Skwieciński: Obóz Tuska cechuje mentalność "grzecznego ucznia Europy"

- Według autora, Donald Tusk nie stosuje rozwiązania podobnego do Giorgii Meloni w sprawie ETS, ponieważ oprócz względów finansowych ważne są także konsekwencje polityczne i wizerunkowe.
- Dzieje się tak dlatego, że kluczowym elementem tożsamości jego obozu jest przekonanie o konieczności lojalności wobec instytucji UE.
Rokita pyta, dlaczego polski premier nie korzysta z tej możliwości. I dochodzi do wniosku, że dlatego, iż każdy rząd woli popomstować sobie na złych biurokratów z Unii, ale niebagatelne kwoty wpłacane przez przedsiębiorstwa sobie zachować, no bo przecież ma na co wydawać. Jest to odpowiedź, moim zdaniem, tyleż słuszna, co niepełna. Myślę bowiem, że robiąc to, co zrobiła szefowa rządu rzymskiego, Tusk uczyniłby sam sobie polityczną krzywdę daleko większą niż ta polegająca na wyrzeczeniu się lekką ręką 17 miliardów złotych (tyle mniej więcej polskie firmy wydały w zeszłym roku na te certyfikaty). Ryzykowałby bowiem zniszczeniem samego rdzenia ideowej tożsamości własnego obozu politycznego.
I nie chodzi tu, jak niektórzy pewnie zdążyli już pomyśleć, o to, żeby ta tożsamość była jakoś przesadnie ekologistyczna. Owszem, „zieloność” jest ważna dla jakiejś części tego obozu, ale właśnie – tylko dla jakiejś. Nie wpadajmy tu w przesadę.
Tym natomiast, co naprawdę łączy w zasadzie całość politycznego obozu premiera (czyli polską antyprawicę, bo do takiej definicji, dzięki wieloletniemu trudowi Donalda Tuska, da się ideologię owej formacji obecnie sprowadzić) jest natomiast mentalność grzecznego ucznia Europy. Mentalność, w której instytucje UE mają pozycję autorytetu nieledwie bezwzględnego. Są nie tylko czymś w rodzaju nauczyciela. Określają też, co jest w dobrym tonie, a co kompromituje. I może spowodować, że nie zostaniemy jako Polacy przyjęci do dobrego towarzystwa, albo też, iż zostaniemy z niego eksmitowani.
Złe wychowanie
Nie jest to zresztą specjalność wyłącznie polskiej edycji tej formacji. Krótko po zdobyciu władzy na Węgrzech przez Viktora Orbána jeden z powiązanych z antyorbanowską opozycją analityków określił był „odrzucanie przez rząd węgierski krytyki z Zachodu” słowem „krnąbrne”. I to słowo, jak sądzę, dobrze oddaje najgłębsze pokłady psychiki bardzo zdecydowanej większości tego obozu. Spór, kłótnia z Unią – to dla tych ludzi sam w sobie przejaw złego wychowania, kompromitacja. Owszem, przewodnicząca Ursula von der Leyen zaakceptowała działanie Rzymu. Ale, pomijając już, że samo w sobie nie oznacza to, iż tak samo ustosunkowałaby się do ewentualnego analogicznego posunięcia Warszawy (co wolno wojewodzie…) – to samo zakwestionowanie przez „kierownika obozu demokratycznego” czegoś fundamentalnego dla narracji polskich Europejczyków wyglądałoby dla nich jak coś, co po prostu nie przystoi. Jak uprawianie z mądrą Unią żenujących, małych gierek. Czyli jak zacieranie fundamentalnej różnicy między ich obozem a znienawidzoną prawicą.
A to by się rdzeniowi elektoratu, łagodnie mówiąc, nie spodobało.
Na taktyczną niezgodę z Brukselą i najważniejszymi stolicami „starej Unii” Tusk może pozwolić sobie z rzadka. I tylko wtedy, kiedy któryś element narracji UE już sam w sobie stał się problematyczny dla większości jego zaplecza politycznego. Tak było, na przykład, w kwestii migracyjnej. Ale nie może wychodzić przed szereg, przed świadomość jądra własnego elektoratu. Bo to zakłóciłoby tegoż elektoratu zdolność orientowania się w świecie. Oddzielania dobra od zła. I biedny wyborca mógłby stracić motywację.
A na co komu zdemotywowany wyborca?
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Państwo nieopiekuńcze – o zapaści domów pomocy społecznej

„Odwdzięczam się Bogu za to, że mnie uratował”. Rozmowa z Marcinem Kwaśnym

Zmartwychwstanie i polskie Kwietnie

O długach zmarłego dowiedziałem się po czasie, czy nadal mogę odrzucić spadek?

Afera, której nikt nie chce zobaczyć






