Kraków po pierwszej bitwie. Analiza porażki Miszalskiego

- Referendum w Krakowie zakończyło się odwołaniem prezydenta Aleksandra Miszalskiego, co autor przedstawia jako przykład skutecznej mobilizacji mieszkańców.
- Według autora kluczową rolę w wyniku odegrał sprzeciw mieszkańców peryferyjnych dzielnic oraz nieskuteczność medialnej mobilizacji obozu władzy.
- Tekst stawia tezę, że wysokie progi frekwencyjne utrudniają obywatelom realny wpływ na decyzje publiczne.
Kraków po pierwszej bitwie
21 kwietnia 2024 r. Aleksander Miszalski wygrał w drugiej turze wybory na prezydenta Krakowa, zdobywając 133 703 głosy. Po bardzo brutalnej kampanii, która została opisana w książce Andrzeja Gajcego i Wojciecha Muchy „Jak wygrać wybory i nie dać się złapać”, Miszalski niewielką liczbą głosów pokonał kandydata niezależnego, krakowskiego aktywistę i biznesmena Łukasza Gibałę. Wynik ważył się do ostatniej chwili. Gibale obok zmasowanego ataku środowisk w rodzaju Soku z Buraka czy działań wykraczających daleko poza normalne reguły demokratycznej gry, o których mówi książka Gajcego i Muchy, zaszkodziła też własna polityczna przeszłość. Krakowski polityk był przed laty współpracownikiem Janusza Palikota, i to właśnie tuż przed ostatecznym głosowaniem wypomniała mu Małgorzata Wassermann, najpopularniejsza postać z kręgu krakowskiego PiS. Bardzo mocna krytyka Gibały potraktowana została jako wsparcie dla kandydata Platformy, który chwilę wcześniej fotografował się z ośmioma gwiazdkami namalowanymi na czole.
W efekcie – choć większa część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości zaufała Łukaszowi Gibale – około 1/3 głosujących została po prostu w domu. Z ich głosami Gibała wybory by prawdopodobnie wygrał i uniknęlibyśmy niepopularnych rządów Aleksandra Miszalskiego w Krakowie. Stało się jednak tak, jak się stało. W maju br. Wassermann zachęcała już do udziału w referendum odwoławczym. A to, jak już wiemy, doszło do skutku – za odwołaniem Miszalskiego głosowało 171 581 osób, a więc niemal 40 tysięcy więcej, niż poparło go dwa lata wcześniej. To zresztą ulubiona liczba sympatyków i organizatorów referendum, stanowi ona bowiem mocny kontrargument przeciw obecnej już w przekazie opinii kolegów eksprezydenta mówiących, że przecież większość i tak została w domu.
Rozbicie dzielnicowe
Co ciekawe, za jedną z przyczyn porażki Miszalskiego uważa się sposób, w jaki kampanię prowadzili jego zwolennicy. Agresywne wpisy Soku z Buraka, powielane przez całą sieć kopiujących jego przekazy stron, osiągnęły poziom trudny do przełknięcia dla nie zawsze przecież jednoznacznie określonych politycznie Krakowian. Osoby, które chciały przerwać kadencję Miszalskiego, miały bardzo wiele motywacji – drakońskie założenia Strefy Czystego Transportu; demonstracyjne obsadzanie stanowisk swoimi znajomymi i ich żonami, często ludźmi bez wykształcenia, czasem nawet przegrywającymi konkursy; podwyżki cen biletów i wiele innych działań odpychały ludność od magistratu.
Tymczasem krytycy, niekoniecznie zdeterminowani, by iść głosować, codziennie bombardowani byli przekazami robiącymi z nich skrajną prawicę, rosyjską propagandę, brunatną zarazę i kryptowalutową mafię. Wojciech Mucha zauważa, że po raz pierwszy aktywność Soku z Buraka okazała się przeciwskuteczna.
– Nie udało im się zrobić tego, co robili od lat, to znaczy zalać internetu w taki sposób, by po prostu zakneblować usta i sparaliżować ręce swoim przeciwnikom nienawistnym hejtem
– mówi mi Mucha.
– Co więcej, ta demaskacja pozwoliła na skompromitowanie ich samych, bo wyśmiewanie się z samych tych treści, dawanie im negatywnych komentarzy czy negatywnych ikonek było bardzo powszechne. I to rzeczywiście było widać, że ta machina po prostu się już tym razem zacięła. Bardzo się z tego cieszę, bo ona w 2024 roku w bardzo dużym stopniu przyczyniła się do zwycięstwa Aleksandra Miszalskiego. Tym razem się to nie udało
– tłumaczy.
