Rozwój Plus Matysiak? Rozmowa z Pauliną Matysiak

- Paulina Matysiak nie planuje obecnie wstępować do Rozwoju Plus.
- Jej zdaniem rozłam w PiS jest jednocześnie sporem o władzę i o kierunek polskiej prawicy.
- Matysiak odrzuca polityczne etykietki w rodzaju „alt-left”.
Marek Nowak (Tygodnik Solidarność): Na początek najgorętsze polityczne pytanie tego lata: czy planuje Pani wstąpić do Rozwoju Plus?
Paulina Matysiak: Na dzisiaj nie ma takich planów ani żadnych rozmów na ten temat. Oczywiście przyglądam się rozwojowi wydarzeń – temu, w którą stronę pójdzie przyszła formacja i jak się ostatecznie dookreśli. Tak wygląda sytuacja na teraz, na początku sierpnia. Nadal jestem posłanką niezrzeszoną. Posłanką z Kutna. Skupiam się głównie na sprawach transportowych, z którymi zgłasza się do mnie mnóstwo osób. A co wydarzy się w najbliższych tygodniach, w przyszłym roku czy przy okazji wyborów parlamentarnych? Tego po prostu jeszcze nie wiem. Na pewno, gdy tylko sytuacja się wyklaruje i podejmę jakieś decyzje, będę o tym otwarcie informować.
– Mateusz Morawiecki ogłosił, że jego stowarzyszenie przekształci się w nową partię polityczną. Jak ocenia Pani szanse takiego ugrupowania?
– Myślę, że zależy to w dużym stopniu od tego, jak ten powstający podmiot zdefiniuje samego siebie na scenie politycznej. Tego na dzisiaj nie wiemy. Nie sądzę też, aby niedawny polityczny grill był w tej kwestii jakkolwiek rozstrzygający. Warto pamiętać, że tamto wydarzenie planowano dużo wcześniej. W zamyśle organizatorów miało być po prostu miejscem dyskusji i ścierania się rozmaitych poglądów na bardzo różne tematy.
Teraz jednak jesteśmy w zupełnie nowej rzeczywistości politycznej. Twórcy tego ugrupowania muszą precyzyjnie określić swoją tożsamość. Z jednej strony nie mogą wejść w zbyt głęboką i totalną kontrę do Prawa i Sprawiedliwości. Mówimy przecież o politykach, którzy w środowisku, z którego wyrosło PiS, spędzili kilkanaście czy kilkadziesiąt lat i tam odnosili swoje największe sukcesy. Dla wielu z nich była to jedyna formacja w dorosłym życiu. Trudno oczekiwać od nich nagłej, radykalnej wolty – z perspektywy wyborców byłoby to całkowicie niewiarygodne, a nawet absurdalne.
Z drugiej strony potrzebne jest wyraźne zaznaczenie odrębności. Nowa partia nie może budować swojej opowieści wyłącznie na komunikacie: „Odcinamy się od grupy z Suwerennej Polski, która dotąd nadawała partii radykalny ton”. Tu potrzebna jest zupełnie nowa opowieść, za którą muszą pójść konkretne, autorskie propozycje programowe, które ją uwiarygodnią i osadzą w konkretnym kontekście. Pewne zręby tej opowieści zarysowano już podczas wspomnianego spotkania. Rozmawiano o rozwoju, o tym, na jakich wskaźnikach bazować i jak weryfikować, czy kraj faktycznie idzie do przodu. To kluczowe sprawy dla premiera Morawieckiego. Co jednak ostatecznie zostanie włożone do tego programowego koszyka? Tego na razie nikt nie wie. Na ten moment jest to formacja, na którą każdy może projektować własne oczekiwania i wyobrażenia o tym, co powinno się w niej znaleźć.
– W tym sensie jest klasycznym socjologicznym „pustym znaczącym”.
– Dokładnie. I moim zdaniem ten stan trzeba będzie w którymś momencie przeciąć i wybrać jeden konkretny kierunek. Wydaje się, że optymalną strategią byłoby uwzględnienie w programie elementów polityki solidarnościowej. To ogromna szansa dla nowego ugrupowania, aby zaproponować własną, świeżą opowieść łączącą modernizacyjny rozwój z solidaryzmem społecznym. Czy jednak ostatecznie tak się stanie? Czas pokaże.
Jazda bez trzymanki
– Powołanie stowarzyszenia Rozwój Plus, które stało się bezpośrednią przyczyną rozłamu w Prawie i Sprawiedliwości. To wydarzenie możemy interpretować na różne sposoby. Dla jednych to po prostu efekt personalnego konfliktu o władzę między Mateuszem Morawieckim a Jarosławem Kaczyńskim. Inni widzą w tym element zmiany pokoleniowej. Dla jeszcze innych to pokłosie sporu głębszego, bo ideowego – o kształt i przyszłość polskiej prawicy. Jaka jest Pani interpretacja?
