Szukaj
Konto

Tak działa doktryna Neumanna w polskiej kulturze

Tak działa doktryna Neumanna w polskiej kulturze
Źródło: tysol.pl | Autor: Proj. L. P. | Licencja: Tygodnik Solidarność | Wawel, ciemne ręce
Myślałam, że okres rządzenia PiS-u trochę zmieni „układy w układzie” Mafii Bardzo Kulturalnej. Nic z tych rzeczy. Trzymają się mocno i dochodowo.
Co musisz wiedzieć:
  • Zdaniem autorki w polskiej kulturze istnieje układ, który zapewnia swoim członkom kolejne stanowiska i wpływy, niezależnie od zmian politycznych.
  • Jako przykład działania tych mechanizmów opisuje ona karierę Hanny Wróblewskiej.
  • Artykuł zarzuca części środowiska sztuki współczesnej promowanie tych samych twórców dzięki sieci wzajemnych zależności, a nie wartości artystycznej ich dzieł.

W środowisku związanym ze sztuką obowiązuje „doktryna Neumanna”. Układ broni każdego zespolonego z nim i wiernego działacza, czy to kuratora, czy artystę. Nie jest ich wielu, tym skuteczniej bronią swej „elitarnej” pozycji. Są świadomi swej potęgi. Nikt im z zewnątrz nie podskoczy. Jeśli ktokolwiek z kulturalnych decydentów traci „przywilejonośny” stołek, kamaryla rusza z pomocą.

 

Solidarne kolesiostwo

Wcale nie chodzi o wsparcie dla tzw. skrzywdzonego, czyli kogoś, kto został niesłusznie wywalony; kogoś, komu wrednie skrócono kadencję z powodów politycznych. Pomoc rusza, gdy tylko komuś z „naszych” po prostu skończyła się przewidziana umową urzędnicza kadencja. A choć dany ktoś pobrał sutą wielomiesięczną odprawę, trzeba mu jak najszybciej zapewnić kolejną posadkę z godną gażą. Wiecie, chodzi o ciągłość pracy, czytaj: wysoką emeryturę. Nie jest to żadna dobroć serca. Ta szczodrość się opłaca: dziś ja cię wesprę, ale wiem, że ty mi tym samym – w razie potrzeby – odpłacisz. W ten sposób nasza artystyczno-kulturalna camorra funkcjonuje od mniej więcej ćwierćwiecza. Z latami skaptowała i skorumpowała nowych członków z dziedzin pokrewnych, a użytecznych w lansowaniu i utrwalaniu prymatu układu – głównie dziennikarzy i urzędników publicznych instytucji, a także z organizacji twórczych.

 

Synekura na Wawelu

– Instytucje kultury odbudowują się po latach zapaści, przywróciliśmy im świadomość misji i poczucia, że mają służyć społeczeństwu, a nie prywatnym interesom czy partyjnej propagandzie

– z dumą podkreślała Hanna Wróblewska prawie rok temu, żegnając się z resortem kultury. Nie minęło nawet 12 miesięcy, kiedy dostała miłą synekurę: od 1 czerwca br. rozpoczęła pracę jako pełnomocniczka ds. sztuki współczesnej na… Wawelu. Do jej zadań będzie należało

„opracowanie długofalowej strategii obecności i prezentacji sztuki współczesnej w przestrzeniach Zamku Królewskiego i jego oddziałach”.

To rewanż ze strony prof. Andrzeja Betleja, eksdyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie (2016–2020), który w lipcu 2019 roku otrzymał od prof. Piotra Glińskiego nominację na 5-letnią kadencję dyrektora Zamku Królewskiego na Wawelu. I oto w grudniu 2024 roku Hanna Wróblewska przedłużyła mu wawelskie szefowanie na kolejną kadencję, za co pan Betlej właśnie się odwzajemnia. A tak w ogóle – z czego Hanna Wróblewska będzie zapamiętana?

Oczywiście z szefowania w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki, w której to instytucji spędziła 11 lat, a właściwie 22. Skąd takie wyliczenie? Z Zachętą zaczęła współpracę jeszcze w trakcie studiów w 1989 roku; potem była tam edukatorką i kuratorką; wreszcie w 2010 roku objęła stanowisko dyrektorki, które piastowała do 2021 roku. Kiedy minister Gliński nie przedłużył jej kolejny raz kadencji, wsparli ją koledzy z Muzeum Getta Warszawskiego, powierzając funkcję zastępcy dyrektora ds. naukowych i wystawienniczych. Aż nadszedł moment wejścia Wróblewskiej w politykę.

 

Kariera „naszej Hanki”

Zastąpiła Bartłomieja Sienkiewicza na ministerialnym stołku 13 maja 2024 roku i sprawowała tę funkcję rok z małym okładem, do 24 lipca 2025 roku. Kiedy zobaczyłam jej nazwisko w rządzie Donalda Tuska, autentycznie się ucieszyłam. No, nareszcie ktoś autentycznie związany z kulturą, ktoś na co dzień żyjący problemami sztuki/kultury i znający osobiście zarówno prominentów, jak i osoby pozostające w cieniu.

