Patriotyzm „razemków” – polityczny marketing czy szczere uczucie?

- Partia Razem próbuje przełamać prawicowy monopol na patriotyzm, odwołując się do polskich symboli i historii.
- Autor wskazuje jednak, że wizja patriotyzmu Adriana Zandberga rozmija się z klasycznym rozumieniem niepodległości.
- Zdaniem autora „patriotyzm” partii może być przede wszystkim strategią politycznego marketingu.
„Razemki” odkrywają patriotyzm
Brzmi to bardzo dobrze. W końcu lewica będzie istnieć zawsze, a nawet z perspektywy prawicowca lepiej, by dominowała jej wersja przywiązująca wagę do wartości patriotycznych. Ostrożność każe jednak sprawdzić, na ile narracja „razemków” jest wiarygodna. Skrajna lewica ma przecież długą tradycję „wrogiego przejmowania” pojęć swoich adwersarzy. Wystarczy wspomnieć przerabianie Jezusa Chrystusa i apostołów na rewolucyjnych socjalistów, „queerowanie” narodowych wieszczów czy feministyczne odczytywanie klasycznego kanonu literackiego. Skąd więc pewność, że patriotyczna retoryka nie jest po prostu kolejną odsłoną tej samej praktyki – przejęcia istniejących symboli i nadania im zupełnie nowego znaczenia?
Weryfikacja rzeczywistych intencji „razemków” jest przy tym wyjątkowo trudna. Jako partia polityczna nie będą przecież – w przeciwieństwie do bardziej wywrotowych intelektualistów i aktywistów – otwarcie przyznawać, do czego ich działanie zmierza. Jednocześnie dysponuje znakomitym kontrargumentem wobec każdej próby zakwestionowania szczerości ich patriotyzmu. Wystarczy odpowiedzieć, że patriotyzm nie jest przecież zarezerwowany dla jednej grupy i że nikomu nie można odmawiać prawa do czczenia polskich ofiar wojennych, oddawania hołdu narodowym symbolom czy szacunku dla ważnych postaci historycznych.
Korzenie ideowe
W myśl rozróżnienia między twardymi elementami polityki a miękką warstwą symboli warto przyjrzeć się rzeczywistym działaniom Adriana Zandberga i sprawdzić, czy deklarowany patriotyzm nie jest przypadkiem sprytnym politycznym PR-em. W aktywie „razemków” Zandberg jest bowiem postacią kluczową. Wśród osób zaznajomionych ze stosunkami panującymi w Razem uchodzi on za polityka autorytarnego, z którym trzeba się we wszystkim zgadzać, jeśli nie chce się szybko pożegnać z karierą w partii.
Młody Zandberg, który trafił do Federacji Młodych Unii Pracy, rzeczywiście mógł zetknąć się tam z tradycją niepodległościowej socjaldemokracji. Również u Marksa, którym od najmłodszych lat się fascynował (prowadził nawet polską odsłonę internetowego archiwum marksistowskiego), można znaleźć wątki sympatii dla polskich dążeń niepodległościowych. Sama droga ideowego kształtowania Zandberga nie wyklucza więc tego, że może on być „niepodległościowcem”, na co chętnie powołują się jego zwolennicy.
Patriotyzm bez niepodległości?
Zatrzymajmy się jednak przy „razemkowej” wizji owej „niepodległości”, a zwłaszcza jej relacji wobec struktur Unii Europejskiej. Adrian Zandberg doskonale wie, że nazwanie się mianem zwolennika „federalizacji Europy” wykreśliłoby go w oczach wielu wyborców z grona polityków patriotycznych. Jak ognia unika więc słów, które mogłyby przykleić mu niewygodną etykietę „federalisty”. Problem w tym, że nawet najbardziej czujny polityk nie jest w stanie przez całą, wieloletnią karierę kontrolować każdego sformułowania. I właśnie dlatego szczególnie interesujący jest jego występ w Sejmie 4 maja 2021 roku podczas debaty nad ratyfikacją Europejskiego Funduszu Odbudowy. Zandberg powiedział wówczas:
– Słyszę, że pan minister Ziobro mówił dzisiaj w Sejmie, że będzie głosować przeciwko, bo ten fundusz to jest federalizacja Europy. To jest krok w stronę europejskiego superpaństwa. Więc odpowiadam panu ministrowi Ziobrze. Nie myli się pan, panie ministrze. To jest pogłębienie integracji europejskiej. I bardzo dobrze, że tak jest. Bo nowe, wspólne inwestycje publiczne zwiążą nas silniej z Europą. A europejski mechanizm praworządności utrudni panu, panie ministrze, bezkarne niszczenie polskich sądów.
