Najbardziej zakazane słowo w Polsce

- Autor twierdzi, że Unia Europejska jest projektem zmierzającym do upadku z powodu centralizacji, nadmiaru regulacji i ograniczania suwerenności państw.
- Tekst przedstawia UE jako strukturę hierarchiczną, w której silniejsze kraje Zachodu dominują nad słabszymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej.
- Kluczowym wnioskiem jest potrzeba realistycznej kalkulacji korzyści i strat członkostwa zamiast traktowania obecności w UE jako bezalternatywnej i ideologicznej konieczności.
Zakazane słowo: "Polexit"
Zaślepieni euroentuzjaści, a może raczej zaczadzeni lewicową propagandą półinteligenci, wierzą, że Unii Europejska jest spełnieniem historii. Swoistą ziemią obiecaną, do której wiodła nas historia pełna wojen, prześladowań, biedy, łez, intryg i zbrodni. Utworzenie Wspólnoty raz na zawsze ma zakończyć okres konfliktów i zmienić kontynent w pełną szczęśliwości krainę rządzoną przez ludzi światłych, wyzwolonych z rasizmu, uprzedzeń i chciwości. Kierujących się dobrem wspólnym i ponadnarodową solidarnością.
I nawet jeśli dziś nie spełnia ona wszystkich oczekiwań, to przecież w przyszłości na pewno będzie. Wystarczy tylko dać więcej władzy Brukseli, która jako jedyna ma moc przełamania narodowych egoizmów, by wreszcie wspaniała idea mogła zwyciężyć. Uwielbiający porównania unijni dygnitarze często mówią, że UE jest jak jazda na rowerze: jak się przestanie pedałować, to się upadnie. Unia nie może więc zatrzymać się w integracji, bo zacznie się dezintegrować. Trochę to przypomina imperium rosyjskie, które by się rozwijać, musiało się rozszerzać. Gdy przestawało, przechodziło w stagnację i podupadało.
Dlatego w Rosji każdy, kto kwestionuje utarty od stuleci model istnienia, staje się wrogiem władzy. Wśród euroentuzjastów i europejskiego establishmentu zdrajcą jest każdy, kto mówi, że UE zmierza ku przepaści, i być może lepszym wyjściem jest opuszczenie tego pociągu, zanim runie w otchłań.
Futrowanie idiotów
Opowieści o europejskiej solidarności, ponadnarodowych interesach czy europejskich wartościach są przeznaczone dla naiwnych, ale przede wszystkim dla słabszych. Dla prowincji. Żaden Niemiec, Holender czy Francuz nie zamierza się solidaryzować z Grekami, Rumunami, Polakami czy Estończykami. Co ich w gruncie rzeczy obchodzą losy odległych narodów, które leżą gdzieś daleko na Wschodzie czy Południu. Można tam pojechać na weekend, no, na wakacje, by cieszyć się lokalną kuchnią i sympatią tubylców. Gdzie im jednak do tych, którzy decydowali o losach świata, i dalej mają takie ambicje.
Dla Francuzów, Niemców czy Holendrów (w pewnej mierze także dla Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków i Austriaków) zarządzanie innymi narodami jest oczywistością. Ich kolonialna i imperialna historia nie rozpłynęła się w mroku dziejów, ale do dziś wywiera ogromny wpływ na prowadzoną przez te kraje politykę. Nie chodzi o posiadanie terytoriów zamorskich, ale eksploatowanie innych narodów jako oczywistą konsekwencję własnej wyższości. I nie chodzi tu jedynie o państwa afrykańskie czy azjatyckie, ale także peryferia Europy.
Dla nich cywilizacja kończy się na wschodniej granicy Niemiec i jakkolwiek może nam się to wydawać niesprawiedliwe, a może nawet rasistowskie, podział UE na lepszych i gorszych jest dla nich oczywisty. Polaków, Węgrów, Słowaków, Rumunów czy Greków nigdy nie będą obowiązywały te same standardy co Niemców lub Francuzów. Dotkliwie i bardzo dobitnie przekonaliśmy się o tym podczas sporu o tak zwane łamanie praworządności w Polsce przez rząd PiS. Gdy okazało się, że zastosowane w naszym kraju rozwiązania prawne funkcjonują w Hiszpanii czy Niemczech, odpowiedź była jasna: tam mogą, ponieważ są to kraje o wyższej kulturze prawnej.
