Szukaj
Konto

SB ścigała go jeszcze jako licealistę

SB ścigała go jeszcze jako licealistę
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Mateusz Wyrwich | Licencja: Tygodnik Solidarność | Tomasz Pękalski
Od dziecka harcerz, dziś harcmistrz. Już jako piętnastolatek Tomasz Pękalski był kolporterem ulotek i prasy niezależnej. Cztery lata później został wiceprzewodniczącym konspiracyjnej struktury w Wołominie; Oddziałowej Komisji Wykonawczej NSZZ „S”. W trzeciej klasie liceum musiał zmienić szkołę, był ścigany za kolportaż ulotek, choć nie posiadano dowodu, że je kolportował. Wystarczyło… podejrzenie.
Co musisz wiedzieć:
  • Tomasz Pękalski już jako nastolatek angażował się w działalność harcerską i opozycyjną.
  • Jego patriotyczną postawę ukształtowały harcerstwo, kontakt z uczestnikami walk o niepodległość oraz odkrywanie prawdziwej historii Polski.
  • Choć początkowo popierał rozmowy Okrągłego Stołu z czasem zaczął krytycznie oceniać ich przebieg.

Nie miałem żadnych wzorców niepodległościowych

Historia i harcerstwo były jego pasjami, od kiedy pamięta. Ich rozwinięcie zawdzięczał ojcu, który choć był w PZPR, podsuwał mu przedwojenne książki.

– Nie miałem w dziadach, pradziadach ludzi walczących o niepodległość. Wśród przodków byli sklepikarze czy rzemieślnicy. Jeden z nich miał dużą firmę krawiecką w Warszawie. Później przeniósł się do Wołomina, w którym prowadził również szkołę krawiecką. Jeździliśmy z ojcem, można tak powiedzieć, zwiedzać polską historię. Woził mnie w miejsca znaczące dla przeszłości. Na przykład przez kilka dni zwiedzaliśmy Kraków, mieszkając naprzeciwko Wawelu w Trabancie ojca. Bez wątpienia te podróże miały wpływ na moją postawę patriotyczną

– mówi Tomasz Pękalski, dziś przedsiębiorca i prezes Towarzystwa Skautowego Horn.

Opowieści o Powstaniu Warszawskim i żołnierzach były w jego środowisku codziennością, a powstańcy bohaterami z krwi i kości, fundamentem, na którym Tomasz budował przyszłość Polski. Już jako harcerz spotkał się z powstańcami czy żołnierzami podziemia niepodległościowego. Od 1980 roku, jako czternastolatek, był formowany w kręgu instruktorów harcerskich imienia Andrzeja Małkowskiego.

– Nasi instruktorzy byli bardzo związani z Solidarnością bądź formacjami niepodległościowymi

– wspomina Tomasz Pękalski.

– Mieliśmy przedwojenne mundury i jeździło się na Floriańską w Krakowie, by kupić lilijki na wzór tych przedwojennych. Podobnie guziki. U nas generalnie był kult przedwojennego harcerstwa. Zacząłem jako zuch, a już w drugiej klasie szkoły średniej założyłem własną drużynę. Był u nas kult Powstania Warszawskiego. Myśmy byli w Powstaniu Warszawskim zakochani. I chyba wtedy najsilniej kształtowała się moja postawa patriotyczna.

Rok 1980 był dla Tomasza odkrywaniem Polski patriotycznej. Jako harcerz jeździł na dotąd zakazanie uroczystości związane z historią kraju. Między innymi na odsłonięcie Pomnika Ofiar Czerwca 1956 w Poznaniu, a także Pomnika Poległych Stoczniowców 1970 roku w Gdańsku. Podróżował również w Góry Świętokrzyskie, by poznać losy partyzantów czasu niemieckiej i antysowieckiej partyzantki. Dowiadywał się o historii Polski tak jeszcze niedawnej, a nieznanej. Nieomal dotykalnej. Rozmawiał z uczestnikami minionego czasu.

– Jestem podekscytowany powstaniem Solidarności, bo jest to coś zupełnie nowego. Ludzie zaczynają mówić o wydarzeniach, które były dotychczas tajemnicą. Wychodzi w druku wiele relacji i książek o Katyniu, również sowieckiej okupacji

– wspomina Tomasz Pękalski.

