okręgowych. Takie nieszczęście, takie nieszczęście, ale po kolei. Zalecam czytać do końca i uważnie, bo co prawda, ktoś może powiedzieć: „A co mnie to obchodzi, nie jestem przecież prokuratorem”, ale pamiętać trzeba pewnego niemieckiego pastora i jego słowa: „Kiedy przyszli po mnie, nie było nikogo, kto mógłby zaprotestować”. A zatem do lektury, do lektury…
Drżący prokuratorzy
Dnia 20 maja bieżącego roku przed Prokuraturą Krajową w Warszawie zgromadziły się nieprzebrane tłumy. Tego dnia prokuratura zaplanowała i wezwała na przesłuchanie człowieka niezwykle niebezpiecznego, redaktora Tomasza Sakiewicza. Ku zdziwieniu elit lewicowo-demokratycznych z lekką nutą tęczy, tłumy popierały głosem i ciałami owego jeszcze nieprzesłuchanego i jeszcze niepodejrzanego osobnika. Doszło do wznoszenia okrzyków oraz transparentów, czemu przyglądali się policja i prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej przez okno. Szyby nieco drżały od okrzyków, lecz bardziej drżeli prokuratorzy wewnątrz, o czym za chwilę.
Oczywiście skrupulatny czytelnik mógłby tu zażądać informacji: „A dlaczego, z jakiego powodu chcieli owego Tomasza przesłuchać, hę?”. Moglibyśmy odpowiedzieć na to pytanie, ale nie zrobimy tego, ponieważ owego redaktora przesłuchuje się raz w tygodniu, w różnych miejscach kraju na różne okoliczności, bo mu się władza nie podoba, oraz gości się go w salach sądowych (bardzo rzadko, jako świadka), a poza tym tekst jest o łapankach, pragnę tutaj przypomnieć. Ale do rzeczy, do rzeczy.
Wnerw ministra
Wtedy właśnie wydarzyły się owe wydarzenia, których pokłosiem będzie konieczność nowych przesłuchań! Groza! Otóż redaktor wszedł do środka, a wraz z nim wkroczyło kilku posłów i kilku dziennikarzy, jako osoby towarzyszące i towarzyskie. Budynek i wejście były strzeżone przez Służbę Więzienną, ale tak jakby nieśmiało jakoś strzeżone, czy coś. Prokuratorzy zaskoczeni niecodzienną gościnnością Służby Więziennej, słysząc uwerturę, czy może raczej pomruk zbliżającego się tłumu, którego intencje wydały się im nieodgadnione, postanowili prewencyjnie dać dyla z prokuratury wyjściem tylnym (przednie było zajęte). Na zapisach z monitoringu widać, że salwując się ucieczką, drżą nieco (chyba że to wina monitoringu). Ktoś jednak musiał pracować i byli to dziennikarze, którzy relacjonowali wydarzenie na bieżąco, a oglądalność owego dnia była znakomita. Wprost znakomita.
Tu porzucamy narrację, przeskakując o dni kilka. Otóż owocem owych głośnych, także w sensie dosłownym, wydarzeń był wnerw ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemara Żurka. Owocem z kolei wnerwu był zespół, a dokładnie powstanie zespołu prokuratorskiego, który miał znaleźć winnych wydarzeń, pociągnąć ich do odpowiedzialności, ale przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: „Co tam się naodwydarzało?”.
Dęta sprawa
Szefem zespołu została pani prokurator Ewa Wrzosek. No, nie żartuję, naprawdę! Tak, tak, ta pani prokurator Wrzosek, która tam trochę miała nosić materiały do prywatnej kancelarii Clifford Chance w sprawie przejmowania mediów publicznych – nie wiem, dlaczego mi się przypomniało, bo ona przede wszystkim walczyła za czasów PiS-u o demokrację z pełnym zaangażowaniem.