Niemcy, kraj ustaw norymberskich, zbrodniczej eugeniki, karania za homoseksualizm (jeszcze w latach 90. zeszłego wieku), fatalnego Trybunału Konstytucyjnego, nierozliczonych zbrodni czy ustawy zasadniczej napisanej przez Amerykanów, ma mieć wyższą kulturę prawną. Państwo, w którym demokracja jest ciągle eksperymentem trwającym kilkadziesiąt lat, ma się znajdować na wyższym poziomie rozwoju niż Rzeczpospolita o pięćsetletniej tradycji wolności.
Szkodliwe kompleksy
Niestety wierzą w to nie tylko Niemcy, Francuzi czy Holendrzy, ale także duża część polskiego społeczeństwa, dla którego Unia Europejska jest awansem. Poczucie niższości wobec Zachodu, tak szeroko obecne wśród liberalnych i lewicowych elit, ciągle aspirujących do europejskich salonów, każe im patrzeć z nieufnością na wszystkich, którzy dostrzegają, że Bruksela jest przeżarta korupcją, neomarksistowską ideologią i zwykłą głupotą. Każdy, kto głośno powie, że kreowane przez UE prawo nie ma nic wspólnego z europejską solidarnością, ale jest rodzajem kolonizacji mniejszych i słabszych państw, staje się narodowym populistą, którego trzeba zwalczać z całych sił.
Na nic w takiej sytuacji zdają się fakty. Choć one jasno mówią, że utworzenie strefy euro spowodowało, że bogacą się Niemcy, Austria, Holandia oraz trochę Francja i Belgia, a reszta państw traci, to jednak nadal euronaiwniacy pragną, by wspólną walutę wprowadzić także w Polsce. Choćby w imię integracji, która jest dla nich wartością samą w sobie.
Historia jest bezwzględna
Przez wieki wiele państw próbowało zjednoczyć Europę. Sukcesy w tym zakresie osiągały Niemcy – za cesarzy i Hitlera czy Francja czasów Napoleona. Najdłużej udawało się to Rzymianom, ale i to wspaniałe cesarstwo musiało upaść. Imperia kolonialne budowali też Brytyjczycy, Turcy czy Rosjanie, jednak po dniach chwały następował upadek. Całkowity lub częściowy, ale kres wielkości zawsze okazywał się bolesny. Każde z tych imperiów miało swój uniwersalizm. Cesarskie Niemcy chrześcijaństwo, hitlerowskie zaś rasizm, napoleońska Francja niosła wszędzie idee rewolucji, czyli świeckość i walkę z Kościołem, Brytyjczycy nieśli cywilizację, Turcy islam, Rosjanie prawosławie lub komunizm.
Od momentu, gdy Europejska Wspólnota Gospodarcza przekształciła się w Unię Europejską, wspólną religią ma być laickość, czyli rugowanie chrześcijaństwa, ekologizm, a ostatnio także klimatyzm. Choć brzmi to jak ideologia szkodliwej sekty, to jednak dzięki tym filarom można podporządkowywać sobie mniejszych i słabszych, czyli gorszych. To zresztą charakterystyczne, że wielkie rozszerzenie Unii Europejskiej w 2004 roku nastąpiło po przyjęciu traktatu z Maastricht, który zakładał centralizację władzy w Brukseli i tworzenie superpaństwa. Zanim do Wspólnoty dołączyły kraje Europy Środkowej, członkowie klubu czuli się swobodnie, gdyż znajdowali się w swoim gronie. Po przyjęciu Słowian, Bałtów i innych nieokrzesanych ludów potrzebne stały się mechanizmy umożliwiające trzymanie ich w ryzach. Oficjalnie chodziło o sprawniejsze zarządzanie ogromnym organizmem, w rzeczywistości o zachowanie przewagi starych nad nowymi.