– Bardzo mi imponuje to, że w jakimś sensie dokładamy Ruskim. Oczywiście, nie mam jako czternastolatek czy piętnastolatek jakichś większych przemyśleń, czegoś w rodzaju, że zmieniamy świat. Nie. Obserwowałem to trochę z boku na swoim poziomie. I zupełnie nie wiązałem Solidarności z niepodległością.

 

Skok w patriotycznym dojrzewaniu

Najważniejsze dla Tomasza było czasopismo Kręgu Instruktorów Harcerskich „Bratnie słowo”. Stamtąd czerpał niezależną wiedzę historyczną oraz inspiracje do działania w odnowie harcerstwa. Było dla niego najistotniejszym forum dyskusyjnym o niezależności ruchu i patriotycznej wspólnocie. Podobnie jak największym wydarzeniem 1981 roku dla Tomasza stał się wrześniowy zlot kilku tysięcy harcerzy z okazji 70-lecia polskiego harcerstwa na Błoniach Krakowskich. To ogromne patriotyczne zgromadzenie zorganizowane przez „niepokornych instruktorów” z udziałem przedwojennych harcerzy nawiązujących do zlotu w Spale w 1935 roku. Wydarzenie związane było z reformą harcerstwa w 1981 roku, zrzucaniem komunistycznego pancerza, w jaki ubrany był ZHP. Stało się kolejnym przełomowym momentem w patriotycznym dojrzewaniu młodzieńca.

– Niebagatelnym też wydarzeniem była lokalna Msza Święta pod koniec 1981 roku w wołomińskim Kościele pw. Matki Boskiej Częstochowskiej

– opowiada Tomasz Pękalski.

– To było wydarzenie historyczno-tożsamościowe. Z religią zawsze byłem związany. Nie przypominam sobie, bym opuścił niedzielną Mszę. Chodziłem na pielgrzymki. Ta Msza była czymś wyjątkowym. Proszę sobie wyobrazić: wchodzi do świątyni dwustu harcerzy. Jak na filmie „Hubal”. To było coś niewiarygodnego w naszym niewielkim Wołominie. Ogromna duma i wzruszenie. Myślę, że te półtora roku narodowej wolności, a szczególnie końcówka 1981 roku, były dla mnie czasem ogromnego skoku w patriotycznym dojrzewaniu. Również intelektualnym i emocjonalnym. Niemałą rolę odegrał też w moim życiu ksiądz Jan Sikora, podpułkownik AK, symbol walki o niepodległość. Przed wojną harcerz, w czasie wojny żołnierz Szarych Szeregów. Bardzo ważną postacią był też nauczyciel z wołomińskiego liceum Henryk Drzewiński. Również żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych. Mówił bardzo wiele o historii, ale przede wszystkim uczył nas, jak być porządnym człowiekiem.

 

"Cały czas byłem podejrzany"

W stanie wojennym Tomasz Pękalski bez wielkich rozważań postanawia podjąć działalność opozycyjną. Koledzy harcerze zaczynają dystrybuować „bibułę”. On również. Zastanawia się, czy wybuchnie powstanie, czy nie? Jeździ na każdą demonstrację w Warszawie. Niebawem nawiązuje przez swojego rówieśnika Tomasza Roguskiego kontakt z Federacją Młodzieży Walczącej. Z Warszawy przyjeżdża do Wołomina z plecakiem pełnym ulotek i prasy podziemnej, zaopatrując najprężniej działające Zakłady Stolarki Budowlanej w Wołominie oraz pomniejsze przedsiębiorstwa w okolicy. Prasa trafia też do wojskowych zakładów „ZANTEN”. W wołomińskim liceum demonstracyjnie nosi „opornik”, który jest symbolem sprzeciwu wobec wprowadzania stanu wojennego oraz internowania i aresztowania działaczy „S”. Rozrzuca antykomunistyczne ulotki i wkłada je do szkolnych gablot. Niebawem znajduje się wśród podejrzanego „szkolnego elementu antysocjalistycznego”. Służba Bezpieczeństwa dokonuje pierwszej rewizji – jeszcze nie w mieszkaniu, ale w jego harcówce. Nie znajduje tam jednak nielegalnych druków.

