Dlaczego Tusk jest tak bardzo antyamerykański?

- Autor przedstawia Donalda Tuska jako polityka konsekwentnie podporządkowującego interesy Polski Niemcom i unijnemu establishmentowi kosztem relacji ze Stanami Zjednoczonymi.
- Tekst argumentuje, że Tusk nie prowadzi samodzielnej strategii międzynarodowej, lecz unika podmiotowej polityki i koncentruje się głównie na walce z przeciwnikami politycznymi.
- Według autora silna obecność USA w Europie osłabia niemieckie wpływy i proces federalizacji UE, dlatego środowisko Tuska ma być niechętne wzmacnianiu amerykańskiej roli w Polsce.
Dla Donalda Tuska Polska była i jest słabym krajem, który musi mieć silnego protektora. Tu zawsze oczywistym wyborem będą dla niego Niemcy. Powodem jest bliskość kulturowa – obecny premier był w dużej mierze wychowany w kulturze niemieckiej – ale i wdzięczność. Właśnie to państwo miało najpierw dostarczyć pieniądze na powstanie pierwszej partii Tuska – Kongresu Liberalno-Demokratycznego (tak twierdzi Paweł Piskorski, były działacz KLD i były prezydent Warszawy) – oraz zapewniło europejską karierę polityczną obecnego premiera, a co za tym idzie – spore pieniądze.
Dlatego od 2007 roku lider Koalicji Obywatelskiej torpeduje wszystkie inicjatywy, które powodowałyby upodmiotowienie się Polski i uniezależnienie od Niemiec. To on wycofał polski sprzeciw wobec budowy gazociągów Nord Stream i Nord Stream 2, zablokował powstanie w Polsce elektrowni atomowych (ostro protestowali przeciwko temu sprzymierzeni z rządem w Berlinie niemieccy ekolodzy) czy torpeduje pogłębienie Odry, co spowodowałoby rozwój portu w Świnoujściu, który jest konkurencyjny wobec niemieckich portów. Według niego Polska ma być tylko junior partnerem Niemiec, co ma zapewniać naszemu krajowi bezpieczeństwo. Dla Tuska podmiotowość Warszawy to same problemy, które prowadzą do niekończących się kryzysów. Zwłaszcza że jego zdaniem Niemcy posiadają wyższą kulturę i niosą na Wschód cywilizację – przyznał to, mówiąc, że zabór pruski zapewnił ziemiom polskim rozwój.
Jemu osobiście zaś Berlin przynosi spokój i porządek. Zwalnia go z okazywania inicjatywy na poziomie międzynarodowym – i tak zresztą skazanej na porażkę, ponieważ nie jest postrzegany jako polityk samodzielny – a pozwala skupić się na tym, co najbardziej lubi, czyli na niszczeniu politycznych przeciwników i poniżaniu sojuszników na podwórku krajowym.
Mając za sobą niemieckie poparcie, może być spokojny, że nawet najbardziej podłe metody nie wywołają sprzeciwu Unii Europejskiej.
Druzgocąca porażka
W blisko dziesięcioletnich rządach obecnego premiera – w latach 2007–2014 oraz 2023–2026 – trudno znaleźć jakąkolwiek znaczącą, międzynarodową inicjatywę Tuska. Raz, w czasie swojej drugiej kadencji, po odcięciu dostaw gazu z Rosji na Ukrainę, zgłosił pomysł stworzenia „energetycznego NATO”. Miało to polegać na wspólnych zakupach gazu przez całą Unię Europejską, ale projekt ten został w Europie zignorowany. Gdy polski premier obejmował fotel przewodniczącego Rady Europejskiej, niemiecki „Der Spiegel” pisał nawet, że idea ta ma być jego znakiem rozpoznawczym, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Na tej koncepcji najbardziej traciłyby przecież Niemcy, które korzystały wówczas z preferencyjnych cen na gaz rosyjski. Gdyby więc wszystkie kraje UE płaciły tyle samo za paliwo, gospodarka naszego zachodniego sąsiada straciłaby jeden ze swoich koronnych atutów. Tusk spotkał się więc z szefami kilku rządów i pomysł zdechł.