To nie jest już sugestia, którą trzeba mozolnie wyczytywać między wierszami programu partyjnego. Zandberg mówi wprost: podążanie ku federalizacji i superpaństwu (co można zamiennie nazywać „pogłębioną integracją”) to jest właściwy kierunek.
Tego rodzaju przypływy szczerości były jednak rzadkie. Na co dzień Zandberg, podobnie jak dokumenty programowe Razem, zamiast wspominać o federalnym państwie europejskim, woli mówić o wspólnej europejskiej armii, wspólnej polityce energetycznej, podatkowej czy społecznej, europejskim wymiarze sprawiedliwości i kolejnych kompetencjach przekazywanych na poziom unijny. Każdy z tych postulatów można przedstawić osobno jako rozsądny i techniczny. Dopiero kiedy złoży się je w całość, obraz staje się mniej niewinny: niepodległość Polski ma zostać zastąpiona przez podległość określonym, ponadnarodowym strukturom. Mówienie o patriotyzmie przy jednoczesnym postulowaniu, by państwo utraciło podmiotowość i samosterowność, stając się w praktyce częścią europejskiego superpaństwa, oznaczałoby zatem, że Zandberg ma na myśli jakiś rodzaj patriotyzmu antyniepodległościowego. Trzeba przyznać, że jest to dość osobliwy wynalazek.
Podmiot aspiracji
Partia Razem zasłynęła również hasłem „Polska z atomu, krzemu i stali”, które stało się zarazem tytułem jej deklaracji programowej. Trudno o patriotę, którego by nie porwała taka wizja. Odnosi się ona przecież do budowy silnego kraju. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zapytamy: dla kogo właściwie ma być ta silna Polska?
Jeśli bowiem kolejne obszary realnej władzy mają być przenoszone na poziom europejski, to również wypracowane przez Polaków bogactwo i zasoby nie będą służyły wyłącznie realizacji polskich interesów. W klasycznie rozumianym patriotyzmie rozwój ma przecież zwiększać podmiotowość państwa – tak aby Polska mogła stać się m.in. liczącym graczem na arenie międzynarodowej. W wizji „razemków” rzeczywistym podmiotem aspiracji nie jest jednak „silna Polska”, a silna Europa, która będzie mogła skuteczniej konkurować z Chinami czy Stanami Zjednoczonymi. Patriotyzm nie zaczyna się od rzeczownika „Polska” w nazwie programu, lecz od odpowiedzi na pytanie, kto ma mieć władzę nad owocami polskiego rozwoju?
Teoretycznie można by jeszcze bronić stanowiska „razemków”, gdyby uznać, że instytucjonalne i polityczne roztopienie się w strukturach Unii Europejskiej ma służyć jakiejś wyższej wartości patriotycznej – na przykład zachowaniu szeroko rozumianej kultury narodowej, obyczajów czy charakterystycznego dla Polaków stylu życia. Skoro państwo miałoby tracić część swojej politycznej podmiotowości (np. w celach zapewnienia sobie fizycznego bezpieczeństwa), może przynajmniej rekompensowałoby to sobie skuteczną ochroną tego, co czyni Polskę Polską.
Ojczyzna z przyszłości
Jak w takim razie „razemki” zapatrują się na elementy narodowej tożsamości? Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda patriotycznie. Jest flaga, są bohaterowie, są rocznice. Problem w tym, co znajduje się pod tą symboliczną warstwą. Tam bowiem kryje się projekt daleko idącej przebudowy polskiego stylu życia. Zandberg w mediach przekonuje oczywiście, że jest inaczej. Odpowiedzialność za wojny kulturowe chętnie przerzuca na prawicę, a sam przedstawia się jako polityk, który woli zajmować się rozwojem Polski, likwidowaniem patologii i ułatwianiem życia zwykłym obywatelom. Tyle że wystarczy zajrzeć do programu jego partii, by zobaczyć, że kwestie kulturowe wcale nie są dla Razem marginalnym dodatkiem. Mamy tam postulaty penalizacji tzw. mowy nienawiści, prawnego uznania osób niebinarnych, zakazu terapii konwersyjnych czy wprowadzenia „małżeństw jednopłciowych” wraz z prawem do adopcji. Trudno udawać, że są to rozwiązania neutralne kulturowo albo że wynikają wprost z polskiej tradycji. Przeciwnie – oznaczają świadomą próbę wywrócenia norm obyczajowych i prawnych, które przez pokolenia kształtowały polskie społeczeństwo.