– Po rewizji nie zatrzymywali mnie. Owszem, przesłuchiwali, ale nie zatrzymywali. Dyrektor szkoły wzywał mnie wielokrotnie do gabinetu, a była to pierwsza klasa liceum. Kawałek drugiej, bo od tego momentu już mnie próbowali wyrzucić ze szkoły. Cały czas byłem podejrzany

– mówi.

– Dyrektor wezwał mojego ojca do szkoły i powiedział: „Tomek matury tu nie zrobi, bo on jest harcerzem i różne rzeczy umie robić”.

Po wyrzuceniu z wołomińskiego liceum rozpoczął naukę w praskim. Dzięki Roguskiemu nawiązał kontakty z dużo starszymi, doświadczonymi działaczami opozycji: Henrykiem Wujcem i Janem Lityńskim. Bywa na wykładach historycznych prowadzonych przez działaczy KOR czy NSZ, również na spotkaniach prowadzonych dla opozycyjnie nastawionej młodzieży w Warszawie czy w kraju. Sam też organizuje wykłady historyków, ekonomistów dla wołomińskich aktywistów podziemia – także z ludźmi podziemia: Zbigniewem Bujakiem, Janem Lityńskim, Jackiem Kuroniem, Zbigniewem Romaszewskim, Anatolem Lawiną. W połowie lat 80. rozpoczyna studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim.

– Uczestniczyłem też w wykładach konspiracyjnych dotyczących bezpieczeństwa, czyli tego, jak się zachować podczas przesłuchania

– opowiada.

– Prowadzili je Henryk Wujec, Anatol Lawina, Wojciech Giełżyński i inni. Z Giełżyńskim rozmawialiśmy o historii. Z Lawiną o sprawach organizacyjno-technicznych. O prawie z Romaszewskim. W 1985 roku byłem, razem z moją przyszłą żoną, na szkoleniu, które organizowali Wujec i Federacja Młodzieży Walczącej w Zamościu. Dotyczyło ono spraw organizacyjnych. Zjechało kilkanaście osób z całej Polski. Mieliśmy wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. Niektórzy byli nawet młodsi. Chłopcy, dziewczęta. Czytaliśmy literaturę podziemną. Omawiało się ją na tych spotkaniach. Słowem – tworzono z nas podziemne kadry.

 

"Spałem na krzesłach"

W 1985 roku Tomasz Pękalski z miejscowymi działaczami organizuje w Wołominie konspiracyjną strukturę „S” o nazwie Oddziałowa Komisja Wykonawcza NSZZ „S”. Jej przewodniczącym zostaje Waldemar Różycki. Pękalski zostaje jego zastępcą. Rozpoczyna się ożywiona działalność kolporterska. Pokazują się na murach hasła antykomunistyczne. Wydawane i kolportowane są nowe gazety. Z konspiracyjnych, miejscowych już wcześniej ukazywały się: „Kurier Wołomiński”, „Biuletyn Informacyjny Wołomin”, „Głos Wołomina”, „Biuletyn Robotniczy Wołomin, Zielonka, Kobyłka”, „Serwis Informacyjny Regionu Wołomińskiego”. Jedne z pewną regularnością, inne nie. Dystrybuowane w kilkuset egzemplarzach. Na terenie miasta działało też wiele konspiracyjnych drukarni pracujących na potrzeby bezdebitowych wydawnictw czy gazet ogólnopolskich, m.in. „Tygodnika Wojennego”, „Samorządnej Rzeczpospolitej” „Tygodnika Mazowsze”, „KOS”.

W 1988 roku, podczas strajków w Polsce, Jacek Kuroń kieruje Tomasza Pękalskiego do pomocy strajkującym górnikom w Jastrzębiu-Zdroju. Pomocy związanej z prowadzeniem zespołu dziennikarsko-drukarskiego.

– Zaczynało strajk dziesięć tysięcy osób, a skończyły 132. Było do pomocy kilka osób z Warszawy. Wydawaliśmy coś w rodzaju biuletynu strajkowego. W związku z tym, że potrafiłem pisać na maszynie, to pisałem. Również redagowałem

– wspomina Tomasz Pękalski.