Szybko jednak zmieniłam zdanie. „Nasza Hanka” zaczęła energicznie „sczyszczać” wszystkich, którzy mogli kojarzyć się z poprzednią władzą, i była w tym konsekwentna i brutalna. Nazywało się to „procesem poprawy całego ekosystemu tworzącego kulturę”, w istocie było działaniem stricte politycznym.

„To krok ku ustabilizowaniu formuły powoływania kadry kierowniczej i zapewnieniu, że najważniejsze instytucje będą prowadzone z poszanowaniem standardów, a nie w logice doraźnych interesów”,

zapewniała Wróblewska. Jak to się przekładało na realia? Przez 14 miesięcy jej szefowania w MKiDN, do czerwca 2025 roku, przeprowadzono 35 konkursów w instytucjach kultury; na kolejny rok zaplanowano 11 następnych. Najbardziej kontrowersyjne „dokonania” to przemocowa dymisja w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej; konflikt z Instytutem Pamięci Narodowej; afera w Instytucie Pileckiego; przedłużenie stanowiska dyrektora Biblioteki Narodowej dr. Tomaszowi Makowskiemu bez konkursu na kolejne 3 lata; wywalenie Roberta Kostry z szefowania Muzeum Historii Polski. Do jej zasług zapisuje się program kulturalny podczas 6-miesięcznej polskiej prezydencji w Radzie UE oraz ponad tysiąc (!) wydarzeń kulturalnych z udziałem Polski za granicą.

 

Arrasy i abakany

Teraz Wróblewska ma zarobki bez przemęczenia się z racji nowej funkcji na Wawelu. Chyba większość rodaków odwiedziła – bodaj w szkole – Zamek Królewski w Krakowie. To, co każdemu pozostaje w pamięci, to krużganki arkadowe wznoszące się na dwa piętra, otaczające dziedziniec. I chyba mało kto policzył, że we wnętrzu królewskiej rezydencji mamy 71 sal wstawowych, wśród których największą uwagą i frekwencją cieszą się te z arrasami. Mało kto wie, że w 1961 roku tylko znikoma część ze 132 arrasów została zwrócona Polsce z Kanady, gdzie były przechowywane przez czas wojny. Można mniemać, że główną troską szefów Wawelu jest sztuka dawna i powiększanie jej zasobów. Jednak o ileż łatwiej i taniej jest zastąpić niedobory zabytków dziełami współczesnymi! No i jest powód zatrudnienia Wróblewskiej.

Fakt, od wielu lat w zachodnich muzeach miksuje się zabytki ze współczesnością, i czasem takie nieoczywiste relacje mają kreacyjny potencjał. Może dlatego połączono arrasy z abakanami (przed zatrudnieniem Wróblewskiej). Ten manewr budzi jednak mój sprzeciw. Wspaniałe tekstylne rzeźby Magdaleny Abakanowicz od kilku lat są nadmiernie eksploatowane przez fundację zajmującą się schedą po artystce, podczas gdy za jej ostatnich lat życia dosłownie ją strącono w niebyt. Śledzimy niemal festiwal Abakanowicz wszędzie, gdzie się da. Teraz z twórczości Abakanowicz korzystają bowiem ci, którzy palcem nie kiwnęli w czasie, gdy potrzebowała wsparcia.

 

Jajo od kosa czy od kasy

W maju 2023 roku na warszawski Plac Pięciu Rogów dowieziono gigantyczne jajo drozda śpiewaka – instalację Joanny Rajkowskiej, na co stołeczny ratusz wyłożył ćwierć miliona złotych. Tak, to ta od palmy na Rondzie de Gaulle’a i projektu-filmu „Szukając Jezusa”. Z wnętrza jaja miały dochodzić odgłosy wykluwającego się pisklęcia i bicie jego serca. Nic z tego nie było słychać, ale co tam, ważna sama idea „bliżej z naturą”.

Kolejna tego typu instalacjo-rzeźba – tym razem zmonumentalizowane jajo dzierzby czarnoczelnej – pojawiła się w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku (listopad 2024). Najnowsza obłość imituje monstrualne jajo kosa zwyczajnego i zdobi wawelskie ogrody. 20 czerwca można będzie wysłuchać komentarza autorki, płacąc 25 zeta za tę przygodę. Rozumiecie, co tu się przewala? Oto jedna z doskonale uplasowanych w „systemie” artystka sadzi kolejnego gniota w historycznej przestrzeni Wawelu i każe sobie płacić za „oprowadzanie” po jaju. Smok powinien interweniować.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.06.2026 11:06
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 25/2026, oprac. Ludwik Pęzioł