W rzeczywistości „europejskie NATO” wymyślił jednak Piotr Naimski w roku 2006, a Tusk jedynie go powielił, ale i tak dostał nauczkę raz na zawsze. Sygnał był jasny – żadnych własnych pomysłów. Tylko jako narzędzie Berlina mógł robić europejską karierę.
Zgrzyty i skandale
Wyzbycie się raz na zawsze ambicji geostrategicznych było zresztą dla niego ulgą. Tusk politykę pojmuje jedynie jako rozgrywkę personalną. W skrócie polega ona na tym, by dopaść, upokorzyć i zniszczyć. Dotyczy to politycznych przeciwników, ale jeszcze bardziej sojuszników. Obsesją obecnego premiera jest wycinanie z jego ugrupowania wszystkich, którzy choćby w najmniejszym stopniu mogą mu zagrozić.
Podobnie próbował prowadzić politykę zagraniczną. Stąd te bezsensowne, personalne ataki na prezydenta USA Donalda Trumpa, przytyki pod adresem premiera Węgier Viktora Orbána czy aroganckie zachowania wobec byłego premiera Czech Petra Nečasa. W 2011 roku obaj szefowie rządów otworzyli połączenie gazowe między oboma krajami. Uroczystości miały odbyć się po obu stronach Cieszyna. Jednak po symbolicznym odkręceniu kurka po stronie polskiej Donald Tusk spakował się i pojechał do Warszawy, zostawiając kompletnie zaskoczoną delegację czeską. Tamtejsza prasa odebrała to wówczas jako arogancję i afront, a relacje między oboma krajami uległy ochłodzeniu.
Tusk nigdy nie pozwolił sobie na podobne gesty wobec niemieckiego kanclerza. Nawet gdy spotykał się z Olafem Scholzem, który nie ukrywał niechęci do szefa polskiego rządu. Premiera nie było też stać na słowa krytyki pod adresem kanclerza Friedricha Merza, gdy ten ostentacyjnie uchylał się od zapłacenia reparacji czy nawet zadośćuczynienia żyjącym ofiarom II wojny światowej. Zamiast ostrych słów Tusk wykazał się wyjątkową wręcz uległością, zapowiadając, że pieniądze te wypłaci polski rząd.
Berlin ponad wszystko
Niemcy są dla Tuska nie tylko latarnią morską, ale również gwarantem osobistego powodzenia i kariery. Zatem wszystko, co osłabia pozycję establishmentu tego kraju, osłabia także Donalda Tuska. Bez wsparcia Berlina byłby jednym z wielu nieudolnych, leniwych polskich polityków. Mając za sobą tego czy innego kanclerza – nawet jeśli jest upokarzany jak podczas podróży do Kijowa – może zaspokajać własne ambicje.
Dlatego Stany Zjednoczone nie są dla Tuska szansą – supermocarstwem, które kwestionuje przywódczą rolę Niemiec w Europie oraz daje możliwość wzrostu geopolitycznego znaczenia Polski. USA to dla polskiego premiera jedynie zagrożenie i chaos. Waszyngton stawia przed Warszawą wyzwania, których Donald Tusk nie chce i nie jest w stanie spełnić. Prowadzenie gry między Waszyngtonem i Berlinem wymagałoby od niego koronkowej, zniuansowanej polityki, w której konieczne byłoby stawianie twardych warunków kolejnym kanclerzom, wchodzenie w spory z Unią Europejską, i opartej na wzajemnym zaufaniu współpracy z prezydentem i opozycją. Tusk nie jest do tego zdolny osobowościowo. Nie potrafi działać zespołowo.