– Moja interpretacja jest taka, że od samego początku nakładają się na siebie dwa spory: o władzę oraz o kierunek narracyjny, jaki PiS obiera w trwającej już prekampanii. Środowisko skupione wokół stowarzyszenia Rozwój Plus od pewnego czasu mocno sygnalizowało, że nie podoba mu się radykalizacja przekazu. Symbolem tego ostrego kursu stało się ogłoszenie Przemysława Czarnka oficjalnym kandydatem PiS-u na premiera. Ludzie związani z Mateuszem Morawieckim chcieli stworzyć przeciwwagę – to „drugie płuco” czy „drugie skrzydło” partii, jak sami to określają. Chodziło o zrównoważenie partyjnego przekazu i wyjście z ofertą do wyborców centrowych, a nie tylko do twardego, radykalnego elektoratu. Moim zdaniem stawka tego sporu pozostaje niezmienna: to walka o to, kto będzie miał większy wpływ na język prawicy, do kogo ta formacja będzie mówić i jakimi priorytetami będzie się kierować.
– Porozmawiajmy chwilę o polskiej scenie politycznej. W jej analizie łatwo można trafić na dwie przeciwstawne interpretacje, z którymi chciałbym Panią skonfrontować. Jedna głosi, że przestrzeń naszej debaty kurczy się i robi coraz bardziej autorytarna. Przykładem tego zjawiska ma być los takich osób jak Pani – osób, które w swojej działalności próbowały wychodzić poza polityczne etykietki i plemienne nawalanki, za co zostały wysłane na polityczne obrzeża. Można tu snuć analogię z PiS-em, które do niedawna było wielonurtowe, a teraz zaostrza kurs i wypycha mniej radykalne skrzydło. Według drugiej interpretacji znajdujemy się w przededniu zmierzchu polaryzacji i całkowitej przebudowy sceny politycznej – i jest to proces, którego żaden z obecnych hegemonów nie będzie w stanie zatrzymać. Która analiza jest Pani bliższa?
– Dzisiaj bardzo trudno to prorokować. Na pewno rozłam w PiS-ie i pojawienie się partii Rozwój Plus, która prawdopodobnie stanie się trzecią największą siłą w parlamencie, tworzy zupełnie nową rzeczywistość polityczną. Myślę, że te zmiany są wyzwaniem przede wszystkim dla Koalicji Obywatelskiej. Partia rządząca musi zdecydować, jak pozycjonować się wobec nowych formacji. Na razie próbuje te wydarzenia bagatelizować, o czym świadczą wypowiedzi wiceminister Katarzyny Lubnauer o „dwóch PiS-ach”. Jednak gdy oba prawicowe bloki zaczną się krystalizować ideowo i coraz wyraźniej od siebie różnić, KO będzie musiała wobec tych różnic jakoś zareagować. Hasło „osiem gwiazdek” i pozbawiony merytorycznej treści antypisizm już raczej nie wystarczą – potrzebne będzie coś znacznie więcej.
Kiedy po drugiej stronie sceny politycznej pojawia się więcej podmiotów – grupa premiera Morawieckiego, która wyszła z Prawa i Sprawiedliwości, oraz obie Konfederacje – funkcjonowanie partii rządzącej w jej obecnym paradygmacie staje się o wiele trudniejsze. Ciekawe, czy z tamtej strony pojawi się jakaś nowa oferta. Prawo i Sprawiedliwość w swojej radykalizacji paradoksalnie zaczęło przypominać Koalicję Obywatelską sprzed lat. Ten radykalizm zaczął przybierać postać specyficznego ruchu. Trudno to nawet nazwać spójnym poglądem; to raczej nurt skrajnego antytuskizmu. Część prawicowych mediów idzie dziś bardzo mocno w przedziwne, internetowe formaty, generuje z wykorzystaniem sztucznej inteligencji filmiki z premierem Donaldem Tuskiem w roli głównej – krótko mówiąc, trwa tam jazda bez trzymanki. Moim zdaniem niewiele z tego konstruktywnego wynika dla debaty publicznej.
Czy "alt-left" istnieje?
– Chciałbym zapytać o wrażenia po słynnym i bardzo „wywrotowym” politycznym grillu. Była Pani uczestniczką panelu, który Michał Tomasik z „Polityki” określił mianem „panelu nazywanego lewicowym”. Jak ocenia Pani zarówno samą dyskusję, jak i całe wydarzenie?
– Wydarzenie oceniam jako duży sukces frekwencyjny i organizacyjny, zwłaszcza że był to debiut Stowarzyszenia Rozwój Plus w organizacji tego rodzaju spotkań. Przewinęło się tam mnóstwo osób o różnej proweniencji, różnych poglądach i różnej przeszłości zawodowej. Nie ma co się wyzłośliwiać, że był to „tak zwany” lewicowy panel – dyskusja faktycznie dotyczyła lewicowej perspektywy na polityki publiczne.