Dla możnych Europy naturalnym stanem jest to, co stało się w Monachium w 1938 roku, gdy w imię własnego spokoju sprzedano Czechosłowację. Wielu oburzy się i powie, że w Niemczech rządził wówczas Führer, a we Włoszech Duce. Owszem, ale we Francji i Anglii demokratycznie wybrane rządy. Neville Chamberlain i Édouard Daladier nie mieli większego problemu z dogadaniem się z Hitlerem i Mussolinim. Nie chodzi o ustrój, ale o interesy.
Nie wolno nawet myśleć
Coraz bardziej śmiałe łamanie prawa przez Brukselę i poszerzanie swoich kompetencji – na przykład na sądownictwo czy politykę obronną – świadczy o tym, że obecne przepisy mimo wszystko nie wystarczają, by okiełznać narody Międzymorza. Euronaiwniacy oczywiście problem dostrzegają w cywilizacyjnym zapóźnieniu naszej części kontynentu, spuściźnie komunizmu oraz niedojrzałości demokracji. Z tego powodu powinniśmy się samoograniczyć, by nie podważać wspaniałej idei europejskiej, przy której musimy trwać z całych sił i do końca. Tylko dzięki UE mamy się stać w pełni Europejczykami. Dlatego właśnie każde słowo krytyki pod adresem Brukseli odbierają jako dążenie do polexitu. Nie wyobrażają sobie istnienia poza Unią, bo tam już tylko Putin, Łukaszenka, zacofanie, bieda i białe niedźwiedzie.
Ta bezalternatywność myślenia europejskich romantyków wieje jednocześnie prymitywizmem i głupotą. Dla nich nawet pomyślenie o tym, że istnieje życie poza Unią, jest herezją, a co dopiero na poważnie rozważanie tego kroku. Nie są w stanie pomyśleć, że pozostawanie członkiem UE ma dla nas sens dopóty, dopóki będzie się nam opłacało. To nie kwestia ideologii, ale kalkulacji.
Dla nich słowo „polexit” jest więc zakazane, ponieważ konieczna jest realna analiza zysków i strat. I to nie z ostatnich dwóch dekad, ale perspektywy przyszłych kilkudziesięciu lat. Rzecz jasna nie chodzi tu jedynie o dostęp do unijnych funduszy, ale funkcjonowanie gospodarki czy utrzymanie obywatelskiej wolności.
Traktowanie obecności w Unii lub wyjścia z niej jako oczywistości oznacza nakładanie samemu sobie klapek na oczy. Brak alternatywy prowadzi zawsze do uzależnienia, a na to kraj wielkości Polski i leżący w tak newralgicznym miejscu nie może sobie pozwolić.
Brutalna prawda
W rzeczywistości pytanie nie dotyczy więc polexitu, ale pozycji i miejsca naszego kraju w UE. Czy mamy możliwości wpływania na politykę Brukseli, czy też zmiany zaszły już tak daleko, że jesteśmy tylko prowincją realizującą dyrektywy centrum? Czy godzimy się na coraz szybszą utratę suwerenności, czy też zaczynamy rozpatrywać inne scenariusze?
Brutalna prawda jest taka, że do czasu, gdy na poważnie nie zaczniemy rozważać za i przeciw funkcjonowaniu w obecnej Unii, nikt nie będzie zwracał uwagi na nasze wątpliwości i żądania.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
UE wstrzyma pomoc dla Ukrainy? Berliner Zeitung: Nie chodzi tylko o sprzeciw Orbana
Nowa aplikacja narzędziem presji na rząd Niemiec. W tle migranci
Fatalne wyniki rządu w Niemczech. Zaufanie do kanclerza gwałtownie spada

Nowe informacje z granicy. Jest komunikat Straży Granicznej
Niemieccy analitycy: poziom ryzyka morskiego w Cieśninie Ormuz na poziomie krytycznym