Polityka to dla obecnego premiera wojna totalna. Bez zasad, pardonu, szanowania demokracji oraz prawa. Nie ma tu miejsca na finezyjną grę, w której można elektoratowi – zwłaszcza temu najbardziej radykalnemu – zaproponować chęć współpracy z PiS czy prezydentem. W logice Koalicji Obywatelskiej i Lewicy bliższym sojusznikiem od polskich konserwatystów są unijne elity. To dzięki nim liberalne i lewicowe środowiska mają z czego żyć – otrzymują granty, etaty i nagrody. Nie czują więc lojalności wobec własnego narodu jako całości, ale ich oczy są skierowane na Brukselę i Berlin. Stany Zjednoczone ten porządek zakłócają. Szczególnie gdy głównym lokatorem Białego Domu jest Donald Trump, który odciął wiele progresywnych organizacji od ogromnych pieniędzy.
Inne cele
Dla konserwatystów – nie tylko polskich – spór między lewicą i prawicą jest kłótnią w rodzinie. Ostatecznie przecież bez względu na to, że za małżeństwo uznamy jedynie związek mężczyzny i kobiety, czy też zalegalizujemy związki jednopłciowe, celem polityki powinno być stałe wzmacnianie swojego kraju. Zarówno w sferze gospodarczej, bezpieczeństwa, militarnej, jak i geopolitycznej. Najistotniejszym zadaniem jest wszak oddanie przyszłym pokoleniom Polski silniejszej niż ta, którą otrzymaliśmy od naszych rodziców i dziadków.
Europejska lewica i liberałowie traktują zaś konserwatystów jak wrogów. Nie czują z nimi żadnej wspólnoty. Nie uznają ich za część narodowej tożsamości, tradycji i spuścizny. Nie pragną współdzielić z nimi wielowiekowej wspólnoty narodowej, ponieważ pojęcie narodu uznają za przeszłość i zacofanie. Łatwo przychodzi im więc rezygnacja z myślenia o silnej Polsce na rzecz jakiejś mglistej neokolonialnej koncepcji sfederalizowanej Europy, której władza będzie znajdować się w rękach wąskiej grupy. Żywią nadzieję, że oni się w tej nowej oligarchii znajdą.
Tusk jest najbardziej dobitną egzemplifikacją tego sposobu myślenia. Najpierw aspirował do członkostwa w unijnym establishmencie, a następnie został do niego dokooptowany. Ceną było wyzbycie się ambicji narodowych oraz uznanie wyższości Brukseli i Berlina. Jego przykład działa na wyobraźnię lewej części polskiej klasy politycznej, ponieważ pokazał, że taki awans jest możliwy. Wielu chciałoby pójść w jego ślady. To marzenie może się ziścić – co pokazał przypadek obecnego premiera – tylko wówczas, gdy polski polityk przyjmie niemiecką optykę patrzenia na przyszłość Europy. Ni mniej, ni więcej oznacza to antyamerykanizm.
Silna obecność USA w Europie zawsze będzie ustawiała Niemcy w drugim szeregu. Dlatego Tusk niechętnie widziałby zwiększenie amerykańskiego kontyngentu w Polsce. Z jednej strony – Waszyngton zyskiwałby kolejne argumenty do wpływania na politykę rządu w Warszawie, z drugiej – wzmacniałoby to pozycję Polski w regionie, co kwestionowałoby rolę Niemiec, z trzeciej zaś – nie zmniejszałoby obecności Stanów Zjednoczonych w Europie. A o to przecież chodzi obecnemu kierownictwu UE. Obecność USA spowalnia proces federalizacji Europy, a więc tworzenia nowej, lewicowo-liberalnej, niedemokratycznej elity władzy.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
KPO. Pułapka na śląskie szpitale

Popłoch w KO po aferze w Szpitalu Południowym. "Tusk się przejął"
Meloni wściekła się na Trumpa. Odwołano wizytę w USA

Tusk zabrał głos ws. afery w Szpitalu Południowym. „To konflikt między dwoma lekarzami”

Najgorsi ministrowie Tuska