Czasu było oczywiście mało, bo zaledwie godzina, ale cieszy mnie, że taki panel w ogóle się tam pojawił. W kuluarach słyszałam głosy, że była to jedna z najciekawszych debat tego dnia. Pewnie dlatego, że nasze konkluzje i wypowiedzi nie były dla słuchaczy oczywiste. Dla wielu osób oznaczało to wyjście poza własną bańkę. To tylko pokazuje, że warto uczestniczyć w takich spotkaniach i przedstawiać swój punkt widzenia na ważne sprawy.
– Redaktor Jakub Majmurek z „Krytyki Politycznej” i „Newsweeka” napisał, że Wasz panel był mało interesujący, bo prowadzący nie pokierował dyskusji w stronę pytania, czym alt-lewicowa wizja rozwoju różni się od prawicowości w wydaniu Mateusza Morawieckiego, a w czym się z nią pokrywa. Choć to ciekawe zagadnienie, mnie bardziej interesuje inna kwestia: czy Pani zdaniem alt-left w ogóle istnieje jako zjawisko polityczne, czy to jedynie czysto publicystyczna koncepcja?
– Myślę, że to bardzo uproszczona wizja świata, która pomaga niektórym komentatorom opisywać rzeczywistość bez próby jej zrozumienia. Kiedyś, w jakimś wywiadzie, zapytano mnie o to i ze śmiechem odpowiedziałam: „Mnie trzeba zaliczyć do real-leftu”. Interesuje mnie rzeczywistość. Mam wrażenie, że dzisiaj te etykietki nadaje się zazwyczaj po to, żeby kogoś obrazić lub zaszufladkować, a nie po to, żeby cokolwiek wyjaśnić, zrozumieć czy opisać.
Zgadzam się jednak, że pytania o kierunek rozwoju Polski są zasadne, bo od odpowiedzi na nie bardzo dużo zależy. Im więcej takich dyskusji – nieważne, czy rozmawia o tym lewica, prawica, czy mityczne centrum – tym lepiej, bo pozwala to wyznaczać zręby i ramy tego rozwoju. W paru kwestiach mamy zresztą poczucie, że istnieją inicjatywy, które mocno się w ten rozwój wpisują. Przykładem jest sprawa projektu CPK, która poruszyła opinię publiczną, zaktywizowała mnóstwo osób i na przełomie lat 2023 i 2024 wywołała ogromne emocje społeczne. Przełożyło się to na pozytywne efekty: projekt przynajmniej formalnie nie został wyrzucony do kosza i udało się zebrać podpisy pod obywatelskim projektem ustawy.
Warto przypomnieć, że wokół CPK nie ma kłótni między wyborcami Prawa i Sprawiedliwości, Lewicy czy Polski 2050. Mamy już pewien konsensus, że ten projekt trzeba realizować, bo jako kraj po prostu na nim skorzystamy. Moje doświadczenia ze zbiórki podpisów pokazują, że na listach podpisywały się różne osoby: członkowie PSL-u, działacze Platformy Obywatelskiej, wyborcy prawicy i zwolennicy lewicy. Przekrój społeczny był ogromny, ten temat autentycznie zarezonował wśród ludzi. Rzetelna debata przyniosłaby wielkie korzyści przy podejmowaniu strategicznych decyzji politycznych.
Na wspomnianym panelu, gdy padło pytanie o rozwiązania, jakich życzylibyśmy sobie od kolejnego rządu, wskazałam na konieczność całkowitego zlikwidowania problemu wykluczenia transportowego. Drugą równie istotną kwestią jest polityka przemysłowa. Jako kraj nie posiadamy spójnej strategii w tym zakresie. Powinniśmy wiedzieć, w jakie sektory chcemy inwestować oraz jakie firmy i podmioty są kluczowe z perspektywy bezpieczeństwa państwa oraz konkretnych regionów. Bardzo bym chciała, aby takich merytorycznych dyskusji było więcej. Często powtarzam, że chciałabym, aby polityka stała się nudna – skupiona nie na emocjach, ale na robocie i faktach. To życzenie trudne do zrealizowania, biorąc pod uwagę, jak wygląda dzisiejsza scena polityczna.
BIO:
Paulina Matysiak – posłanka na Sejm IX i X kadencji, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym, członkini sejmowej Komisji Infrastruktury oraz publicystka zajmująca się tematami transportowymi.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Rafał Woś: Rozłam w PiS nie musi osłabić prawicy

Nowa formacja Morawieckiego sprawdzona w sondażu. Jest zaskoczenie
Kaczyński uderza w Morawieckiego. Zaskakujący komunikat

Rozłamowcy i spółka, czyli wielki spektakl Morawieckiego

Co dalej z PiS? Nowy numer "Tygodnika Solidarność"