Dobra tam, skracajmy trochę: stało się tak, że jak ten zespół prokuratorów, którego szefową była i jest pani Ewa Wrzosek, nieco popracował, to wszyscy prokuratorzy uciekli. Ale nie, że tylnym wyjściem przed tłumem, tylko chyba przed panią Wrzosek. Wszyscy uciekli. Wszyscy. Ani jeden nie został. Trochę to dziwny zespół jednoosobowy. Zaczęto więc szukać wśród prokuratorów, ale za bardzo się nie garnęli. Podobno (tu ostrzegam, że rozsiewam plotki) nie chcieli z panią Ewą pracować, gdyż cierpi na niedobór charyzmy, a poza tym sprawa wydawała się dęta i polityczna. Na co komu pchać się w politykę rok przed wyborami?
"Dyskrecjonalna" decyzja
Jednak, jak poinformowały media, udało się jakoś dokooptować do zespołu dwie panie prokurator, przy czym, tu będą te poważne obawy czy co najmniej jedna, aby nie z łapanki, bo Ariadna Rużewicz-Zielińska trafiła do zespołu wprost z Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Śródmieście. Zaraz wszystko wyjaśnię.
W środowisku gdańskim pani prokurator to postać nietuzinkowa nie tylko dlatego, że aktualnie toczy się wobec niej postępowanie służbowe. W czerwcu zarejestrowano je w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku, dotyczy „deliktu dyscyplinarnego w postaci uchybienia godności urzędu”, a dokładnie – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – dotyczy podejrzenia wytworzenia i rozpowszechniania treści negatywnie oceniającej pracę innego funkcjonariusza publicznego. Wygląda to na anonimowe donoszenie na kolegów z roboty, ale kto wie, kto wie? To bynajmniej nie koniec „barwności” tej postaci. Przez kilka lat pracowała jako zastępca prokuratora rejonowego Gdańsk-Śródmieście, ale odwołano ją z funkcji i została zwykłym prokuratorem.
Dziennikarze pytali, dlaczego akurat panią Ariadnę z prokuratury rejonowej delegowano do krajowej, bo to jednak się nie zdarza raczej. Raczej z Rejonowej to do Okręgowej, a do Krajowej to z Okręgowej. No tak jest po prostu, ale tu tak nie jest, czy nie było, więc pytano.
„Powołanie pani prokurator do zespołu jest dyskrecjonalną decyzją Prokuratora Generalnego. Zarządzenie to nie zawiera uzasadnienia, które mógłbym przekazać”
– taką oficjalną odpowiedź dostali dziennikarze od rzecznika. Gdyby ktoś nie znał słowa „dyskredycjonalna”, to oznacza ono „bo tak mi się chciało”, w tym przypadku może jednak chodzić o łapankę, ale nie przesądzajmy.
Coś bez znaczenia
Jawi się pytanie być może zasadne, a być może nie: Kim był człowiek, który mógł wskazać na osobę pani Ariadny, żeby ją pochwycono do zespołu z łapanki?
W gronie podejrzewanych znalazł się gdański adwokat Paweł Zieliński, społeczny doradca ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemara Żurka, który akurat jest byłym mężem prok. Rużewicz-Zielińskiej. Wiadomo, jacy są byli mężowie… Ten w dodatku jest też
„członkiem, działającej przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Rady do spraw spółek z udziałem Skarbu Państwa i państwowych osób prawnych”.
Na koniec coś bez znaczenia: złapana pani prokurator będzie teraz zarabiać dużo więcej.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Zespół śledczy Ewy Wrzosek ma nowy skład

Pieniądze na walkę z rasizmem miały trafić na konto Rafała Gawła. Nowe zarzuty prokuratury

Makabryczne znalezisko w Ciechanowie. Trwa śledztwo

Przeczesali 3 km² wokół Tarnawy-Kolonii. Znaleźli elementy napędu rakiety

Znana piosenkarka pod lupą prokuratury. Chodzi o reklamowane suplementy