Referendum obok oczywistego wymiaru politycznego miało jednak też swój charakter klasowo-geograficzny. Za utrzymaniem status quo byli beneficjenci miejskiego układu, przeciw – zwykli mieszkańcy borykający się z rosnącymi kosztami życia i opłatami, żyjący w lęku przed utratą pracy (Kraków jest dość istotną pozycją na listach grupowych zwolnień ostatnich kilkunastu miesięcy). „Gazeta Wyborcza”, by zdezawuować wynik głosowania, podkreśla, że Miszalski przegrał przez głosy peryferyjnych osiedli, podczas gdy mieszkańcy „starego Krakowa” raczej nie wybrali się do urn. Problem jednak w tym, że tych ostatnich jest coraz mniej, ponieważ krakowskie Śródmieście jest dziś coraz bardziej ziemią niczyją, w której nie ma już starych lokatorów, a co najwyżej turyści i żyjący z nich najbogatsi przedstawiciele elity. Reszty na mieszkanie tam już zwyczajnie nie stać. Apele młodych aktywistów i starzejących się artystów okazały się odklejone od odczuć zwykłych wyborców.
Istotny okazał się też rozjazd między opiniami tych, którzy w Krakowie bywają, i tymi, którzy w nim po prostu są. Dziennikarz zwraca uwagę na fakt, że podczas gdy w rankingach turystycznych Kraków zajmuje bardzo wysokie pozycje, na listach miast najlepszych do życia według mieszkańców – dramatycznie dołuje.
– Na peryferiach podniósł się głos sprzeciwu, który ogarnął finalnie jednak całe miasto. Okazuje się, że peryferia są silniejsze niż centrum
– mówi Wojciech Mucha, opisując te lokalne niuanse. Elitarne centrum staje się maszynką do zarabiania pieniędzy, lecz nie dla mieszkańców, tylko dla lokalnego układu, którego symbolem kiedyś był Jacek Majchrowski, a później właśnie Miszalski. Inny krakowski komentator Miłosz Lodowski zwraca uwagę na pewien absurd: dawna stolica, która powinna być bogata dzięki potężnym wpływom z turystyki, stała się najbardziej zadłużonym miastem w Polsce.
Demokraci przeciwko demokracji
Sporo ostatnio pisaliśmy o stosunku nominalnie demokratycznych sił politycznych do referendum – najbardziej demokratycznej formy obywatelskiego uczestnictwa w ważnych dla narodu sprawach. Temat nośny stał się nie tylko z powodu Krakowa. 20 maja br., gdy z ulic Warszawy zniknęło już ponad 200 tys. demonstrantów, którzy na wezwanie NSZZ „S” stawili się, by zaprotestować przeciwko polityce rządu, a zarazem poprzeć referendalną inicjatywę prezydenta Karola Nawrockiego, Senat przegłosował jej odrzucenie. Liberalne elity odmówiły obywatelom głosu w sprawie unijnej polityki ekologicznej. Wcześniej, w 2015 roku, Senat tak samo potraktował wniosek Andrzeja Dudy, który chciał zapytać Polaków o wiek emerytalny, edukację sześciolatków i prywatyzację lasów. Jeszcze wcześniej, pomimo złożenia potężnej liczny podpisów, przeprowadzenia referendów na te tematy odmówił związkowcom i aktywistom Sejm. Wróciła Platforma, wrócił sejmowo-senacki knebel dla ludzi, chcących zabierać głos w sprawach, które najbardziej ich dotyczą.
Po drodze, w 2023 roku, mieliśmy jeszcze referendum, które upadło po zmasowanej kampanii antyfrekwencyjnej i zapowiedzi Donalda Tuska, że i tak je unieważni. Nie musiał, propagandzie uległo wystarczająco wielu Polaków. I tu dochodzimy do kolejnej antydemokratycznej instytucji wpisanej w mechanizmy działania państwa: progu ważności referendów. W przypadku referendum krajowego jest to 50%. Zapis ten pojawił się w konstytucji przyjętej w głosowaniu, w którym nie było żadnego progu. Nie było też alternatywnego projektu zgłoszonego przez Solidarność, choć Polacy w sondażach deklarowali chęć dokonania wyboru między dwiema propozycjami, a nie wzięcie udziału w plebiscycie nad sprokurowanym przez elity III RP dokumentem.
Referenda lokalne zostały w ustawodawstwie potraktowane inaczej, nie miały jednak za wiele szczęścia. W 1992 r. weszła w życie ustawa o referendach lokalnych ustalająca próg ich ważności na 30%. Do 2006 r., w którym obniżono próg do wysokości 3/5 frekwencji z wyborów, w których powoływano będący przedmiotem plebiscytu organ, ważnych było jedynie 49 na 440 referendów, czyli 11 procent wszystkich przeprowadzonych w tym trybie głosowań. Po zmianie przepisów ten współczynnik poprawił się nieznacznie, wzrastając do 17%. Jednak nawet tego było już naszym zatroskanym demokratom za wiele. W latach 2013–2015 prezydent Bronisław Komorowski pracował nad zmianami w ustawie samorządowej, które zrównywałyby progi lokalne i ogólnopolskie na poziomie 50%. Gdy w początkach kampanii prezydenckiej w 2015 roku Komorowskiego masowo wspierali prezydenci największych i średnich polskich miast, nie brakowało głosów, że tak naprawdę chodzi im nie tyle o samą reelekcję polityka PO, co o kontynuację prac nad podwyższeniem progu. Jak wiemy, stało się inaczej.