– Spałem na krzesłach. Przez te dziesięć dni nagadałem się z górnikami. Poznałem ich trochę. Na kopalni prawie nie było doradców. Strajk wyglądał zupełnie inaczej niż w Gdańsku. Tam były zachodnie kamery, doradcy znani jeszcze z 1980 roku. Najróżniejsze dary od ludzi z kraju i zagranicy. U nas było biednie. Jedliśmy to, co przynieśli ludzie. W pewnym momencie pojawił się Lech Wałęsa. Górnicy umęczeni, a Wałęsa namawiał ich, by zakończyć strajk. Strajkujący chcieli go wywieźć na taczkach. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi. Dla mnie Wałęsa to był bohater. Nie rozumiałem, dlaczego chce zamknąć strajk. Nie wiedziałem, że mają się odbyć obrady Okrągłego Stołu. Skończyliśmy strajkować z początkiem września. No i z tego strajku wzięła się moja odwaga. Po powrocie do Wołomina założyłem w swoim mieszkaniu jawne Biuro Oddziału Wołomin NSZZ „Solidarność” Mazowsze. Po strajkach na Wybrzeżu, Pomorzu Zachodnim i na Śląsku uwierzyłem, że Solidarność będzie mogła działać legalnie. Niestety, poróżniłem się z członkami naszej struktury podziemnej. Uważali, że jest to z mojej strony fanfaronada, że zbyt wcześnie podjąłem tę decyzję. 11 listopada z kolegami zorganizowałem też manifestację w Wołominie. Wygłosiłem przemówienie i zostałem zatrzymany przez SB. Ale już wielkie represje mnie nie spotkały. Przesłuchano mnie, przesiedziałem dobę „na dołku” i ukarano mnie grzywną przez Kolegium ds. wykroczeń.
Podczas obrad Okrągłego Stołu Tomasz Pękalski został dziennikarzem podziemnego i niebawem legalnego Serwisu Informacyjnego Solidarności (SIS).

– Całkowicie akceptowałem obrady Okrągłego Stołu

– mówi.

– Uważałem, że zawsze coś da się ugrać z komunistami. Odwieszenie czy legalizacja „S” to będzie kolejny krok. Zupełnie nie rozumiałem działaczy Solidarności Walczącej, którzy uważali, że nie należy rozmawiać z komunistami. Sceptycznie spojrzałem na obrady Okrągłego Stołu, kiedy szukano kandydatów na posłów i senatorów podczas wyborów i zupełnie zlekceważono naszą wołomińską kandydaturę. Doradcy „S” Mazowieckie, Geremki, Wielowiejskie itp. mieli swoich kandydatów. Narzucono kandydata zupełnie nam nieznanego. Interweniowałem u Wujca, ale moja siła sprawcza była żadna. To była już wielka polityka. Wybory do parlamentu uważałem za ogromny sukces, bo pokazaliśmy komunistom naszą siłę. Ale kiedy jesienią zobaczyłem, co się dzieje w „demoludach”, to już uważałem, że może trzeba było ugrać więcej. No i kolejnym rozczarowaniem było ponowne głosowanie na „listę krajową”. Uważałem to za jawne oszustwo. Jednak kiedy Mazowiecki został premierem – tak na marginesie: urodziła nam się pierwsza córka – byłem przekonany, że wywalczyliśmy kawał wolności. Pytałem: „To o to walczyliśmy?”, ale też nie miałem na to wpływu. Z drugiej strony tłumaczyłem sobie: „Są mądrzejsi. To wielka polityka, ale będzie Solidarność”. I nie myślałem jeszcze wtedy, że będzie niepodległa Polska. Uważałem, że nadal będzie komuna, ale mniej opresyjna.

Po legalizacji NSZZ „S” w 1989 roku Tomasz Pękalski został przewodniczącym Oddziału Wołomin RKW Mazowsze w Wołominie. W tym samym roku wszedł w skład Prezydium Zarządu Regionu NSZZ „S” Mazowsze. W 1991 roku zrezygnował z działalności związkowej i zajął się przedsiębiorczością. Bo – jak podkreśla – bliżej mu było do działacza niepodległościowego i przedsiębiorcy niż związkowca.

[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 30.07.2026 11:03
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł