Zdzisław Krasnodębski: Lepszych Niemiec nie będzie

- Autor ocenia, że mimo zmian po 1989 roku relacje polsko-niemieckie nadal pozostają naznaczone rywalizacją o wpływy.
- W tekście przedstawiono tezę, że współczesna polityka Berlina wobec Polski stanowi kontynuację dawnych koncepcji podporządkowania Europy Środkowo-Wschodniej.
- Zdaniem autora poprawa relacji polsko-niemieckich będzie możliwa tylko wtedy, gdy Polska wzmocni swoją pozycję.
Wiele się więc się zmieniło – żeby znowu było tak, jak było. III RP – nie inaczej niż II – leży znowu między Niemcami a Rosją. Wprawdzie nominalnie graniczymy z Rosją tylko na niewielkim odcinku północnym, ale w 2022 roku rosyjskie wojska podchodziły już pod Kijów i przez chwilę wydawało się, że dojdą do polskiej granicy. Białoruś jest już tylko przybudówką Rosji. Ponury cień rosyjskiego imperium pada na całą Europę. A pewne cechy swoistej kultury tego imperium ujawniają się teraz i w samej Polsce, o czym świadczy rozbrzmiewający coraz częściej na ulicach Warszawy język rosyjski, nie mówiąc o aktach dywersji oraz ostatnim morderstwie politycznym w Białej Podlaskiej.
Natomiast Niemcy, które po klęsce w II wojnie światowej zostały wypchnięte aż za Łabę, a po 1989 roku niechętnie pozostały po drugiej stronie Odry, znowu politycznie rządzą w Europie Środkowej. Unia Europejska, która miała nie dopuścić do odbudowy potęgi Niemiec, stała się instrumentem ich władzy. Sąsiedztwo z Niemcami przynosi nam korzyści gospodarcze. Wielu „Europejczyków wschodnich” patrzy na to z pewną zazdrością. Niedawno pewien wybitny rumuński naukowiec przekonywał mnie, jaką wielką korzyścią dla Polski jest nasze położenie obok Niemiec i jak pokrzywdzona jest pod tym względem Rumunia.
Jak z motyką na słońce
Nie udało się uczynić Europy Środkowo-Wschodniej podmiotem, a nie przedmiotem gry politycznej. Ani Grupa Wyszehradzka, ani Trójmorze nie spełniły tej nadziei. Małe, karłowate państwa naszego regionu nie miały i nie mają ambicji, by stać się suwerenne, zupełnie wystarcza im administracyjna autonomia, zwłaszcza że kiedyś kolaborowały z III Rzeszą. Europa Środkowo-Wschodnia jest więc dziś obszarem, w którym krzyżują się i ścierają wpływy dwóch ośrodków władzy – Moskwy i Berlino-Brukseli. Tylko Polska chwilami porywa się na samodzielność – niestety najczęściej jak z motyką na słońce. Oczywiście istnieje jeszcze odległy, nieco apatyczny „Zachód” – uosabiany przez USA – który w naszym przekonaniu jest gwarantem bezpieczeństwa i ewentualnym zbawcą, gdyby coś poszło bardzo „nie tak”.
Nowa wersja Mitteleuropy
Nikt chyba nie ma obecnie w Polsce wątpliwości (w przeciwieństwie do czasów sławetnego „resetu”, za który zapłaciliśmy krwawą cenę w Smoleńsku), że polityka Rosji to powtórka dawnych imperialnych wzorów. Jednak również w polityce Niemiec dostrzec można kontynuację. Nadal istnieje głęboko wryte w niemiecką kulturę i mentalność przekonanie, że polskość to nienormalność, anomalia, którą trzeba było jakoś zlikwidować, oswoić, zneutralizować. Metody, by tego dokonać, były w przeszłości różne – od asymilacji kulturowej aż po fizyczne wyniszczenie.
Wydawało się, że rok 1989 otworzy zupełnie nowy rozdział w historii naszych relacji. I rzeczywiście nikt dziś w Niemczech otwarcie nie kwestionuje granic, nie kwestionuje także niepodległości Polski (co najwyżej my sami – nasze „elity” – ją kwestionujemy). Snucie analogii do III Rzeszy nie ma więc sensu. Inaczej jest wszakże z okresem I wojny światowej. Rację zatem mają ci, którzy nagle odkryli z ogromnym opóźnieniem i zaskoczeniem koncepcję „Mitteleuropy”, którą rozwijał Friedrich Naumann – z aprobatą i udziałem jednego z twórców socjologii Maxa Webera. Tylko zapominają, że to miała być ze strony Niemiec polityka ugodowa, kompromisowa, zastępująca dawną bezwzględną walkę z polskością.
Weber pisał w artykule pt. „Polityka zagraniczna Bismarcka a teraźniejszość”:
„Bismarck, podobnie jak Rosjanie od czasów Mikołaja I, uważał Polaków po prostu za zdrajców stanu; gdyż nie pozwalali oni zniszczyć swojej odrębności. Nawet jeśli ktoś był zdecydowanie daleki od poglądów tego rodzaju i od początku całkowicie odrzucał chybioną politykę językową w Prusach, trudno mu było w ówczesnej sytuacji nie występować na rzecz pruskiej polityki kolonizacyjnej na Wschodzie i przeciw dopuszczeniu polskich robotników do pracy w Niemczech. Nie można było pozwolić na to, aby w walce o ziemię i o rynek pracy nieunikniona konkurencja narodowości i narodowych kultur na Wschodzie toczyła się według kryterium taniości i rąk do pracy”.
Ale – dodaje – teraz sytuacja się zmieniła, gospodarczo, ale przede wszystkim politycznie. Pojawił się wspólny interes wynikający z zagrożenia ze strony Rosji.
„Potęga faktów
– pisał Weber
– skazuje w przyszłości oba narody na siebie. Podczas gdy Anglia może zagrażać naszemu handlowi i naszym posiadłościom zamorskim, a Francja integralności naszego terytorium, Rosja jest jedyną potęgą, która w przypadku zwycięstwa byłaby w stanie zagrozić tak polskiej, jak i niemieckiej narodowości, a także zakwestionować ich polityczną niezawisłość. Przypuszczalnie w przyszłości niebezpieczeństwo będzie rosło”
(zob. Polityka jako zawód i powołanie, Warszawa, Kraków 1998).
Dlatego uważano, że trzeba zgodzić się na pewną samodzielność polityczną Polaków, na państwo polskie, oczywiście bez ziem polskich zaboru pruskiego i pod światłą kontrolą Niemiec. Dziś również spaja nas z naszymi zachodnimi sąsiadami lęk przed Rosją. Na szczęście złagodniały środki kontroli. Już nie generał Hans Hartwig von Beseler (nie mówiąc o wybitnym niemieckim prawniku, uczniu prof. Waltera Jellinka, doktorze Hansie Franku) rządzi w Polsce. Obecnie władza lokalna należy do samych Polaków dysponujących – nawet w przypadku rządu Donalda Tuska – większą jeszcze samodzielnością niż np. Rada Regencyjna. Berlin nadal jest jednak przekonany, że do niego należy ustanawianie standardów, jak mamy żyć, kogo mamy wybierać, jaki ustrój ma mieć Polska i jak należy interpretować konstytucję. Teraz kontrola jest sprawowana w imię obrony „demokracji liberalnej” i „wartości europejskich”.
Ograniczyć ambicje Niemców
To jednak narzędzie obosieczne. Z jednej strony umożliwia głęboką ingerencję w samą tkankę społeczną i kulturową – w podstawy życia narodowego i rodzinnego, w system edukacji. Z drugiej jednak strony konieczność zgody na regularnie przeprowadzane wolne wybory wprowadza element ryzyka. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że w Polsce dojdą do władzy siły chcące rywalizować z Niemcami, niechętne ich polityce – albo po prostu zbyt samodzielne. A Unia Europejska może – jak to się stało w 2023 roku – pomóc w ustanowieniu właściwych rządów w Warszawie, ale ciągle jeszcze ich nie gwarantuje. Zniesienie jednomyślności w polityce zagranicznej i nowe kompetencje w polityce bezpieczeństwa pozwoliłby w przyszłości ograniczyć to ryzyko.
Pojawia się także szansa, że dzięki sojuszowi z Ukrainą, którą – jak widać – obejmie derogacja, jeśli chodzi o wcielanie „wartości europejskich” i zasad „demokracji liberalnej” – będzie można lepiej dyscyplinować i szachować Polskę. Nie liczmy więc na to, że będzie łatwiej. Relacje polsko-niemieckie lepsze nie będą, jeśli my pozostaniemy słabi i nie będziemy w stanie skłonić Niemiec do ograniczenia ich ambicji.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Atak nożownika w szkole w Bawarii. Policja zatrzymała 16-latka
Pilne doniesienia z granicy. Komunikat Straży Granicznej
Co oznacza utrata kilkudziesięciu rakiet Patriot? Gen. Wroński: może ucierpieć Warszawa

Pilne spotkanie liderów koalicji. Tusk odwoła minister zdrowia?

Polska przekazała Ukrainie rakiety do systemu Patriot? Jest pilny wniosek PiS