Co jednak istotne, gdy w swej drugiej kadencji PiS chciało razem z Kukiz’15 podjąć działania odwrotne, inicjatywę tę zablokował Senat, w którym ówczesna opozycja miała już większość. Głosy o konieczności podwyższenia progu pojawiły się… po nieudanym referendum w Warszawie, w którym – w apogeum afery reprywatyzacyjnej – nie udało się usunąć z urzędu Hanny Gronkiewicz-Waltz. W Warszawie do uznania głosowania za ważne zabrakło ok. 46 tysięcy głosów przy liczbie prawie 344 tysięcy przeliczonych kart. Wcześniej w referendach w większych miastach udało się jednak odwołać prezydentów: Czesława Małkowskiego w Olsztynie (2008), Tadeusza Wronę w Częstochowie (2009) i Jerzego Kropiwnickiego w Łodzi (2010). Ciekawym przypadkiem jest referendum, które odbyło się w Sopocie w 2009 r. Inaczej niż większość swoich kolegów ówczesny prezydent miasta Jacek Karnowski apelował do sympatyków o udział i faktycznie głosowanie wygrał. Ciekawe, czy naszych demokratów nauczy czegoś lekcja krakowska? Skutkiem apeli o pozostanie w domach sympatyków prezydenta był druzgocący dla niego wynik, w którym jego zwolenników doliczono się niecałe 3%.
Ponad podziałami
Gdy warszawskimi ulicami 20 maja br. przeszli związkowcy, uderzało szerokie zjednoczenie ludzi z bardzo różnych branż, ale też środowisk politycznych w jednej sprawie. Niezależnie od obstrukcji Senatu, sama manifestacja była wielkim sukcesem związków i świata pracy. Krakowskie referendum należy uznać za wydarzenie podobne, choć dużo bardziej – bo od stycznia do maja – rozłożone w czasie. Wbrew propagandzie była to inicjatywa, w której polityka grała drugie skrzypce. To nie partie polityczne, które dziś świętują niekoniecznie własny sukces, zebrały najwięcej podpisów i zaangażowały najwięcej sił w promocję referendum. Miszalskiego pogonili sfrustrowani mieszkańcy, kierowcy, właściciele knajp i małych biznesów, oczywiście często mający swe polityczne sympatie. Na Facebooku do referendum namawiały organizacje od narodowców do skrajnej lewicy i część środowisk anarchistycznych. Mało jest w Polsce przykładów takiej zgody.
Ta różnorodność jest jednak pewną pułapką na kolejny etap, czyli odbywające się pod koniec wakacji wybory prezydenckie. Kraków czeka wysyp kandydatów. Poza lokalnymi politykami z układu i Gibałą swój start zapowiedzieli lub prawdopobnie zapowiedzą Marianna Schreiber, Marian Banaś i Michał Drewnicki, a także Marcin Świetlicki, choć to ostatnie może być żartem lub prowokacją artystyczną znanego poety. Nowy prezydent, jeśli nie będzie z KO, zderzy się ze starą Radą Miasta. Miłosz Lodowski upatruje w tym szansy na ostateczną kompromitację Rady i polityczną zmianę w mieście. Według Lodowskiego prezydent powinien być lokalnym odpowiednikiem Karola Nawrockiego, ujawniającym patologie i poszerzającym swoje kompetencje w zderzeniu z samorządowcami. Opozycji już pomaga arogancja władzy – brak refleksji i powołanie na komisarza Stanisława Kracika, dotąd zastępcy Miszalskiego w magistracie.
Tymczasem kolejne miasta zaczynają rozmyślać nad własnymi referendami, padają już takie nazwy jak: Tarnów, Rzeszów, Wrocław, Poznań czy Radom. Z drugiej strony lokalne władze zrozumiały, że groźba odwołania jest bardziej realna, niż się dotąd zdawało, co sprawia, że przed następną złą dla mieszkańców ideologiczną decyzją zastanowią się dwa razy. I choćby po tym widać, jak cenne są dla obywateli te instrumenty bezpośredniego wpływu na politykę.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Kara za referendum. Tusk rozwiązał struktury w Małopolsce

Nieoficjalnie: Donald Tusk rozwiązał struktury Koalicji Obywatelskiej w Małopolsce

Marcin Bąk: Demokracjo, Demokracjo, bogini szalona...

Andrzej Duda liderem sondażu w Krakowie. Kandydaci KO daleko w tyle