A przecież to dopiero jedna warstwa. Do tego dochodzi charakterystyczny dla tego środowiska multikulturalizm, antyklerykalizm i głęboka niechęć do Kościoła katolickiego – instytucji, której rola w kształtowaniu polskiego doświadczenia narodowego jest trudna do przecenienia. Można więc mieć Polskę z atomu, krzemu i stali, ale jednocześnie konsekwentnie usuwać kolejne elementy tego, co nadaje jej kulturową treść.
I w tym sensie pojawia się zasadnicza wątpliwość wobec patriotyzmu Zandberga i „razemków”. Być może rzeczywiście kochają Polskę. Tyle że wygląda na to, że najbardziej kochają Polskę, która dopiero ma powstać – Polskę przyszłości, skonstruowaną według ich własnego projektu, która ma z realną Polską niewiele wspólnego.
Omijając rafy
Skoro Zandberg i „razemki” chcą ograniczać znaczenie państwa narodowego, przekazywać realną władzę ponadnarodowym gremiom, a jednocześnie nadawać „polskości” nowe (i mało „polskie”) znaczenie, zawsze mogą próbować zbudować alternatywną definicję patriotyzmu: powiedzieć, że chodzi im po prostu o los zwykłego Polaka, jego poziom życia, bezpieczeństwo socjalne i dostęp do usług publicznych.
Tyle że dokładnie ten sam argument mogą przedstawiać kosmopolityczne i zgoła niepatriotyczne nurty polityczne. Dbanie o sytuację konkretnego człowieka nie staje się automatycznie patriotyzmem tylko dlatego, że człowiek ten ma polskie obywatelstwo. Można uznawać takie działania za dobre i potrzebne, ale sama troska o określoną grupę społeczną nie jest jeszcze troską o naród jako wspólnotę polityczną i kulturową.
I tutaj dochodzimy do sedna. W perspektywie klasowej podstawowym podmiotem nie jest naród, lecz klasa lub grupa społeczna. To jej interesy wyznaczają zasadniczy punkt odniesienia, a narodowość poszczególnych jej przedstawicieli staje się cechą drugorzędną. Dlatego można być socjalistą zatroskanym o nominalnie polskiego pracownika, kobietę czy przedstawiciela jakiejś mniejszości seksualnej, nie będąc zarazem patriotą w klasycznym sensie. Patriotyzm zaczyna się dopiero wtedy, gdy polskość nie jest przypadkowym przymiotnikiem dopisywanym do politycznego programu, lecz stanowi jeden z jego podstawowych punktów odniesienia.
Wszystko to składa się na dość prosty wniosek. „Razemki” znakomicie odrobiły lekcję z tego, co drażni polskie społeczeństwo – i równie dobrze nauczyły się, czego lepiej nie mówić, jeśli nie chce się wyborczo „strzelić sobie w stopę”. Proponują więc „patriotyzm” jako sprawnie skrojoną strategię politycznego marketingu, pod którym kryją się rzeczy zgoła przeciwne od tego z czym kojarzy to pojęcie zdecydowana większość wyborców.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
#CoPoTusku. Patriotyzm pozytywistyczny

Gigantyczna frekwencja na patriotycznym marszu w Londynie. Największa demonstracja narodowa od dekad

Red. naczelny "TS" Michał Ossowski: Polska stoi przed szansą na renesans patriotyzmu i tożsamości katolickiej
"Gryzła mnie do krwi". Poważne oskarżenia wobec rzekomej działaczki młodzieżówki Partii Razem

Maciej Gdula odszedł z Nowej Lewicy, teraz ujawnia dla nas kulisy: dominuje nurt pogardy








